Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artystująco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artystująco. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 marca 2012

Rita nagrać muzykę. Rita płakać ze szczęścia.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

a imię moje brzmi: legion

... pomysłów. mam ich wiele, dziś kolejny. roboczy tytuł "Polska D", co nie ma związku ani z dupą, ani alfabetem Polski A, B, X, LGTQ etc. (przynajmniej niebezpośrednio). tryskam ideami, lecz zdrowiem nie tryskam, ostatnio musiałam wybyć z imprezy tanecznej (!!), którą, notabene, sama zorganizowałam (!!!! :( ). niemniej jednak, status update: Kluje Się.

piątek, 9 września 2011

ja podmiot Rita pisząca

Słowa gasną powoli. Kręcę się i nakręcam.
Pozytywki, chomiki, kółka, tryby, krzyżyki.
Tańczę taniec chocholi. Trans jest wieszczy, ulotny
życia w nim nie przeżyję, bo za bardzo mnie boli.

I wykuwam to słowo. Zamiast bić głową w ścianę
zmieniam siebie w gwóźdź ostry, który wbijam w zastane.
Zmieniam siebie w wodospad i rozmieniam na małe
krople wody, uparcie, żeby drążyć tę skałę

i te mury. Bo piszę. Czasem nawet się bawię.
Tak, żongluję nożami na cyrkowej arenie.
Słowa zawsze są ostre. Lecz nic nimi nie zmienię
tylko sobą, i ciałem, z nożem wbitym, zostawię

ciche ślady. Już z tego tragedii nie robię
Ani misji. Szczękocę, młócę słowne łomoty
mnożę dzielę i rządzę, liczę stopnie tęsknoty
nie zagłuszam, wypełniam puste sale w sobie.

A polszczyzna zbyt prosta. Bez hamulców samochód
pod stopami - lód, wrotki, jakaś równia pochyła
do banału. Ryms w rymy. Warstwy śniegu to całun
lecz odśnieżam, zawierzam, tak pomału, po trochu.

I zbyt prosta. Choć szarpię niewidoczne jej kraty
jestem tu, nie poradzę. Niechęć - niemoc, więc kadzę
słodkie wonie ołtarzom - ten cyniczny pragmatyzm
aby strzelać, gdy każą - w Smoleńsk, Auschwitz i Katyń.

Nie ucieknę, nie mogę. Lubię cieszyć się tekstem
gdy odchodzę, na chwilę, na sprężystej gumce
gdzieś na łąki wyrazu, ekspresyjny eksces
gdzie jedwabne są trawy. I pozostać tu-m chcę

I się nie da. Bo nie ma nieba dla poetek
feministek, bo polskość karmiła się kratą
aż i kratą się stała. aż pieprzony nagietek
mówi Polska przetrwała. I jak rzekł czeski Terminator

To se ne da. Konrada płaszcz czy Supermena -
zrób se mema z husarzem, ja ci jeszcze pokażę
nu zajec. Nie lękajcie się, będzie telemark.

Gdy z uporem maniackim tworzę sobie twarze
swój nieważny protest głoszę, chociaż nie ma
robię miejsce nań. kliknij ulubione, siema

brzmiało całkiem spoko, przejrzę sobie potem.

wtorek, 26 lipca 2011

może powinnam otagować: emo

Nie mogę się do-wyrazić w języku ojczystym, może dlatego - że ojczysty.

Męczę się, piszę niedokończone piosenki. Językowe rozdroże, rozdarcie, rozstanie? Po angielsku interesujący banał, po polsku - banalne pustosłowie?

Smutno mi, jutro wyjeżdżam. Euforia re: do domuuuuu!!! Smutno, bo zostawiam wiadomo kogo, który wciąż jest w trudnej sytuacji finansowo-wizowej. Muszę skądeś wyciągnąć siłę, wiarę, nadzieję. Braku miłości nie stwierdzono.

Cóż, żem jest dobra w przetrwaniu, co już dawno wiadomo, więc myślę/mam nadzieję, że mnie ta szlachetna, definitywnie po przodkach odziedziczona cecha i tym razem nie zawiedzie. Ale niemożność pisząca trochę cienszka.

Innymi słowy dupę w troki, i wszystko inne też. Allelluja i do pakowania.....


PS: Re:Rita, przetłumaczona na kawałki (bo w jednym kawałku się dusiła) - próbuje stworzyć koherentny przekaz:


Na bezgłosiu i szept się przyda
przyda dźwięku wmuszonej ciszy
Przetransponuj mój krzyk na niższy poziom głośności

Na bezgłosiu i szept się przyda
przyda byt nieużytej krtani
przetłumacz krzyk mój na wyższy poziom godności

(dostają głos na ograniczony
użytek wyznaczony
kontraktem. Kontaktem
z rzeczywistością.)




