Pokazywanie postów oznaczonych etykietą walka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą walka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 stycznia 2012

twórcze wyczerpanie

Nie - wyczerpanie twórczości, tylko wyczerpanie prowadzące do stanów twórczych.

Mam dość własnego uwięzienia w abstrakcji. W lękach, w stanach niedotykalnych, w zawieszeniu bez granic. Życie jest poszarpane, ma ostre krawędzie, niedoskonałe powierzchnie [jagged edges, endlessly fascinating in their imperfection].

Na chwilę znalazłam dziś swój głos. Śpiewałam "Paranoja jest goła" Maanamu. Wysoko, mocno, rock'n'roll - potężnie. Teraz boli mnie gardło i nie mogę sięgnąć tego głosu, jakby był za szybą. Zwykle jest za szybą - po prostu wiem, że on jest, i przed każdym występem modlę się o łaskę akcesji. To wydaje się takie przypadkowe. Ale tym razem, do diabła, zamierzam o niego walczyć.

Wyczerpałam się lękiem i szarpaniną. Nie mam nic do stracenia. Skaczę.


Raw Like Sushi - It's Recreation Day

poniedziałek, 16 stycznia 2012

o ubraniach i przebraniach, czyli negocjowanie tożsamości

Być kobietą, być kobietą... no i co ja w końcu jestem? kobieta? baba? queer?

Międlę sobie w łebku te tożsamościowe pytania. Dziewczyna/kobieta to moja "oczywista" tożsamość postrzegana przez otoczenie. Baba to prywatne przemyślenie związane z poezją mojej ukochanej Anny Świrszczyńskiej - jej baba jest ostra, potężna, queerowa, bo wyparta, bo nie ma na nią zgody. Ale mam też skłonność do czegoś, czym baba nie jest, czyli damy: długich rękawiczek, subtelnych flirtów i gorsetów. I druga strona spektrum: bandaż na piersi, koszula, krawat i westchnienie na widok jedwabnych szelek. Na to wszystko nakłada się moja fascynacja sceniczna: tu showgirl, tam - drag king......

Ogólnie mam wrażenie, że się w tym wszystkim nie mieszczę. I o ile kobiecość mnie męczy już od lat, jako zestaw wymagań, o tyle ostatnio w nią weszłam, bo zaczęłam (wreszcie) odcinać od niej kupony. Innymi słowy, nagle zaczęłam być atrakcyjna, i jest to całkiem przyjemne. Mój uprzedni feminizm zmieszany był z dąsem i poczuciem odrzucenia, bo cały ten świat interakcji seksualnej był/zdawał się dla mnie zamknięty; wot, siurpryza, cała równowaga na nic... nadal nie lubię być bita po łbie stereotypem, ale mam buty na obcasie i okazjonalnie się maluję. Zjeść ciastko i mieć ciastko? nie wiem.

Być może "korzystam z atrakcyjności pókim młoda"? też seksistowski (i ejdżystowski) bullshit. W każdym razie, nacieszam się tą wygodą "bycia w systemie", pomimo faktu, że całe życie ten system kopał mnie w dupę. A jednocześnie kusi mnie, żeby ogolić głowę i dragkingować (mam pomysły na występy). Nie robię tego na razie, bo mam wrażenie, że jest to impuls żeby "mieć rację", czyli dostać inny rodzaj ciastek - nie ma w tym pomyśle świadomego poszukiwania. To nadal zaspokajanie cudzych oczekiwań, jakby ogolona głowa dawała mi przewagę moralną nad heteronormatywem, zamiast dyskomfortu i autoponiżenia.

Być może, gdzieś w tym wszystkim tkwię ja. Co ja lubię? rzeczy kolorowe, miękkie i miłe w dotyku. Ciuchy do tańca i sportu, fruwające i obcisłe. Ciuchy fantazyjne, z klasą, ale i polotem. Ciuchy funky, w dziwnych barwach i wzorach (w paski!). Apaszki, krawaty, rękawiczki.

Być może gdzieś w tym wszystkim tkwię ja. A może mnie nie ma. Istnieję tylko w przebłyskach, na codzień jestem - jak wszyscy - splotem społecznych oczekiwań.

niedziela, 18 września 2011

czy umiem pracować....?

Jak słowo daję. Nie jestem leniwa!! po prostu mam Problemy!!!


Mój boshe, jaki to był festiwal prokrastynacji.... w piątek odespałam.... w sobotę odpoczywałam i się nudziłam (ewentualnie dałam się bojkotować frustratom, vide niżej), przyszła niedziela: kupiłam za drogą walizkę, przeraziłam się i wycofałam zakup, przeraziłam się jeszcze bardziej i przyszedł e-mail, że OBRONA JEST DZIEŃ WCZEŚNIEJ.

No i jak stanęłam na baczność....!!

Oczywiście nie od razu. Najpierw spanikowałam, co objawia się czytaniem wszystkiego, tylko nie tego, co trzeba (jak ja jestem na bieżąco z krytyką polityczną i salon.com po półtora miesiąca magisterki....). W każdym bądź, przyszedł kumpel, z którym mogłam omówić zagadnienia do magisterki (dzięki Ci Panie, że wpadł, sama utknęłam na nr 7, przerażona, że po pięciu latach studiów nie znam się nawet na siedmiu tematach). Wniosek po pisaniu magisterki: To Prawda, że Potrzebuję Terapii, ale Mam Dobrych Przyjaciół i Wspierającą Rodzinę. Naprawdę może być gorzej.

Efekt uboczny magisterki: jestem niedotańczona. W ramach mobilizacji do pisania włączałam sobie Madonnę & Timberlake'a (4 minutes to save my world!!! deadline looming!!!!); dziś towarzyszy mi Carlos Santana. Że nie wspomnę o uzależnieniu od grupy Funk'n'stein.


Blog to ostatnia faza prokrastynacji. Potem już tylko:


1. Twórczość Anny Świrszczyńskiej.
2. Społeczna rola literatury współczesnej: wyzwania i ograniczenia.
3. Literatura „kobieca”.
4. Twórczość Tadeusza Kantora.
5. Twórczość Oscara Wilde’a.
6. Protetyczność współczesnej kultury.
7. Życie w obcym języku; doświadczenie emigranckie.
8. Rola fantastyki w kulturze popularnej.
9. Kino Pedro Almodovara.
10. Kobiecość w mediach.

Ave Caesar, mori turi te salutant!

wtorek, 26 lipca 2011

może powinnam otagować: emo

Nie mogę się do-wyrazić w języku ojczystym, może dlatego - że ojczysty.

Męczę się, piszę niedokończone piosenki. Językowe rozdroże, rozdarcie, rozstanie? Po angielsku interesujący banał, po polsku - banalne pustosłowie?

Smutno mi, jutro wyjeżdżam. Euforia re: do domuuuuu!!! Smutno, bo zostawiam wiadomo kogo, który wciąż jest w trudnej sytuacji finansowo-wizowej. Muszę skądeś wyciągnąć siłę, wiarę, nadzieję. Braku miłości nie stwierdzono.

Cóż, żem jest dobra w przetrwaniu, co już dawno wiadomo, więc myślę/mam nadzieję, że mnie ta szlachetna, definitywnie po przodkach odziedziczona cecha i tym razem nie zawiedzie. Ale niemożność pisząca trochę cienszka.

Innymi słowy dupę w troki, i wszystko inne też. Allelluja i do pakowania.....