Pani Małgosia uczy czytanki
Na uniwerek pójdzie po przerwie
Dziecięcy jazgot jedzie po nerwie
Przełyka ślinę z tłuczonej szklanki

Pani Małgosia uczy teorii
Interpretuje Wielkich Poetów
Inteligenckich apologetów
Małe kamyczki w żarnach historii

Chociaż profetów wśród nich nie brakło
Przyszłość jest inna, niż wymarzyli
Pani Małgosia jeszcze się sili
Tylko gdzie światło – światło – światło!
(Bracia poloniści, siostry polonistki
Obojętni raczej wszystkiemu i wszystkim)



hahaha.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Re: feminizm, czyli Rita rozważa.

Kiedy otwarcie staje się zamknięciem? Kiedy krytyczne myślenie przemienia się w wiarę? Jaka jest anatomia buntu przeciw systemowi, który przekształca się w kolejny system?

Od dłuższej chwili rozważam rolę feminizmu w moim rozwoju, i dochodzę do nadzwyczaj interesujących wniosków. Ale po kolei.

Fakt 1: feminizm daje głos.

Post niżej wspominałam tzw. moment feministyczny - epifanijny paradigm shift, który sprawia, że widzisz coś uprzednio przezroczyste. Sama nazywam to założeniem okularów, choć równie dobrze można by mówić o zdjęciu okularów, tyle, że różowych. W każdym razie.

Fakt 2: wrażliwiec jestem, i już.

Nie wchodząc w medykalizację (Highly Sensitive Persons, nadwrażliwość), nadmiar romantyzmu (re: temperament artystyczny) czy nawet spirytualne rozważania (dusza, wyczuwanie innych), Istnieje Wrażliwość, co jest relewantne re: Rita. Wrażliwość objawia się relatywnie mocnym odczuwaniem czegokolwiek, co ma znaczenie w przypadku a) rozrywek rodzinnych, b) rozrywek społecznych. Tak się składa, że i moja rodzina, i moje, tzn. naówczas polskie społeczeństwo były głęboko patriarchalne. Trudno było nie oberwać rykoszetem. Stąd konieczność - zabrania - głosu: bo był on uprzednio odebrany.

Fakt/hipoteza 3: polskość religijno-polityczna?

Nawet nie wiem, czy to jest kwestia narodowości czy wychowania, ale choć odrzuciłam katolicyzm, mój sposób postępowania jest związany z religijnością. Wiąże się to pośrednio z artystowaniem - czucie, wiara itepe - ale również z wyuczonym wzorcem postępowania, który dzielił postawy i czyny na dobre i złe, czy - bardziej w dyskursie politycznym - słuszne i niesłuszne. Idąc w politykę, nachodzi na to podział my - oni (kto ma rację - my mamy rację, i "na moje niebo wlata").

Fakt 4: pułapka wiary.

Tak się składa, że odkrywszy feminizm - źródło wiedzy o moim plemieniu, osobach Takich Jak Ja, które podobnie postrzegają świat i zmagają się z analogicznymi problemami - mój zachwyt był wprost proporcjonalny do poziomu stłamszenia szarą rzeczywistością. Innymi słowy, nie tylko przyjęłam krytyczny stosunek do społeczeństwa i jego realiów, na podstawie aparatu pojęciowego feminizmu; ja po prostu w feminizm uwierzyłam. Z - raczej dla mnie charakterystycznym - zapałem neofitki zaczęłam nie tylko odkrywać podobieństwa oraz możliwości intelektualne, które oferował mi ten wspaniały nurt, ale również dostosowywać się do nowych zasad.

Konkluzja 1:

Powyższe rozumowanie jest częściową samokrytyką. Przegapiłam moment, w którym feminizm zaczął mnie ograniczać. Co gorsza, przez dobrą chwilę przestałam szukać nowości myślowych. Z marazmu wyrwał mnie nieco kurs teorii queer, ale ogólnie pewne idee i zachowania znowu zaliczyłam do teorii 'niesłusznych'. Niesłuszność była bezrefleksyjna, i - podobnie jak wcześniej narzucony mi system wartości - w końcu zaczęła uwierać.


Część druga: kto ukradł feminizm? struktury władzy


Czytałam sobie ostatnio taką książeczkę pt. Who stole feminism: how women have betrayed women. Autorką jest Christina Hoff-Sommers; rzecz dzieje się w Ameryce. Do polskich realiów odnosi się raczej słabo, ale do moich trochę tak.