PS: Re:Rita, przetłumaczona na kawałki (bo w jednym kawałku się dusiła) - próbuje stworzyć koherentny przekaz:


Na bezgłosiu i szept się przyda
przyda dźwięku wmuszonej ciszy
Przetransponuj mój krzyk na niższy poziom głośności

Na bezgłosiu i szept się przyda
przyda byt nieużytej krtani
przetłumacz krzyk mój na wyższy poziom godności

(dostają głos na ograniczony
użytek wyznaczony
kontraktem. Kontaktem
z rzeczywistością.)




Pani Małgosia uczy czytanki
Na uniwerek pójdzie po przerwie
Dziecięcy jazgot jedzie po nerwie
Przełyka ślinę z tłuczonej szklanki

Pani Małgosia uczy teorii
Interpretuje Wielkich Poetów
Inteligenckich apologetów
Małe kamyczki w żarnach historii

Chociaż profetów wśród nich nie brakło
Przyszłość jest inna, niż wymarzyli
Pani Małgosia jeszcze się sili
Tylko gdzie światło – światło – światło!
(Bracia poloniści, siostry polonistki
Obojętni raczej wszystkiemu i wszystkim)



hahaha.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Re: feminizm, czyli Rita rozważa.

Kiedy otwarcie staje się zamknięciem? Kiedy krytyczne myślenie przemienia się w wiarę? Jaka jest anatomia buntu przeciw systemowi, który przekształca się w kolejny system?

Od dłuższej chwili rozważam rolę feminizmu w moim rozwoju, i dochodzę do nadzwyczaj interesujących wniosków. Ale po kolei.

Fakt 1: feminizm daje głos.

Post niżej wspominałam tzw. moment feministyczny - epifanijny paradigm shift, który sprawia, że widzisz coś uprzednio przezroczyste. Sama nazywam to założeniem okularów, choć równie dobrze można by mówić o zdjęciu okularów, tyle, że różowych. W każdym razie.

Fakt 2: wrażliwiec jestem, i już.

Nie wchodząc w medykalizację (Highly Sensitive Persons, nadwrażliwość), nadmiar romantyzmu (re: temperament artystyczny) czy nawet spirytualne rozważania (dusza, wyczuwanie innych), Istnieje Wrażliwość, co jest relewantne re: Rita. Wrażliwość objawia się relatywnie mocnym odczuwaniem czegokolwiek, co ma znaczenie w przypadku a) rozrywek rodzinnych, b) rozrywek społecznych. Tak się składa, że i moja rodzina, i moje, tzn. naówczas polskie społeczeństwo były głęboko patriarchalne. Trudno było nie oberwać rykoszetem. Stąd konieczność - zabrania - głosu: bo był on uprzednio odebrany.

Fakt/hipoteza 3: polskość religijno-polityczna?

Nawet nie wiem, czy to jest kwestia narodowości czy wychowania, ale choć odrzuciłam katolicyzm, mój sposób postępowania jest związany z religijnością. Wiąże się to pośrednio z artystowaniem - czucie, wiara itepe - ale również z wyuczonym wzorcem postępowania, który dzielił postawy i czyny na dobre i złe, czy - bardziej w dyskursie politycznym - słuszne i niesłuszne. Idąc w politykę, nachodzi na to podział my - oni (kto ma rację - my mamy rację, i "na moje niebo wlata").

Fakt 4: pułapka wiary.

Tak się składa, że odkrywszy feminizm - źródło wiedzy o moim plemieniu, osobach Takich Jak Ja, które podobnie postrzegają świat i zmagają się z analogicznymi problemami - mój zachwyt był wprost proporcjonalny do poziomu stłamszenia szarą rzeczywistością. Innymi słowy, nie tylko przyjęłam krytyczny stosunek do społeczeństwa i jego realiów, na podstawie aparatu pojęciowego feminizmu; ja po prostu w feminizm uwierzyłam. Z - raczej dla mnie charakterystycznym - zapałem neofitki zaczęłam nie tylko odkrywać podobieństwa oraz możliwości intelektualne, które oferował mi ten wspaniały nurt, ale również dostosowywać się do nowych zasad.

Konkluzja 1:

Powyższe rozumowanie jest częściową samokrytyką. Przegapiłam moment, w którym feminizm zaczął mnie ograniczać. Co gorsza, przez dobrą chwilę przestałam szukać nowości myślowych. Z marazmu wyrwał mnie nieco kurs teorii queer, ale ogólnie pewne idee i zachowania znowu zaliczyłam do teorii 'niesłusznych'. Niesłuszność była bezrefleksyjna, i - podobnie jak wcześniej narzucony mi system wartości - w końcu zaczęła uwierać.


Część druga: kto ukradł feminizm? struktury władzy


Czytałam sobie ostatnio taką książeczkę pt. Who stole feminism: how women have betrayed women. Autorką jest Christina Hoff-Sommers; rzecz dzieje się w Ameryce. Do polskich realiów odnosi się raczej słabo, ale do moich trochę tak.

Książka traktuje o feminizmie płciowym/genderowym, który zwraca kobiety i mężczyzn przeciwko sobie, zamiast wspierać feminizm humanistyczny, którego celem jest równość. Dużo się mówi o terrorze na uniwersytetach, gdzie nie można wyrazić jakkolwiek niesłusznych poglądów, o konferencjach zamienionych w towarzystwa wzajemnej adoracji, o intelektualnych miernotach, które robią karierę głosząc poglądy 'słuszne' oraz nadużywaniu statystyk, żeby udowodnić słuszność poglądów. W tle występują granty opiewające na ogromne pieniądze, zaszczucie osób niesłusznych oraz brak dyskusji i wolności słowa. No i jeszcze zajęcia akademickie o bardzo wątpliwej wartości intelektualnej, wchodzące raczej na terytorium terapii i grupy wsparcia.

Niektóre tematy poruszone przez autorkę są dla mnie niewyobrażalne (co wkrótce zademonstruję przykładem). Nie do końca zgadzam się też z jej oceną feminizmu gender, który uważam za ciekawe poszerzenie rozważań na temat płci i roli społecznej, choćby. Ale sądzę, że dwa wątki są ważne: feminizm władzy, i feminizm ofiary.

Feminizm władzy czy może raczej: mocy (power feminism) w najprostszym rozumieniu dotyczy pewnego rodzaju pozytywności - kreujemy nowe wzorce kobiecości, która nie boi się władzy, niezależności, sterowania własnym losem, odpowiedzialności i kariery. Pokazujemy małym dziewczynkom, że mogą być prezydentkami i sprawować władzę, a nie tylko spektrum modelka - nauczycielka, czyli ładna/mądra, wygląda (dla innych)/zajmuje się innymi.

Jak łatwo się domyśleć, feminizm mocy jest reakcją na feminizm ofiary. W którymś momencie zaistniała myśl, że potrzebne jest nie tylko zwracanie uwagi na kobiety, które są źle traktowane ze względu na płeć, ale również eksponowanie wzorców społecznych, które są przejawem - i przykładem dla - zmiany. Jak na razie ślicznie, prawda? Bo truizm kobieta-ofiara, powielany przez słusznie oburzone feministki, mógłby zainspirować poczucie bezradności (nie każda z nas reaguje słusznym gniewem), a tego przecież nie chcemy. No.


To może teraz do przykładów.


Przykład 1: Polska - I Kongres Kobiet

Oto obiecana ilustracja dla różnicy Polska/USA. Pierwszy Kongres, z którego skądinąd napisałam entuzjastyczne sprawozdanie (było i krytyczne, ale go w końcu nie opublikowałam), był ostro krytykowany za nadmiar feminizmu mocy. Bo chociaż mówiło się o ofiarach i wykluczonych, choć wstęp był darmowy, trudno powiedzieć, żeby ofiary były reprezentowane na Sali Kongresowej. Sam fakt, że Henryka Bochniarz była organizatorką, wywoływał wątpliwości. Przed Kongresem Bochniarz nie rzucała się w oczy jako feministka; była raczej Kobietą, która zrobiła Karierę (= wzór mocy). Podział obowiązków wśród pomysłodawczyń (H. Bochniarz, M. Środa) wydawał się jasny. Innymi słowy, nawet szlachetna i politycznie kompromisowa inicjatywa może wywoływać niesmak: przedsiębiorczyni, filozofka, dwie czy trzy pierwsze damy (nie pamiętam, czy Danuta Wałęsa się zjawiła, była zaproszona) debatują nad problemami Prostych Kobiet. U niektórych wywołało to zdecydowaną, i uzasadnioną, nieufność. Relacje władzy są trudne do zignorowania.



Przykład 2: USA - Who stole feminism


Powyżej ilustrowałam wykluczenie ofiar (które np. straciły na transformacji) na rzecz zachęcanych do przybycia na Kongres właścicielek firm, które uzyskały zaadresowaną do siebie ofertę (kobiety w Polsce mogą odnieść sukces) - obok słusznego hasła, że bieda w Polsce ma twarz kobiety. Niedoreprezentowany na Kongresie feminizm ofiary charakteryzuje się jednak pewnym paradoksem. To jedna rzecz - przyjąć do wiadomości istnienie ofiar, zorganizować pomoc. Kolejny etap to przepracowanie roli ofiary przez same zainteresowane. Tymczasem, gdy rola ofiary jest źródłem przywilejów, niektóre kobiety nie chcą z niej wyjść.

Ten paradoks jest znany zarówno terapeut(k)om, jak i osobom prowadzącym Domy Samotnej Matki. Idealnie, ofiara otrzymuje pomoc, ażeby potem stanąć na nogi i uzyskać samodzielność. Ale dla niektórych osób etap samodzielności jest trudny do osiągnięcia.

Who stole feminism pośrednio ilustruje paradoks ofiary. Świat, w którym wykładowczyni ogłasza, że pewna lista tematów nie będzie poruszana, czyli de facto stosuje cenzurę; świat, gdzie przestrzeń sali wykładowej nie jest przeznaczona do żywej dyskusji i wymiany myśli, ale jest nazwana "przestrzenią bezpieczną" (dla kobiet, wykładowczyni patrzy podejrzliwie na mężczyzn, urodzonych agresorów); świat, w którym empatia białych, zamożnych kobiet pozwala im sprawować władzę, bo nikomu nie wolno atakować pokrzywdzonej - oto obrazek, który Hoff-Sommers przedstawia naszym przerażonym oczom. W jaki sposób przejść od ustawienia niedopuszczalności zachowań seksistowskich, dajmy na to, do autentycznego kneblowania wymiany myśli? Kiedy otwarte mówienie o własnych doświadczeniach przeradza się w wymuszanie zwierzeń, reinterpretowanie emocji według "właściwego" klucza i ogólne pranie mózgu? Oto paradoks ofiary, zmieszany z paradoksem władzy. Absolute power corrupts absolutely.

Co gorsza, powyższa ksiażka nie jest dowodem na to, że feministki nie mają w Stanach już nic do zrobienia. Mają. Tyle tylko, że każdą nośną myśl społeczną, która osiągnie pewną masę krytyczną, da się przerobić na biznes. To są etapy - najpierw feminizm underground, czyli wysoce niepopularnym (Polska, ostatnie dwadzieścia lat); potem, feminizm out and proud (Stany, ostatnie - chyba też ze dwadzieścia). Gdzieś dalej zaczyna się równia pochyła - i na sprawie pokrzywdzonych i biednych ktoś czesze grubą kasę. Co gorsza, osobom tym towarzyszy spełnienie zawodowe i pełne poczucie misji.


"Tu mnie boli, to mi się należy" - mechanizm ofiary w nieskończoność

Jest pojęcie, ukute przez Carolyne Myss, autorkę książki Anatomia duszy - woundology, "ranologia". Jako inspirację podaje ona swoją znajomą, która od wielu lat przynależy do grupy wsparcia osób molestowanych seksualnie przez krewnych. Znajoma, podczas dwuminutowej rozmowy poinformowała dwóch nowopoznanych mężczyzn o swoim problemie, spytana zaś o powód zareagowała agresywnie, domagając się wsparcia. Ustawiła swoje życie nie tak, aby wyleczyć swoją 'ranę', ale by czerpać z niej korzyści.

Tu nota, że nie próbuję oceniać prędkości, z jaką ludzie doznają psychicznego uleczenia. Chodzi raczej o ciągłe podtrzymywanie bólu, żeby domagać się przywilejów i wykorzystywać poczucie winy. Osoby, które 'przepracowują' coś psychicznie, często mówią głośno o swoich problemach; to pomaga poradzić sobie ze wstydem, otrzymać afirmację rozmówców. Częste są obronne reakcje, jeśli poruszane są drażliwe tematy. Czasem jednak nie przechodzi się na następny poziom, bo wygodniej jest manipulować innymi. Stąd białe, uprzywilejowane Amerykanki, które zakrzykują innych nawijką o symbolicznym gwałcie, co mogę absolutnie wspierać w konkretnych przypadkach (nie neguję istnienia), natomiast jako zjawisko, tzn. osoby manipulujące bliską mi ideą, jest to raczej ciężko strawne.



Konkluzja 2, osobista - po co to wszystko.


Różne są motywacje, które prowokują do myśli i działalności feministycznej. Tak jak pisałam poniżej, dla wielu z nas patriarchat jest osobistym doświadczeniem, które trudno np. traktować w kategoriach racjonalnej debaty. Trauma bardzo często wiąże się z bezradnością, i daje nam impuls, żeby coś zmienić. Tak było i ze mną. Gdzieś po drodze jednak, założyłam sobie knebel. Bojąc się uwewnętrznionego seksizmu, znowu przestałam poddawać idee krytycznej ewaluacji.

Strategia słuszne - niesłuszne była mi podpórką, kulami osoby niezdolnej stać o własnych siłach. Co jednak zrobić, gdy stała się kulą u nogi? Gdy mój feminizm stracił świeżość myśli, i co gorsza, powstrzymywał mnie od zmiany?

Nie chodzi nawet o to, że mnie już na Feminotece nie publikują, i że straciłam świeżą buźkę debiutantki. Rozpoznałam wewnętrzną autocenzurę. Na własną trudniej się zbuntować, niż na cudzą.


Podsumowując, mam dość bycia ofiarą. Empatia wobec ofiar nie znaczy, że muszę być jedną z nich do końca życia. Jestem świadoma problemów rynku pracy, praw reprodukcyjnych, etc. Moje poglądy nie wzięły się z powietrza, i teraz wpuszczam doń trochę powietrza. Wiem, co robię i mówię. Wiem, dlaczego.

Moje zaangażowanie w feminizm może się zmniejszyć lub zwiększyć, ale chcę się zajmować teatrem. Kreując postać, chcę rozważać, czy jest stereotypowa - dzięki feminizmowi mam ku temu aparat pojęciowy. Nie chcę natomiast rozważać, czy jest "słuszna". Nie chcę i nie mogę zakładać ideologii, zanim powstanie fabuła. Ocena, krytyka, interpretacja - one wszystkie muszą pokornie ustawić się w kolejce za Twórczością.