Książka traktuje o feminizmie płciowym/genderowym, który zwraca kobiety i mężczyzn przeciwko sobie, zamiast wspierać feminizm humanistyczny, którego celem jest równość. Dużo się mówi o terrorze na uniwersytetach, gdzie nie można wyrazić jakkolwiek niesłusznych poglądów, o konferencjach zamienionych w towarzystwa wzajemnej adoracji, o intelektualnych miernotach, które robią karierę głosząc poglądy 'słuszne' oraz nadużywaniu statystyk, żeby udowodnić słuszność poglądów. W tle występują granty opiewające na ogromne pieniądze, zaszczucie osób niesłusznych oraz brak dyskusji i wolności słowa. No i jeszcze zajęcia akademickie o bardzo wątpliwej wartości intelektualnej, wchodzące raczej na terytorium terapii i grupy wsparcia.

Niektóre tematy poruszone przez autorkę są dla mnie niewyobrażalne (co wkrótce zademonstruję przykładem). Nie do końca zgadzam się też z jej oceną feminizmu gender, który uważam za ciekawe poszerzenie rozważań na temat płci i roli społecznej, choćby. Ale sądzę, że dwa wątki są ważne: feminizm władzy, i feminizm ofiary.

Feminizm władzy czy może raczej: mocy (power feminism) w najprostszym rozumieniu dotyczy pewnego rodzaju pozytywności - kreujemy nowe wzorce kobiecości, która nie boi się władzy, niezależności, sterowania własnym losem, odpowiedzialności i kariery. Pokazujemy małym dziewczynkom, że mogą być prezydentkami i sprawować władzę, a nie tylko spektrum modelka - nauczycielka, czyli ładna/mądra, wygląda (dla innych)/zajmuje się innymi.

Jak łatwo się domyśleć, feminizm mocy jest reakcją na feminizm ofiary. W którymś momencie zaistniała myśl, że potrzebne jest nie tylko zwracanie uwagi na kobiety, które są źle traktowane ze względu na płeć, ale również eksponowanie wzorców społecznych, które są przejawem - i przykładem dla - zmiany. Jak na razie ślicznie, prawda? Bo truizm kobieta-ofiara, powielany przez słusznie oburzone feministki, mógłby zainspirować poczucie bezradności (nie każda z nas reaguje słusznym gniewem), a tego przecież nie chcemy. No.


To może teraz do przykładów.


Przykład 1: Polska - I Kongres Kobiet

Oto obiecana ilustracja dla różnicy Polska/USA. Pierwszy Kongres, z którego skądinąd napisałam entuzjastyczne sprawozdanie (było i krytyczne, ale go w końcu nie opublikowałam), był ostro krytykowany za nadmiar feminizmu mocy. Bo chociaż mówiło się o ofiarach i wykluczonych, choć wstęp był darmowy, trudno powiedzieć, żeby ofiary były reprezentowane na Sali Kongresowej. Sam fakt, że Henryka Bochniarz była organizatorką, wywoływał wątpliwości. Przed Kongresem Bochniarz nie rzucała się w oczy jako feministka; była raczej Kobietą, która zrobiła Karierę (= wzór mocy). Podział obowiązków wśród pomysłodawczyń (H. Bochniarz, M. Środa) wydawał się jasny. Innymi słowy, nawet szlachetna i politycznie kompromisowa inicjatywa może wywoływać niesmak: przedsiębiorczyni, filozofka, dwie czy trzy pierwsze damy (nie pamiętam, czy Danuta Wałęsa się zjawiła, była zaproszona) debatują nad problemami Prostych Kobiet. U niektórych wywołało to zdecydowaną, i uzasadnioną, nieufność. Relacje władzy są trudne do zignorowania.



Przykład 2: USA - Who stole feminism


Powyżej ilustrowałam wykluczenie ofiar (które np. straciły na transformacji) na rzecz zachęcanych do przybycia na Kongres właścicielek firm, które uzyskały zaadresowaną do siebie ofertę (kobiety w Polsce mogą odnieść sukces) - obok słusznego hasła, że bieda w Polsce ma twarz kobiety. Niedoreprezentowany na Kongresie feminizm ofiary charakteryzuje się jednak pewnym paradoksem. To jedna rzecz - przyjąć do wiadomości istnienie ofiar, zorganizować pomoc. Kolejny etap to przepracowanie roli ofiary przez same zainteresowane. Tymczasem, gdy rola ofiary jest źródłem przywilejów, niektóre kobiety nie chcą z niej wyjść.

Ten paradoks jest znany zarówno terapeut(k)om, jak i osobom prowadzącym Domy Samotnej Matki. Idealnie, ofiara otrzymuje pomoc, ażeby potem stanąć na nogi i uzyskać samodzielność. Ale dla niektórych osób etap samodzielności jest trudny do osiągnięcia.

Who stole feminism pośrednio ilustruje paradoks ofiary. Świat, w którym wykładowczyni ogłasza, że pewna lista tematów nie będzie poruszana, czyli de facto stosuje cenzurę; świat, gdzie przestrzeń sali wykładowej nie jest przeznaczona do żywej dyskusji i wymiany myśli, ale jest nazwana "przestrzenią bezpieczną" (dla kobiet, wykładowczyni patrzy podejrzliwie na mężczyzn, urodzonych agresorów); świat, w którym empatia białych, zamożnych kobiet pozwala im sprawować władzę, bo nikomu nie wolno atakować pokrzywdzonej - oto obrazek, który Hoff-Sommers przedstawia naszym przerażonym oczom. W jaki sposób przejść od ustawienia niedopuszczalności zachowań seksistowskich, dajmy na to, do autentycznego kneblowania wymiany myśli? Kiedy otwarte mówienie o własnych doświadczeniach przeradza się w wymuszanie zwierzeń, reinterpretowanie emocji według "właściwego" klucza i ogólne pranie mózgu? Oto paradoks ofiary, zmieszany z paradoksem władzy. Absolute power corrupts absolutely.

Co gorsza, powyższa ksiażka nie jest dowodem na to, że feministki nie mają w Stanach już nic do zrobienia. Mają. Tyle tylko, że każdą nośną myśl społeczną, która osiągnie pewną masę krytyczną, da się przerobić na biznes. To są etapy - najpierw feminizm underground, czyli wysoce niepopularnym (Polska, ostatnie dwadzieścia lat); potem, feminizm out and proud (Stany, ostatnie - chyba też ze dwadzieścia). Gdzieś dalej zaczyna się równia pochyła - i na sprawie pokrzywdzonych i biednych ktoś czesze grubą kasę. Co gorsza, osobom tym towarzyszy spełnienie zawodowe i pełne poczucie misji.


"Tu mnie boli, to mi się należy" - mechanizm ofiary w nieskończoność

Jest pojęcie, ukute przez Carolyne Myss, autorkę książki Anatomia duszy - woundology, "ranologia". Jako inspirację podaje ona swoją znajomą, która od wielu lat przynależy do grupy wsparcia osób molestowanych seksualnie przez krewnych. Znajoma, podczas dwuminutowej rozmowy poinformowała dwóch nowopoznanych mężczyzn o swoim problemie, spytana zaś o powód zareagowała agresywnie, domagając się wsparcia. Ustawiła swoje życie nie tak, aby wyleczyć swoją 'ranę', ale by czerpać z niej korzyści.

Tu nota, że nie próbuję oceniać prędkości, z jaką ludzie doznają psychicznego uleczenia. Chodzi raczej o ciągłe podtrzymywanie bólu, żeby domagać się przywilejów i wykorzystywać poczucie winy. Osoby, które 'przepracowują' coś psychicznie, często mówią głośno o swoich problemach; to pomaga poradzić sobie ze wstydem, otrzymać afirmację rozmówców. Częste są obronne reakcje, jeśli poruszane są drażliwe tematy. Czasem jednak nie przechodzi się na następny poziom, bo wygodniej jest manipulować innymi. Stąd białe, uprzywilejowane Amerykanki, które zakrzykują innych nawijką o symbolicznym gwałcie, co mogę absolutnie wspierać w konkretnych przypadkach (nie neguję istnienia), natomiast jako zjawisko, tzn. osoby manipulujące bliską mi ideą, jest to raczej ciężko strawne.



Konkluzja 2, osobista - po co to wszystko.


Różne są motywacje, które prowokują do myśli i działalności feministycznej. Tak jak pisałam poniżej, dla wielu z nas patriarchat jest osobistym doświadczeniem, które trudno np. traktować w kategoriach racjonalnej debaty. Trauma bardzo często wiąże się z bezradnością, i daje nam impuls, żeby coś zmienić. Tak było i ze mną. Gdzieś po drodze jednak, założyłam sobie knebel. Bojąc się uwewnętrznionego seksizmu, znowu przestałam poddawać idee krytycznej ewaluacji.

Strategia słuszne - niesłuszne była mi podpórką, kulami osoby niezdolnej stać o własnych siłach. Co jednak zrobić, gdy stała się kulą u nogi? Gdy mój feminizm stracił świeżość myśli, i co gorsza, powstrzymywał mnie od zmiany?