Jestem sobą. Chcę tworzyć. Bez lęku, bez poczucia winy.

czwartek, 7 lipca 2011

czytanie, pisanie, i inne zwierzątka

Wiruję ostatnio w rozmyślaniach na temat pisania i czytania. Wtajemniczeni znają mój esej "O pożytkach z nie-czytania" (dostępny w necie, w archiwalnym już numerze Podtekstów 3 [21] 2010); wiedzą także/wiecie, że piszę (będę pisać/rozmyślam nad/rozważam itp.) pracę magisterską na temat literatury internetowej: fanfiction. Doszłam ostatnio do wniosku, że magisterkę i tak napiszę; tytuł, poza jakąś kompletną statystyczną niemożliwością, na pewno otrzymam - skupiam się więc na wierności sobie.

Dostrzegam, po raz może ostatni, że nie ma we mnie zgody na formy naukowe - choć, paradoksalnie i perwersyjnie, sprzeciw nieraz wyłuskuje ze mnie, co mam najlepszego (dowodem wzmiankowany esej). Forma naukowa mnie męczy; treść - teoria literatury, zawartość tekstów - jest wciąż, niezmiennie, nieziemsko interesująca. Tyle tylko, że przez lata oduczyłam się nieco czytania rzeczy interesujących. Brakło czasu, by przetrawić, a ponadto, brakło z a s t o s o w a n i a. Ujmę to tak: podobno posiadam tzw. pamięć kinetyczną. Owszem, uczę się wzrokowo i słuchowo, ale najbardziej, jak coś zrobię... czyli w dyskusji, mówieniu, podkreślaniu ołówkiem, odgrywaniu (zwłaszcza odgrywaniu), ogólnie: poprzez twórcze przetworzenie zawartości. I w dodatku, ja - od dziecka nienawidząca wuefu - przez pięć lat studiów niezmiennie chodzę na warsztaty i tęsknię niemożebnie za pracą z własnym ciałem. W eseju, i studiując polonistykę, narzekałam właśnie na brak praktyczności (oprócz dyskusji: dziękuję Wam, wykładowcy ćwiczeń z historii literatury, bez Was nie przetrwałabym tych studiów!), zbyt dużą ilość lektur w małym czasie (kiedy to przetrawić? jak przełożyć na zrozumienie?!). W pewnym sensie, to jak studiowanie jednej książki filozofa przez semestr, ta moja tęsknota - takiej pracy mi brakowało, ale z przekładem na ruch, głos, tekst.

Pamiętam jak dziś, gdy przygotowywałam swoją prezentację maturalną. Uczyłam się o roli komizmu w poezji współczesnej - kontaminacje, złożenia, słowotwórstwo - i bawiłam się świetnie, czytając na głos przytoczone przykłady wierszy. I mówiło coś we mnie, Gośka, bo wtedy jeszcze Gośka, co ty robisz, gdzie idziesz, w co się pakujesz? Zmuszasz się do nauki, a to przychodzi samo! Pamiętam też, że gdy wreszcie poczułam twórcze sprawstwo, pisząc prezentację maturalną, zrobiłam z niej coś na kształt spektaklu. Wymyśliłam własny przykład, ilustrujący każde zjawisko poetyckie, recytowałam wiersze, wrzuciłam muzykę Możdżera. Pamiętam, że publiczność była zachwycona, i czułam ich zachwyt, i dostałam szesnaście punktów na dwadzieścia, szkolna prymuska matury z polskiego. Czas odczarować tę małą dziewczynkę, rozczarowaną, że impuls twórczy nie jest bynajmniej receptą na sukces - w szkole, na maturze. Czas na magisterkę. Czas na powrót do twórczości.

Wiedziałam to o sobie od dawna, ale - "nie-na-pewno", może, nieufnie, z wahaniem, może inni mają rację... którzy, które mnie znacie, wiecie, od jak dawna się męczę. Mój chłopak mówi, że jestem uzależniona od adrenaliny. Być może. Przez ostatnich kilka lat unikałam nadmiaru wrażeń, dawkowałam je, bo miałam głowę do posprzątania - bałam się, że ktoś mnie zmiażdży, właśnie teraz, gdy byłam półnaga, otwarta na zmianę i wpływ. Co teraz? Ugrzęzłam trochę w tym wymuszonym bezpieczeństwie, ale doganiam samą siebie. Już prawie nie żyję przeszłością.

Wszystko to bardzo prywatne, ale coraz bardziej odczuwam kontrolę nad swoim życiem. Życie zmienia się, bo zaczynam je inaczej opowiadać: ludzie to w końcu istoty, które tworzą znaczenia, interpretują wydarzenia, nie tylko ich doświadczają. Moje opowieści się zmieniły: coraz mniej w nich determinizmu, coraz mniej bezsilności, coraz mniej goryczy i poczucia winy. Coraz więcej spokoju ze sobą i przeszłością, poczucia twórczego sprawstwa, zaufania do świata.

Inaczej opowiadam swoje życie. Gdzie w tym magisterka? Czy chcę opowiadać ze śmiechem, że jakośtobędzie i jak zwykle na ostatnią chwilę, wiecie, ja tak zawsze, mrugając rozkosznie? Czy raczej - jak było trzeba, to się wzięłam, zrobiłam, zwyciężyłam, następny, proszę? No chyba to drugie. :)

Znam siebie i wiem, że partackiej roboty nie lubię. Nie oddam byle g...a podpisanego moim nazwiskiem, jestem do tego organicznie niezdolna. Ale też mam termin, nieprzekraczalny (po tym terminie, jako żem ostatni rocznik pięcioletni, byłabym wycofana na 2, słownie drugi, rok licencjatu z filmoznawstwa). Wezmę się z tym terminem za bary. Mam od czego się odbić i z czym walczyć, ale przede wszystkim, mam swój temat, i chcę być w nim wierna sobie.

Myślę, że wkrótce skończę żywot tego bloga. Nie, jeszcze nie teraz, jeszcze kilka notek. Ale myślę, że prawie osiągnęłam założony w nim na początku cel, czyli my way or the high way. Prawie się wyzwoliłam, jeśli to w ogóle możliwe - wkrótce zacznie się spełniać moja misja, moja wola, moja twórcza energia, moja niezależność. Ten eksperyment myślowy nabierze wkrótce nowego smaku. Zbliża się nowy etap, czyli: LONDYN. TEATR. SZKOŁA AKTORSKA, DAJ BOŻE.

A jak Bóg nie da, to i tak dam radę. Howgh. ;-)


PS Impulsem do tego tekstu był wywiad Wyborczej z Markiem Kondratem, w ramach akcji "Czytamy w Polsce". Kondrat, rozczarowany zawodem aktora, mówi:

"[...] wybrałem zawód, w którym czytanie stało się znojem i zmorą. Musiałem rozkminić postać, wykuć na pamięć tekst, a potem to odegrać. Czułem oddalenie od literatury.

Nie rozumiem.

- Na ważne książki trzeba mieć w sobie miejsce. Do tego potrzebny jest spokój. I przede wszystkim - bycie przy sobie. A tego w aktorstwie nie ma. Zawsze jest coś nadrzędnego - jakiś Hamlet czy inny Kordian - co oddala od siebie samego. Nikt nie oczekuje od aktora spokoju. Raczej niepokoju, wibrowania i szaleństwa w oczach. Przy porannej bułce zaczyna pan trawić monolog i wspinać się na Mont Blanc, a wieczorem jest pan wyżętą szmatą."

Rozumiem tę postawę, nawet jeśli znajduję się po przeciwnej stronie. Zawód aktora wymaga sprawności i odporności psychicznej, i to, co Kondrat opisuje, było powodem mojego lęku przed szkołą aktorską. Tymczasem przeżyłam pięć "spokojnych" lat, i nie mogę się doczekać, aby je zostawić za sobą. Będę musiała wynaleźć własną receptę, żeby nie dać się zdławić, ale wierzę, że bycie przy/w sobie, i bycie aktorką nie muszą być przeciwieństwami. Kondrat był aktorem znakomitym, ale jego decyzja o rezygnacji, o zmianie życia ze względu na psychiczne koszty zawodu jest w moich oczach godna najwyższego szacunku. Myślę, mam nadzieję, że będę mogła czerpać też z tego doświadczenia.

Link do artykułu: http://wyborcza.pl/1,115412,9783905,Kondrat__Milosc_musi_byc_pokrecona.html?as=1&startsz=x#ixzz1RQfkf6Ss


... jesli ktoś dobrnął aż tu, to całuję i pozdrawiam - Rita :-)

wtorek, 31 maja 2011

dworki chaosu - macki przeprowadzki

Chyba już kompletnie mi odpaliło.

Szukałam bardziej literackiego określenia, ale dosłownie brak mi słów. Teraz, po tym wszystkim, wracać do Polski? po nic? z niczym?

Dramatyzuję. Po prostu nie tego chciałam chcieć. Zresztą może mi jeszcze przejdzie. Niestety bardzo kiepska ze mnie kosmopolitka, wiem o tym - zwracam uwagę na narodowość i znam związane z nią stereotypy, nawet, jeśli się nimi nie kieruję. Bycie Polką, bycie kobietą - wszystkie te tożsamościowe składniki biorę ze szczyptą wątpliwości, ale pozbyć się ich... nie umiem.

Tymczasem się dziś przeprowadzam. Nie cierpię przeprowadzek. Nawet tym razem nie mam daleko, ale na myśl o pakowaniu robi mi się słabo. Rozpakowywanie jak cię mogę. Wszystko rozbabrane, nie mam czym oddychać. Mutlu fruwa po ścianach ze szczęścia, że będziemy mieszkać razem; ja też jestem szczęśliwa, tylko nie cierpię przeprowadzek. No i te przyszłościowe rozważania strasznie mi depczą po odciskach.

Powtarzam sobie raz po raz, że muszę się skupić na tym, co jest. Że esej na piątek nietknięty, że dziś jest dobrze, że wieczorem zwiniemy się razem w kłębek w poczuciu spełnionego obowiązku, i będziemy świętować początek dwóch miesięcy naszości. Niestety w głowie, w trybie pracy w tle, niezmiennie burza, wicher, huragan. Tylko się zwinąć w kłębek i przeczekać, ale to się nie kończy, ale muszę żyć.

Cholera, kręgosłup mnie boli. A i silna wola niedomaga. Zmęczyło mnie. I tak dzień w dzień. Dzień jak co dzień.

Zwijam się gdzieś wokół tego mojego szczęścia i jest dobrze. Ale ten kokon pierwszego zakochania też się kiedyś skończy. Co jeśli wtedy też nie będę miała odpowiedzi?

No będę, będę miała, na pewno. Zaufaj sobie, posłuchaj pragnienia.

Pragnę, żeby ktoś się za mnie spakował.









I w dodatku nie mogę pojechać do braciaka na występ..... zazdrość by mnie zeżarła (do zielonego), ale na pewno będzie znakomity (i występ i braciak).

szlagby.

czwartek, 7 kwietnia 2011

czasami jestem czarownicą

czasami nie wiem, co robię. czasami podążam za głosem nawet nie serca, bo banał, ale ciała - za głosem ważnych słów, i momentów gdzie słów zabrakło.

czasami moje sny powtarzają się przez tydzień. czasami to, co w teorii ma być najważniejsze, musi ustąpić miejsca. czasami.

czasami myślę, że nie ma w tym nic wyjątkowego, że wszyscy to robimy, że to tylko autorefleksja odróżnia mnie od innych - ta półświadomość irracjonalności, która gatunkowi ludzkiemu jest wspólna. irracjonalność, nie świadomość. czasami myślę, że komplikuję.

czasami mam wrażenie, że już wszyscy mi mówią, że myślę za dużo. no to myślę!!!! no. czasami mnie to wkurza - i to myślenie, i to innych mówienie.

czasami zbiera się na burzę. czasami cisza w oku cyklonu.

czasami męczą mnie słowa, nie wiadomo komu niepowiedziane.

wtorek, 29 marca 2011

coś na kształt determinacji

Mam to gdzieś. A raczej, gdzieś - ukrytą - miałam determinację. Wyjęłam, otrzepuję z kurzu. Wygląda na to że ach, ach, wszystko przeciwko mnie; ale się nie poddajemy. Ha!

Odkryłam, że jestem skłonna - ot, tak - rzucić studia przed samą magisterką, po to tylko, żeby robić to, co mam tak naprawdę robić. Jakkolwiek jest to głównie gest - prosty, by nie rzec prostacki, dobrze wyglądający w heroicznej, artystycznej wikibiografii - nie chodzi nawet o to rzucenie studiów. To w pewnym sensie wyraz priorytetów. Manifestacja tego, co się liczy. Więc once more, with feeling, mam to gdzieś - i to zupełnie nowe uczucie jest. Uczucie wolności. Aż musiałam do Holandii pojechać, żeby sobie to wszystko przypomnieć :)

Im dalej od domu, tym do niego bliżej. Tak, chce mi się grać na pianinie i śpiewać; Tim Minchin, Jamie Cullum, Gaba Kulka, oni wszyscy grają, grają, grają w mojej głowie. Chce mi się tańczyć. Mój taniec to rytuał radości życia, w którym rytmem stóp i ramion buduję energię do góry, do góry, do góry. Pragnienie euforii, które tak często mi towarzyszy (M.: "you're an adrenaline junkie, baby") tak właśnie najlepiej się spełnia, i skończyłam już z przepraszaniem za nie.

Także tak. Także no, jak rzekłby Jacek. Nastał czas, czas nastał, pani dziejko, żeby sobie po prostu naprawdę parę rzeczy odpuścić. Po latach rozterek, rozmyślań, emocjonalnych zawirowań, odkrywam nareszcie - czego ja chcę, i że to czego ja chcę, naprawdę się liczy.

No. :-)

niedziela, 19 września 2010

Jestem niespokojna [już północ, więc] od wczoraj. Od wczoraj jestem niespokojna. Niespokój targa mną, nie, nie targa, kołysze, szturcha mnie, popycha, budzi bezładne przyruchy nieświadome celu. Bo nie wiem, czego mi brakuje. A jeśli wiem, to nie wiem, że wiem.

Trzeba mi czegoś jak szok chłodnej wody przy skoku na głębię. Śmieszne może, niby już skoczyłam. A jednak chcę skakać jeszcze i jeszcze, gdzieś głęboko, gdzieś głęboko we mnie chcę. Po wierzchu - powierzchownie - jestem poobijana, nieprzychylna, nieufna, a jednak na powierzchni mi źle.

Brak mi, a przecież wszystko jest pod ręką - we mnie, w zasięgu. A jednak nie. Brak zapalnika, brak detonatora. Brak silnika. Twórczego impulsu, napędu. A męczy, bo czuję go blisko, oszaleć można od czekania.

Ja nie chcę spać. Chcę doleczyć gardło. Chcę krzyczeć. Chcę rzucać ciało na głęboką wodę.

Chcę splunąć lękiem, pluć lękowi w twarz. Męczę się w płytkiej wodzie, przy okazji-może-mam nadzieję-że się uda-NIE. Stało się już "przy okazji" i "hobbystycznie". Gra zaczyna się na poważnie. Robię albo nie.