Nie chodzi nawet o to, że mnie już na Feminotece nie publikują, i że straciłam świeżą buźkę debiutantki. Rozpoznałam wewnętrzną autocenzurę. Na własną trudniej się zbuntować, niż na cudzą.


Podsumowując, mam dość bycia ofiarą. Empatia wobec ofiar nie znaczy, że muszę być jedną z nich do końca życia. Jestem świadoma problemów rynku pracy, praw reprodukcyjnych, etc. Moje poglądy nie wzięły się z powietrza, i teraz wpuszczam doń trochę powietrza. Wiem, co robię i mówię. Wiem, dlaczego.

Moje zaangażowanie w feminizm może się zmniejszyć lub zwiększyć, ale chcę się zajmować teatrem. Kreując postać, chcę rozważać, czy jest stereotypowa - dzięki feminizmowi mam ku temu aparat pojęciowy. Nie chcę natomiast rozważać, czy jest "słuszna". Nie chcę i nie mogę zakładać ideologii, zanim powstanie fabuła. Ocena, krytyka, interpretacja - one wszystkie muszą pokornie ustawić się w kolejce za Twórczością.


Jestem sobą. Chcę tworzyć. Bez lęku, bez poczucia winy.

wtorek, 19 kwietnia 2011

co to jest, toto, no to

Zyski - nowe lęki i nowe radości.
Straciłam, zyskałam pewne możliwości.
Zmiany są subtelne, jakby skład powietrza
Nie wiem - jestem gorsza albo może lepsza
Bilans strat i zysków mi nie odpowiada
Na jego pytania, żadna dobra rada
Nie pomaga rozwiązać uczuciowych splotów
(Wzięła Rita chłopa, nie miała kłopotu).
Nie wiem co powiedzieć, a więc nic nie mówię
Gaduła zamilkła, sentimental movie
Kiedy tortured hero spotyka na drodze
Życia heroinę, doświadczoną srodze
Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością
- Przejścia bez przeszłości, przeszłość bez miłości
Nie wiedzą co zrobić z własną wątpliwością
Chyba kochać, hołubić, przytulić, ugościć
Wychować, wykarmić, hodować przy boku.

Może jak dorośnie, odejdzie, da spokój.

czwartek, 7 kwietnia 2011

czasami jestem czarownicą

czasami nie wiem, co robię. czasami podążam za głosem nawet nie serca, bo banał, ale ciała - za głosem ważnych słów, i momentów gdzie słów zabrakło.

czasami moje sny powtarzają się przez tydzień. czasami to, co w teorii ma być najważniejsze, musi ustąpić miejsca. czasami.

czasami myślę, że nie ma w tym nic wyjątkowego, że wszyscy to robimy, że to tylko autorefleksja odróżnia mnie od innych - ta półświadomość irracjonalności, która gatunkowi ludzkiemu jest wspólna. irracjonalność, nie świadomość. czasami myślę, że komplikuję.

czasami mam wrażenie, że już wszyscy mi mówią, że myślę za dużo. no to myślę!!!! no. czasami mnie to wkurza - i to myślenie, i to innych mówienie.

czasami zbiera się na burzę. czasami cisza w oku cyklonu.

czasami męczą mnie słowa, nie wiadomo komu niepowiedziane.

niedziela, 3 kwietnia 2011

wiosna jest, i mi świeci

Świeci mi na świecie, i dość pogodnie. Pożeram z radością i łapczywie, karmię się muzyką, Jamie Cullum wchodzi w uszy, i smakowite kąski słów wkłada do ust. Odkrywam na nowo fascynację zmysłami - widokismakidotykiDŹWIĘKI - a zwłaszcza dźwięki, które sama, sama z siebie wydaję, które dotykają mnie tak głęboko, tak mocno, i mojo, mojo też.

Odgrzebuję przestrzenie pamięci. Nareszcie zrobiła się przestrzeń i czas. Przestrzeń oddechu, czas pracy. O wiosno, o Anno Świrszczyńska, poetycka moja patronko. W maju zeszłego roku pisałam o tobie, polska czarownico, perło samotności. Teraz tęsknię i wspominam twoją poezję. Na twoich słowach się wesprę, twoich słowach w mojej głowie, w moich włosach, muzo nieposkromiona.



Z TWOIMI RĘKAMI NA SZYI

Zajadam z zachwytem
swoją kromkę szczęścia.
Śpiąc nawet
trzymam ją mocno w ręku.

Moje sny są puszyste
jak słońce,
z którego ubito pianę.