A jednocześnie chcę chcieć się nauczyć - bawić po prostu. Bo jak wejdę w kierat - i pracoholizm, ten cichy desperat - i perfekcjonizm, nieznośna maniera (literacka, różnież - pauza i litera).

Trudno mi nagiąć umysł do mętnej wody, a przecież czuję - jak bardzo ogranicza mnie czarno-biały dualizm i walka! walka - energia, ale już za dużo... zeżre mnie, jeśli nie postawię granic. Binarne myśli - ciągłe przeciwieństwa - ramiona klatki tulę czule - na nic. Za nic. Nie puszcza mnie mój własny lęk. Wyjść z jasnych definicji to jest dać się wchłonąć. Nie będzie ja! rozpłynąć! zatonąć! minąć Tę Drogę! Dla Mnie Wytyczoną Misję! Wyśnioną! Nigdy! no i właśnie. tkwię.

ktoś rozumie? nie? a nie wyjaśnię.

sobota, 17 kwietnia 2010

Gombrowicz by się uśmiał

Poprzedni post zatytułowałam 'nie zginęło'. Nomen omen. Teraz odrobinę o tych, którzy zginęli. I o spokoju, który zginął we mnie.

Tak się złożyło, że wieści tragiczne otrzymałam, drzemiąc w samochodzie na trasie Poznań - Warszawa. Na początku nie zrozumiałam co słyszę. Już miałam powiedzieć - Chłopaki, przełączcie na jakąś muzykę, o katastrofach mamy słuchać?! - ale coś mnie tknęło, bo zazwyczaj słuchamy wszystkiego, tylko nie wiadomości. Pierwsza myśl "Jezu, wybiło pół paradygmatu romantycznego! Ciekawe, co będzie dalej...", druga "Znowu Rosjanie!" (od razu włączyła mi się nieufność, co zauważyłam w sobie z niechęcią, bo była to nieufność bezmyślna i odruchowa). Trzecia myśl: że mnie to nie rusza. Owszem, niepokój, ci ludzie nie byli dla mnie bezimienni. Ale sytuacja do mnie nie docierała. Myślę, że nadal nie dotarła.

Warszawa, jedne zajęcia, drugie. W niedzielę, z Agnieszką Graff, próbowaliśmy uporządkować sobie temat - między początkiem zajęć a syreną w południe, wszyscy byliśmy trochę wstrząśnięci. Traf chciał, że mieliśmy zajęcia o związkach i zależnościach między seksualnością i narodem, więc przedyskutowaliśmy poczucie niestosowności, że to niby 'niepoważne'. Tzn. Agnieszka spytała, czy mamy takie poczucie. Ja nie miałam. Miałam... nazwijmy to z braku lepszych słów poczuciem misji. Jakby ta wiedza, przekazywana sobie nawzajem w niedzielę, była w obliczu sobotnich wydarzeń jeszcze ważniejsza. Gdyby to był kurs informatyki, nie byłby tak istotny. Coś kliknęło we mnie - to były zajęcia o narodzie, a byliśmy pewni, że dyskurs narodowy się przy tej okazji uaktywni. Jak wiadomo, nie musieliśmy czekać długo.

W ciągu następnych dni pojawiły się wszystkie dyskursy, narracje, które wypunktowaliśmy sobie na flipcharcie, w próbie ogarnięcia wydarzeń. Narracja martyrologiczna, ofiary, służby - fatum Katynia, spisek PO i/lub Rosjan, histeryczna forma żałoby (ktoś ujął to dobrze: zamykamy teatry i filharmonie, odwołujemy Warszawskie Spotkania Teatralne. Niech działają tylko galerie handlowe. Ale to osobna dyskusja). Narracje cyniczne - Polak mądry po szkodzie, nawet na samoloty nas nie stać itp. Próby wskrzeszenia mesjanizmu. Narracja tragedii ludzkiej. Niby wielość, a jednak jedność. Histeryczna forma żałoby narodowej miała, w założeniu, być wszechogarniająca. Żal było biednych radiowców, którzy - nie mając nowych informacji - powtarzali w kółko te same, nieświadomie zgrywając płytę aż do gołych interpretowalnych fraz dyskursu. Zostawał sam patos, ale patos martwy, patos beton, patos który MUSI wzruszać. Problem iście Gombrowiczowski: no jak wzrusza, jak nie wzrusza?

Muszę to zaznaczyć, żeby obyło się bez nieporozumień. Sobota = tragedia = stracone życia ludzkie, możliwości, więzi. Mam tyle szczęścia, że nikt z moich przyjaciół nie był na pokładzie; znam ludzi, którzy tyle szczęścia nie mieli. Tego, co czują rodziny ofiar wypadku, nie mogę sobie nawet wyobrazić. Nie zapominając o ludzkim wymiarze sytuacji, uczucia osób, które mają bezpośredni związek z sytuacją, w sposób oczywisty - nie są moimi. Można się o to spierać, ale Lech Kaczyński był z mojego punktu widzenia swoim urzędem: był prezydentem mojego kraju, i przez większość czasu aktywnie zachęcał mnie do rzeczonego kraju opuszczenia. Nie znałam go. Jakim człowiekiem był - nie wiem, i nie powie mi tego żadna, zwłaszcza pośmiertna, relacja. Jego śmierć jest faktem, smutnym, ale ten smutek jest moją oceną, nie uczuciem, a sam fakt ma dla mnie wymiar dość abstrakcyjny. Tym, co mnie nie wzrusza, ale raczej zmusza - chce zmusić do wzruszenia - jest język. Sposób mówienia o tym, co się zdarzyło. Język symboliczny, język zawłaszczający przestrzeń symboliczną. Język, którego konsekwencją jest zawłaszczenie przestrzeni realnej.

Kolejne zastrzeżenie: nie odmawiam nikomu prawa do wzruszenia. Do przeżywania. Bo każdy z nas jakoś tę żałobę przeżywa. Myślę, że oprócz realnej żałoby występują też różne inne uczucia - np. lęk o przyszłość, wytrącenie z równowagi, zachwianie stabilnością świata. Składają się na tę histerię, z którą mamy kontakt przez media, i którą media podkręcają. Mój sposób przeżywania zaowocował ogromną ilością dyskusji, które toczę w różnych miejscach, internetowo i realnie. Owocuje też tym tekstem, którym chcę uporządkować myśli.


Tęsknię za czasem, gdy mówiąc: Wawel, myślałam: czekolada.
Słowo daję, że Wawel jako miejsce nie postał w moich myślach od bardzo długiego czasu. To dość symptomatyczne. Powtarzając za Anną Zawadzką, przeciętny nie-krakowianin ma gdzieś Wawel. Nie jest on obiektem naszego codziennego zainteresowania, nie jest żywym symbolem, miejscem rozgrywającej się na bieżąco kultury. To miejsce martwe, muzeum i cmentarz. Tym bardziej dla mnie martwe, że nie poczuwam się do jego wartości religijnej. Mimo wielu lat szkolnej indoktrynacji (Słowacki wielkim... - szepce monotonnie Gombro z półki), to, czego symbolem jest Wawel, nie napawa mnie dumą; niektórych jednak napawa. Ich duma dla mnie oznacza poczucie zagrożenia. Obecnie dominująca wizja wspólnoty narodowej nie przewiduje mojej przynależności. Ale wracając do tematu.

Paradygmat romantyczny. Pisze o nim Maria Janion. Napiszę i ja, choć nie tak dobrze i trafnie. Mogłabym dorzucić tu parę linków i bibliografię, ale myślę, że większość z nas rozpoznaje nurty w życiu politycznym ostatnich lat, które określiłabym jako new romantic. Neoromantyzm polskiej polityki jest bardzo powierzchowny, jeśli chodzi o warstwę intelektualną, ale - paradoksalnie - sięga bardzo głęboko, i wraca jak zły szeląg czy uparty trend. Żeby nie wchodzić za głęboko, przyjmijmy się 'oryginalnemu' romantyzmowi. Romantyzm odpowiadał jakiejś potrzebie swojego czasu, tak jak np. poezja patetyczna odpowiada czasowi wojny (a potem wydaje się przesadna). No właśnie. Na ziemiach polskich - niespodzianka! - nie toczy się wojna. Nie ma zaborców, przynajmniej nie w sensie XIX-wiecznym, ba! nawet komunizm się skończył (a wartości socjalne przejęły w Polsce prawicowe partie). Mimo to nadal funkcjonujemy jak walczący, a wartości czasu wojny nie sprawdzają się podczas pokoju; budowanie demokracji wymaga zupełnie innych postaw. Polska polityka historyczna jest - nomen omen - histerycznym ferowaniem wyroków, spychaniem niewygodnego, promowaniem jednej-jedynej-zjednoczonej wizji (i niech się wstydzi ten, co jej nie podziela!). Orzeł Biały jest jeden, Matka Polka też jest jedna, jedna religia, jedna narodowość, jedna historia, jedna polityka. A rządzi nami w sumie jedna i ta sama prawica. Ale nie o to, nie o to. Więc o co?

O Wawel. Bo kiedy przeczytałam "Mam gdzieś Wawel" Zawadzkiej, pomyślałam - hej, ja też! Ja też mam gdzieś Wawel, więc czemu mi on tak nagle przeszkadza? I już wiem. Bez pogrzebu na Wawelu dyskurs neoromantyczny pozostałby tylko jednym spojrzeniem na sobotnią katastrofę. Owszem, dominującym, owszem, skrajnym (i przez to prowokującym równie skrajne reakcje, umyślnie łamiące decorum, kontestujące wszechobecny, dławiący "stan żałobny"). Ale byłby to dyskurs, dyskurs nie spełniony, słowo, które nie do końca (wybaczcie niestosowność) stało się ciałem. Ciało, które nie zostałoby ukoronowane, uświęcone, jak pisze Wojciech Wencel "namaszczone przez samego Boga tragiczną śmiercią" (sic!). Wciąż byłaby możliwa refleksja. Ale zbliżamy się do momentu, w którym - są spore szanse - ta możliwość zostanie zamrożona. By sięgnąć po przykład, jak często w naszym kraju poddaje się reewaluacji pisma czy idee Jana Pawła II? Nie tylko ja widzę tu podobieństwo sytuacji; istnieje też podobieństwo zagrożeń. Bo choć mamy do czynienia z postaciami nieporównywalnego formatu, tragiczna śmierć, malowana na śmierć heroiczną, zrównuje dwa piedestały.

Żeby wyrazić się jaśniej, obecnie biczem na jakąkolwiek refleksję jest oskarżenie o braku szacunku wobec żałoby. Później takim oskarżeniem może się stać - świętokradztwo. Niezależna myśl może nagle zostać ekwiwalentem bezczeszczenia świętego narodowego grobu. Jak powtarza się nam, ciszej nad tą trumną. Rozumiem zniesmaczonych, ale jedna katastrofa już miała miejsce. Kolejna - zagrabienie JĘZYKA, który jest dobrem wspólnym, i to, w przeciwieństwie do Wawelu, żywym - ma miejsce właśnie teraz, na naszych oczach. Nie dziwcie się tym, co biją w dzwony.

Wzmiankowany powyżej Wojciech Wencel też uderzył w dzwon. Zygmunta. W swoim tekście "Niech ci bije dzwon Zygmunta" zarzuca protestującym, że boimy się powrotu żywej pamięci narodowej. "Przecież nie chcemy znowu śnić o polskich upiorach, chochołach, wieszczach, prorokach. Chcemy żyć w spokoju, robić kariery, zakładać firmy i „mieć auta” (autentyczny argument z komentarza na blogu). I nie słyszeć tego nieznośnego, wampirycznego głosu: „Powstań, Polsko, skrusz kajdany! Dziś twój triumf albo zgon!”." Nie komentując znakomitego wykorzystania romantycznego imaginarium, mam dwa spostrzeżenia: owszem, nie chcę powrotu pamięci narodowej w wersji XIX-wiecznej. Taka pamięć narodowa jest wampirem, a nie tworem żywym, i - jeśli mogę pociągnąć metaforę dalej - jest to wampir karmiący się ludzką krwią. Wampir, który istnieje nie jako - jak zdaje się sugerować autor - metafora martwej Polski czy martwej pamięci historycznej, ale raczej jako figura tych wszystkich wizji historii, które zostały wyparte, przywalone narodowym dyskursem. I wracają do nas w postaci nieumarłych, nie pozwalając nam iść dalej, nie pozwalając na dalszy rozwój państwa polskiego i nowoczesnej świadomości Polaków. Niestety, nie wyszliśmy jeszcze poza "Myśli nowoczesnego Polaka".

Pochówek na Wawelu będzie potwierdzeniem polityki historycznej. Sprawi, że wampir wstanie z grobu i uzyska miejsce pośród żywych. Niestety, wampir pozostanie wampirem (= nie ożyje), tyle, że nie będziemy mogli go dłużej ignorować, czyli - zgodnie z powszechną strategią eskapistyczną - zajmować się polityką tylko w sensie 'prywatne jest polityczne'. W przeciwieństwie do autora nie dziwię się ludziom, którzy - zniechęceni wampirzą retoryką - postanowili 'mieć auto'. Dopóki stawiamy pomniki wampirom, dopóki fetujemy martwe symbole, dopóki nie stajemy twarzą w twarz z przeszłością, tylko z wypielęgnowaną jej wizją, która przedstawia nas jako bohaterów i ofiary - dopóty nie będzie faktycznego życia politycznego, rozwoju, rozmrożenia tożsamości. Inna sprawa, że opozycja, którą stawia Wencel - opozycja między historycyzmem a konsumpcjonizmem - sprawia, że zaczynam rozglądać się za jakimś trzecim wyjściem. Albo w ogóle wyjściem z labiryntu. W międzyczasie, między rozdrażnionymi, którym nie dane było w spokoju przeżyć żałoby, rozdrażnionymi, których drażni wszechobecna święta, jedyna, najmojsza tej żałoby wersja, rozdrażnionymi, którzy próbują ugrać na tragedii własny polityczny interes i własnym, wyładowywanym przez ciągłe dyskusje rozdrażnieniem - czuję za plecami naszych wielkich zmarłych. W nagłej ciszy 'tak ucho natężam ciekawie'... I słyszę echo.

Echo gromkiego śmiechu Gombrowicza.

wtorek, 23 marca 2010

o walce słów kilka

Cofnęłam się parę notek, i widzę, że program tego bloga (jeśli w ogóle istnieje) zmienił się nieco. Chwilowo 'wychłódniało' mi zaangażowanie społeczne. Zmieniło się w mus-przymus, obowiązek. A mój stosunek do obowiązków (KTOŚ mnie ZMUSZA) jest znany (no way in HELL)... przy czym mam na tę reakcję mniej więcej taki sam wpływ, jak pies Pawłowa na swój odruch. Zatem piszę okazjonalną notkę, tagując 'prywatnie' z luźnymi (vague) wyrzutami sumienia (wpis meta-blogowy? meta-wizyjny? meta-programowy? meta-misyjny!). W sumie mogłabym każdy otagować 'z misją'. Moja 'walka o niezależność' ostatecznie najważniejsza jest w przełożeniu na życie prywatne. Moje życie prywatne.