Budzę się
z twoimi rękami na szyi.

wtorek, 29 marca 2011

coś na kształt determinacji

Mam to gdzieś. A raczej, gdzieś - ukrytą - miałam determinację. Wyjęłam, otrzepuję z kurzu. Wygląda na to że ach, ach, wszystko przeciwko mnie; ale się nie poddajemy. Ha!

Odkryłam, że jestem skłonna - ot, tak - rzucić studia przed samą magisterką, po to tylko, żeby robić to, co mam tak naprawdę robić. Jakkolwiek jest to głównie gest - prosty, by nie rzec prostacki, dobrze wyglądający w heroicznej, artystycznej wikibiografii - nie chodzi nawet o to rzucenie studiów. To w pewnym sensie wyraz priorytetów. Manifestacja tego, co się liczy. Więc once more, with feeling, mam to gdzieś - i to zupełnie nowe uczucie jest. Uczucie wolności. Aż musiałam do Holandii pojechać, żeby sobie to wszystko przypomnieć :)

Im dalej od domu, tym do niego bliżej. Tak, chce mi się grać na pianinie i śpiewać; Tim Minchin, Jamie Cullum, Gaba Kulka, oni wszyscy grają, grają, grają w mojej głowie. Chce mi się tańczyć. Mój taniec to rytuał radości życia, w którym rytmem stóp i ramion buduję energię do góry, do góry, do góry. Pragnienie euforii, które tak często mi towarzyszy (M.: "you're an adrenaline junkie, baby") tak właśnie najlepiej się spełnia, i skończyłam już z przepraszaniem za nie.

Także tak. Także no, jak rzekłby Jacek. Nastał czas, czas nastał, pani dziejko, żeby sobie po prostu naprawdę parę rzeczy odpuścić. Po latach rozterek, rozmyślań, emocjonalnych zawirowań, odkrywam nareszcie - czego ja chcę, i że to czego ja chcę, naprawdę się liczy.

No. :-)

wtorek, 23 listopada 2010

nowe stany, czyli prywatne Ameryki

Lęk to stary znajomy, lęk przed nowością. Ale nowości - och, nowości - nowości są... bardzo przyjemne.

Odkrywam w sobie miejsca zapomniane, porastające kurzem od wielu lat. Znajduję w sobie miejsca nieodkryte. Prywatne białe plamy. Ostrze ekscytacji, ostrze przyjemności. Ostrzę zęby na to całe Nowe.

Lęk to stary znajomy, i nie ma na niego lekarstwa. Wyostrza wszystko, jak soczewka, jak perspektywa. Dodaje pikanterii. Dodaje smaku.

Zakochuję się od nowa w intelektualnej stronie życia. I wciąż nie chcę oddać tańca, śpiewu, ciała. Widzę swoją ścieżkę - wciąż na ostrzu, wciąż na granicy. Boję się oczywiście. Boję się, że mnie to złamie. Ale nareszcie czuję się gotowa, żeby znów spróbować akrobacji.

Ja - tłumaczka. Życie i sztuka i przekład intersemiotyczny. Tyle języków. Język muzyki - język dzieciństwa; język emocji - język terapii; język koloru - wczuta, intuicja; język śpiewu, język tańca, ekspresja i przekład muzyki: ja plus muzyka przefiltrowane przez ciało - muzyka przefiltrowana przez ja - czy ja i ciało to jedno? - równa się taniec, równa się śpiew, śpiew wartość dodana, wydarta z gardła z przemocą i przyjemnością... języki, znaczenia i brak znaczeń. słowa, wartości i brak wartości. zachwyty i błyskotki, prawdziwe i fałszywe światła prawd, nieprawd, półprawd w pragmatycznym półmroku. Whatever works. Świeci, idziesz dalej, kiedyś świecić przestanie.

Ja - tłumaczka, chłonna i zachłanna. Ja - kameleon, zmienna i przestrzenna. Istnieje jakieś ja, ale przecież gram z nim, bawię się, zmieniam. Niezależność niezależnością, ale nie można być tylko odciętym indywiduum. Więc wchodzę w relację z tymi, na których reaguję interesująco. Szukam nowości, szukam tego, co mi się w sobie podoba. Reakcja chemiczna nie będzie zawsze taka sama, tylko dlatego że jeden z jej czynników się nie zmienia, że o otoczeniu nie wspomnę. Teksty, konteksty, preteksty do przekształceń. Będę tym, czym muszę być, żeby cię zrozumieć.
Będę tym, czym muszę być, żeby zrozumieć. Czasem pragnę też pomóc, choć staram się powściągać angażowanie się w nieswoje sprawy. A jednak czasem to robię, i coś zmieniam. Poetyka dystansu, tak często przywoływana współcześnie, jest ostatecznie poetyką inercji, emocjonalnego bezwładu, izolowanej indywidualizacji. Czasem warto potrząsnąć fiolką z eksperymentem. Czasem trzeba nią potrząsnąć.