Miało być o walce, bo też walka mi towarzyszy. Ciotka dokucza mi, że gdybym się urodziła paredziesiąt lat temu, byłabym traktorzystką, rumianą twarzą na plakacie, chorążą w pochodzie pierwszomajowym (ciotka, delikatnie rzecz ujmując, nie rozumie idei zaangażowania społecznego). No więc tak, mam lewicowe korzenie (tata antyklerykał....) i poglądy. Raz terapeutka spytała, czy byłabym aż tak zaangażowana w feminizm, gdybym się nie spotkała z dyskryminacją tak wcześnie. Odpowiedź jest, jak sądzę, oczywista. Mieć pogląd to jedno; czym innym - mieć powód do walki. Doświadczyć niesprawiedliwości. Czuć gniew.

Przy całej 'lewicowości' odebrałam sporą dawkę patriotycznego wychowania, 'kanonicznego'/kanonizowanego gwałtu. Słowacki, Mickiewicz, Wajda, Kutz, inni wielcy poeci, plus spory i wczesny kontakt z religią i cztery lata harcerstwa; ZHP unika jak ognia powiązań z lewą stroną sceny politycznej. To wychowanie sprawia, że robi mi się słabo, gdy na imprezie koleżanki i koledzy z KP radośnie intonują tę czy ową międzynarodową pieśń. W pewnym sensie nie przynależę nigdzie. Z niczym się do końca nie zgadzam. Dlatego też trudno mi walczyć; choć pragnę, i pragnę się buntować.

Walka - podkręcam się w niej, frustruję, ożywam i cierpię jednocześnie. Walczę z mężczyznami, których postrzegam jako zagrożenie dla siebie, lub dla co bardziej 'kobiecych' (= miłych i biernych) koleżanek. (Rita na imprezie w wersji: feministka/lesbijka/pies obronny [suka?]). Walczę ze sobą, z materią swojego życia. Walczę z niechęcią i chęcią do walki. Walczę z pęknięciem w sobie, choć ostatnio uczę się przyznawać, że jest.

Jeśli jest walka, jest lęk. Lęk, że nie walcząc, pozwolimy innym wygrać, oddamy władzę nad sobą, będziemy bierni i podlegli. Ale walka jest jak słomiany ogień: na dłuższą metę nie daje mi poczucia sensu, nie pomaga, gdy nie mogę wyjść z łóżka; nie trwa. Jest nieskuteczna w kreowaniu sensu życia. Poza ekstremalnymi warunkami (wolontariat w Afryce?) w moim obecnym życiu walka więcej niszczy niż kreuje. Niszczy coś we mnie. Jest manifestacją lęku, i tylko zakorzenia go głębiej.

Tak naprawdę walka nie jest moim celem. Oczywiście, naiwnie byłoby spodziewać się, że wszystko się samo idealnie ułoży; czasem trzeba walczyć. Ale osobowość skłonna do walki konstruuje jej potrzebę i wymagające walki okoliczności - w tym samym stopniu, co uprzednie okoliczności (np. w/w dyskryminacja) konstruują skłonną do walki osobowość. Więc tak, jak na to teraz patrzę - ideałem byłoby nie walczyć WCALE. Mierzę się z lękami, jeden po drugim, bo wiem, że walka jest reakcją we mnie - żeby ochronić innych/inne przed tym, co mnie już się stało; żeby ochronić siebie przed dalszą krzywdą; i wreszcie, żeby zranić, tak, jak byłam zraniona. (z ranieniem jest akurat problem: mam blokadę na gniew, żeby tylko kogoś nie zranić, nie zmienić się w kata. Ale nie zaprzeczę, że tego pragnę, nieraz bardzo mocno. Skrzywdzić. Dojebać.).

Co z tą walką? jestem nią zmęczona. Tak naprawdę jej nie chcę, nawet, kiedy jej pragnę. Sprzeciwiać się jej, to jak sprzeciwiać się byciu kobietą - nie podoba ci się konsekwencja tej etykietki, ale nie masz ochoty nic sobie przyczepić na miejsce waginy, więc akceptujesz sytuację z czystej bierności, nie - radości. Mam wbudowany instynkt walki. Uczę się z nim żyć, korzystać i nie korzystać.

Tu miała być mądra puenta, ale chyba się wyprztykałam. Z tekstem też nie chce mi się walczyć. Lubię te momenty, gdy wszystko wypływa ze mnie, gdy jestem źródłem kreacji. Gdy fala przemija, mogę zanurzyć się w spokoju. Takiej satysfakcji pragnę. Tego chcę, i tego chcę chcieć.

Niechcenie walki nie jest instynktem, prędzej jego zaprzeczeniem. Jest wyborem.

wtorek, 14 kwietnia 2009

o manipulacji słów kilka

I wtedy byłam na niego zła. Widziałam, że cię manipuluje. Że do twoich zmartwień dokłada swoje, obciąża cię sobą. - gestykulowała żywo. - Nie zrozum mnie źle, to fajny facet, i wiem, że jest twoim przyjacielem, ale on tak bardzo chce... być z kimś blisko... że uzależnia ludzi od siebie. Ze mną też tego próbował.

Mówi to wszystko, a ja myślę uporczywie, i nie pamiętam, ta niepamięć mnie przeraża. Pamiętam trudny czas mojego życia, długie telefony, szczere rozmowy, tak ważne i tak przerażające. Ten rodzaj szczerości, w którym, jak zwierzę, odsłaniasz miękki brzuch. Wiem, że już wtedy mógłby mnie złamać jednym palcem, gdyby chciał. Jednym słowem. Wierzę, że tak nie zrobi.

Więc czy ona po prostu nie rozumie? I w to nie chce mi się wierzyć. Wiem, że mówi mi to dla mojego dobra, czymkolwiek ono jest w jej mniemaniu. Wiem, że - podobnie jak ja - jest wrażliwa na manipulację. A jednocześnie wiem, że czasem manipulacji nie zauważam. I to jest ten lęk: że nie widziałam, że nie chciałam widzieć, że (znowu) uzależniałam się, zatracałam na ślepo w uczuciu. Jest to błąd, którego nie chciałabym już w tym życiu powtórzyć. Przeraża mnie, że byłam o krok od przepaści.

Być może to nie jest tak, być może nie rozumiem. Wiem tylko, że chciałabym być przy kimś, z kimś, nie będąc... uzależnioną. Zależność a uzależnienie to różnica, a emocjonalność człowieka sprawia, że prawie każdego da się manipulować. Znam ludzi, których się (pozornie) nie da - ale każdy z nas ma odpowiednie guziki. Ci ludzie, w grze o władzę, po prostu manipulują sami. Też to czasem robię, i nawet nie zauważam. Wolę manipulować, niż być manipulowaną.

Ale moja niechęć do manipulacji sprawia, że świadomie unikam jej w każdej formie. Podświadomość to, oczywiście, inna para gumowych butów. Nie życzę nikomu bycia obiektem manipulacji - głównie dlatego, że to boli, ten jej rodzaj, o którym mówię. Niedawno powiedziałam o innym bliskim mi człowieku "W jego manipulacji zawsze jest miłość, a w jego miłości - manipulacja".

Krąg wydaje się zaklęty. Ale może uda się wyjść.