Nuda to groźna choroba. Wciąż ulepszam swój układ odpornościowy. Wciąż spotykam Innych, i jestem Innymi, zmieniam się i przekręcam, przekształcam, dostosowuję, kameleon-ameba, a jednak na końcu jestem ja-ta-sama lub przynajmniej podobna. Znajome słabości i znajome lęki. A jednak nie skupiam się na tym, już nie.

Naukowa ciekawość we mnie. Różne reakcje, różne efekty. Tłumaczenia nigdy nie są wierne. Często jeden język ma przestrzenie, których ten drugi nie posiada. To jak rozmawianie przez ścianę, stoisz bardzo blisko, próbujesz powiedzieć coś tak, by ktoś usłyszał. Zwykle da się przekrzyczeć. Czasem da się szeptać. Czasem ściany są tak cienkie, że czujesz ciepło, ciało za znaczeniem, ciało za słowem.

I to już jest bardzo dużo.

wtorek, 13 lipca 2010

po co mi szkoła aktorska.

- rozważam. Słucham, jak mój brat i jego dziewczyna dyskutują różne środowiskowe kwestie z zazdrością, i równocześnie - niesmakiem....? zazdroszczę konkretnej grupy, energii, którą niesie działanie w takiej grupie - bóg jeden wie, że brak mi tego od czasu pracy w radzie drużyny - ale zniesmacza mnie debatowanie, który teatr jest najfajniejszy, gdzie kto kogo nie lubi i nie wygryza, układy, układziki, od których zależny jest los aktora. sama oglądam bulwersujące teledyski (np. ten - http://www.youtube.com/watch?v=wc3f4xU_FfQ&playnext_from=TL&videos=Kt7svfPDjgs), prowadzę fascynujące rozmowy, piszę dziwne wiersze na erogroteskach (swoją drogą, profil tego bloga wyraźnie ewoluuje, ale nie hamuję tego - nie będę go zabijać formą) - i wciąż czuję, że jest dla mnie coś więcej w tym wszystkim. Pragnę dyscypliny i fizyczności, którą niesie z sobą szkoła, ale to nie koniec umiejętności, to mógłby być zaledwie początek...! jak powiedziała ostatnio moja mama, "dla ciebie to nie jest cel, tylko część drogi"... tylko gdzie mnie ta droga prowadzi?

zaufam drodze, bo droga to ja. na razie Rotterdam. gdy przyjdzie pora na kolejny krok, będę wiedziała.

środa, 7 lipca 2010

o co chodzi - vol. x

Nie cierpię tego, że nie wiem, do kogo mówię.

Nikt mnie nie czyta, nie słucha, nie słyszy. Czytelnictwo nazbyt jest bierne jak na mój gust. Potrzebuję publiczności, feedbacku, uniesionych brwi. Uszczęśliwia mnie bezpośredni kontakt. W kontakcie pośrednim - takim jak tu - najlepsze jest jego istnienie.

Piszę dla siebie, ale nigdy tylko dla siebie. Piszę dla słów, dla ustawiania ich obok, zapatrzonych w siebie nawzajem - dla erotyzmu literatury, literalnego napięcia (ha, Sontag). Piszę. Ale nie czuję was. Nie czuję się czytana. Erotyzm nie kończy się na relacjach międzywyrazowych. Pożądam czytelnictwa. Pożądam pożądania.

Pragnę reakcji. Punktu odniesienia. Nuży mnie cisza, bezruch. Tak, być może bez upartej promocji bloga nie można z d o b y ć czytających. Bez komercjalizacji. A ja wiszę na granicy poetyckości i piszę - lekko, od niechcenia - udając, że mi nie zależy - patrząc mimochodem - spragniona.

piątek, 25 czerwca 2010

okołoniemożnościowo

czytam tekst i zabijam się, krztuszę językiem, bo nie mogę go m ó w i ć. mówię tekst, i nie chce mi przejść przez gardło, bo nie wiem, p o c o. Etyka i retoryka, myśl i czyn, plan symboliczny i działania. Czy stopię je kiedyś? Czy zyskam wtedy naiwność Ameryki Baudrillarda, czy stratę cynizm jak cnotę?

środa, 2 czerwca 2010

KULT.UR(N)A

Drugiego czerwca 2010 w sali teatralnej Collegium Maius w Poznaniu odbyła się próba projektu autorskiego Rity Suszek, zatytułowanego "KULT.UR(N)A". Projekt miał formę rytuału, performance'u narratywizowanego przez autorkę, która przedstawiała ewentualną jego postać docelową, demonstrując możliwości przy pomocy ośmiu ochotniczek. Udział wzięły: dwie Kapłanki Świętego Xero, dwie Damy z Wieszakiem, cztery Żałobnice, Ofiara. Fazy projektu obejmowały cztery części:
I - Adoracja Świętego Xero;
II - Deambalaż;
III - Kondukt Żałobny;
IV - Lament.
Wykorzystano fragmenty utworów Pink Floyd i Nicholasa Lensa.

Projekt był uwieńczeniem semestru pracy - zaliczeniem z przedmiotu "Teatr i dramat współczesny", na który autorka uczęszczała fakultatywnie. Jej zadaniem było stworzyć formę inspirowaną twórczością Tadeusza Kantora i Jerzego Grotowskiego; tak też się stało, jednakże dodana została jej twórczość własna. Ochotniczki odczytały losowo wybrane fragmenty jej dziennika, odbył się także swoisty rytuał przejścia. Performance poruszał m.in. tematykę relacji tekstu i ciała oraz postaci autorskiej (kto kogo tworzy? kto/co jest tworzywem, kto/co efektem pisania?), a także problematykę literatury (rozdany był esej R.S. "O pożytkach z nie-czytania").

Rozważane są kolejne części projektu KULT.UR(N)A; miałaby to być Antywystawa oraz powiązany z nią wieczór autorski poezji Rity Suszek, którą bawi pisanie o sobie w trzeciej o sobie.

Czym był ten performance? Był zgodą na niedoskonałość. Na inne odpowiedzi nadal czekam.

środa, 19 maja 2010

Kantor-skrót, czyli nieskładny wstęp do manifestu

na szybko, na krótko, bo biegnę biegnę dalej. Już widzę. Ucząc się na kolokwium-z-Kantora dostrzegłam coś, co instynktownie widziałam wcześniej. Forma? jaka forma? forma narzucona. biegam gdzieś między muzyką, teatrem, pisaniem, ograniczona nawet nie FORMĄ a FORMUŁKAMI działania innych ludzi! "Chcesz robić teatr? to po co ci film?" "Musisz wybrać!" A ja nie chcę musieć - jeżeli muszę, to muszę być sobą, być w pełni, a jeśli ktoś ma patrzeć jak tańczę i śpiewam, nie chcę być bezimiennym ciałeczkiem ocenianym za techniki martwej formalności. Chcę by widz czuł i - patrzał - NA MNIE. Żeby wiedział kim jest ta która na scenie ekshibicjonizuje swoje wspomnienia, ciało, cały ten podejrzany pokoik pamięci, pokoik o niejasnej proweniencji, niedookreślonym celu, od którego nie mogę i nawet czasem nie chcę się uwolnić. A czasem się uwalniam, i to też jest sztuka. Jak długo chcę być brzydką siostrą, której odcięta pięta krwawi? obcinałam się tak długo, i krwawię, i jest to dotykalne, i wymaga wyrazu! moje teksty, krwawiące dzieci, poddawałam ocenie innych, a przecież są czymś więcej niż literacką foremką na piasek bezsensownych słów. Niektórym się podobają, ale SAME SIĘ NIE BRONIĄ - nie bronią się beze mnie, mówiącej, biorącej odpowiedzialność, przyjmującej ciosy; nie bronią się bez mojego wyrazu, bez steatralizowanego czy Rozgrywanego/Rozgrywającego SIĘ (=happening) kon-tekstu, tekstualizacji towarzyszącej (mi - go with me - conmigo)(con).

(ha - obrazek konia ze słów? końtekst)

burza we mnie, bo właśnie o to chodzi, o ramki innych ludzi - i to te ramki sprawiały, że czasem chcę iść do szkoły aktorskiej dla rozwoju, a czasem nie chcę, żeby nie dać się zgnoić. Nic nie muszę, naprawdę; nie muszę wybierać klatki, bo są inne drogi. Zawody wyuczone, wykonywane, opinie zasłyszane, dróżki wytyczone - wszystko nie dla mnie, odpycham, odrzucam, nie chcę. Nawet jeśli mnie dotkną, zmiana jest kluczem. Stałość dobra, póki twórcza.

Od tak dawna mielę ten temat, nie śmiem sama sobie uwierzyć.

Ale to moja opinia się liczy. Moja najpierw