Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 listopada 2011

Notka pisana w głowie po kawałku

Ta notka powstawała długo. Nawet bardzo długo.

Miało być o tym, że siedzę w swojej lubelskiej norce i izoluję się od społeczeństwa. Że mi źle w norce, bo sufit jest niski i nie da się tańczyć, a poza tym każdy ma swoje zorganizowane życie, a ja Zastanawiam Się, Co Dalej, co nie jest zajęciem dobrze płatnym ani też towarzyskim, więc jestem spłukana i samotna. Że chciałam chodzić na taniec hip-hop, i na pierwszych zajęciach dwudziestoparoletnia, pardon, piczka (świetnie tańczy, to fakt) z chichotem oznajmiła, że pokaże nam teraz takie "pedalskie" ruchy. Po czym zobaczyłam czerwone i na zajęcia nie wróciłam.

Miałam napisać, że Turcja dodała mi energii, ale jeszcze czegoś brak. Że prowadzimy z M. nocne rozmowy o przyszłości, i dzienne poszukiwania i prace celem tejże przyszłości. Że zaproszenie do wizy poszło UPSem (dziś doszło, przy okazji) i teraz tylko proces wizowy oraz finanse dzielą mnie od świąt z ukochanym.


We wtorek poszłam na pogrzeb A.

A. był chłopcem, który nad jeziorem (to Wdzydze były?) opowiadał mi o swoim nowym sprzęcie muzycznym. Był także wdzięcznym obiektem mojej pokrzykującej reżyserii w Czajnisie - wystarczyło rzucić hasło "Idol, lata 50.", a on to wdzięcznie i z polotem ogrywał, ku zachwytowi publiczności. Śpiewał w chórze z moimi kolegami z gimnazjum i liceum (świat jest mały); po moim odejściu z harcerstwa widzieliśmy się na pewno raz (nie pamiętam, czy był na odwiedzanych przeze mnie Wigiliach): na koncercie z okazji trzydziestolecia Solidarności. Zaskoczył mnie wtedy bardzo; zmienił się, urósł. Pamiętam tę myśl, że moje harcerskie "dzieci" były przecież tak niewiele od nas młodsze. Ten wysoki przystojny brunet w klasie maturalnej - tak, to właśnie było "dziecko" z mojej drużyny. No więc spotkaliśmy się wtedy, potańczyliśmy, tyle wiem. A. poszedł na studia do Krakowa, potem. I cóż. Reszta jest milczeniem.






Myślę o A., o jego zdolnościach aktorskich, wokalnych, intelektualnych. Mieliśmy dużo zdolnych "dzieci" wtedy w Feniksie. Choćby J., obecnie, jak słyszałam, w San Francisco. No i ja. Ja też byłam wtedy dzieckiem, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy. Jestem nim jakoś po dziś dzień. Skrobię przez internet, szukam swoich szans. W tle myślę o A., o zmarnowanych talentach, o czasie, który nie czeka, o śmierci, która też nie czeka.

No i co. I sprawdzam te kanadyjskie uniwersytety.

niedziela, 18 września 2011

czy umiem pracować....?

Jak słowo daję. Nie jestem leniwa!! po prostu mam Problemy!!!


Mój boshe, jaki to był festiwal prokrastynacji.... w piątek odespałam.... w sobotę odpoczywałam i się nudziłam (ewentualnie dałam się bojkotować frustratom, vide niżej), przyszła niedziela: kupiłam za drogą walizkę, przeraziłam się i wycofałam zakup, przeraziłam się jeszcze bardziej i przyszedł e-mail, że OBRONA JEST DZIEŃ WCZEŚNIEJ.

No i jak stanęłam na baczność....!!

Oczywiście nie od razu. Najpierw spanikowałam, co objawia się czytaniem wszystkiego, tylko nie tego, co trzeba (jak ja jestem na bieżąco z krytyką polityczną i salon.com po półtora miesiąca magisterki....). W każdym bądź, przyszedł kumpel, z którym mogłam omówić zagadnienia do magisterki (dzięki Ci Panie, że wpadł, sama utknęłam na nr 7, przerażona, że po pięciu latach studiów nie znam się nawet na siedmiu tematach). Wniosek po pisaniu magisterki: To Prawda, że Potrzebuję Terapii, ale Mam Dobrych Przyjaciół i Wspierającą Rodzinę. Naprawdę może być gorzej.

Efekt uboczny magisterki: jestem niedotańczona. W ramach mobilizacji do pisania włączałam sobie Madonnę & Timberlake'a (4 minutes to save my world!!! deadline looming!!!!); dziś towarzyszy mi Carlos Santana. Że nie wspomnę o uzależnieniu od grupy Funk'n'stein.


Blog to ostatnia faza prokrastynacji. Potem już tylko:


1. Twórczość Anny Świrszczyńskiej.
2. Społeczna rola literatury współczesnej: wyzwania i ograniczenia.
3. Literatura „kobieca”.
4. Twórczość Tadeusza Kantora.
5. Twórczość Oscara Wilde’a.
6. Protetyczność współczesnej kultury.
7. Życie w obcym języku; doświadczenie emigranckie.
8. Rola fantastyki w kulturze popularnej.
9. Kino Pedro Almodovara.
10. Kobiecość w mediach.

Ave Caesar, mori turi te salutant!

niedziela, 21 sierpnia 2011

„[…] dużo bardziej interesującym problemem jest sprawa odpowiedzialności pisarza za to co pisze, muzyka za to co gra, malarza za to co maluje. Podobno w dawnych Chinach muzyk, który miał źle nastrojony instrument był wtrącany do więzienia, ponieważ źle nastrojony instrument wytwarzał złe wibracje. Jednak ten problem należałoby bezwzględnie rozpatrywać razem z problemem odpowiedzialności czytelnika za to co przeczyta, słuchacza za to co usłyszy i widza za to co zobaczy. Historia pełna jest przypadków spalenia na stosie z powodu braku poczucia humoru u podpalających stos. Chyba, że to właśnie miał być ich żart.” Liternet.pl red. Piotr Marecki, s. 14 – wywiad z Radosławem Nowakowskim, autorem książek liberackich i perkusistą grupy Osjan.

środa, 3 sierpnia 2011

w przerwie

Chodzi mi po głowie duży post coming-outowy - o irracjonalności, New Age i zakłamaniu - to taki mały trailer, ale póki co:

piszę mgr;

uciekłam z Fb, by lepiej pisać mgr;

M. jest w Rotterdamie, a ja w Poznaniu, a więc studium geograficznej niekompatybilności;

laptop a) się zepsuł (problem Fb sam znikł), b) jest w Lublinie, więc geograficzna niekompatybilność odczuwalna w stosunku kwadratowym;

jestem technicznie niekompatybilna z notatkami do mgr;

jestem psychicznie niekompatybilna z czytelnią;

jestem mailowo niekompatybilna z promotorką.


Innymi słowy, dzień jak codzień, a lato ładne. Zapraszamy po przerwie reklamowej.

czwartek, 7 lipca 2011

czytanie, pisanie, i inne zwierzątka

Wiruję ostatnio w rozmyślaniach na temat pisania i czytania. Wtajemniczeni znają mój esej "O pożytkach z nie-czytania" (dostępny w necie, w archiwalnym już numerze Podtekstów 3 [21] 2010); wiedzą także/wiecie, że piszę (będę pisać/rozmyślam nad/rozważam itp.) pracę magisterską na temat literatury internetowej: fanfiction. Doszłam ostatnio do wniosku, że magisterkę i tak napiszę; tytuł, poza jakąś kompletną statystyczną niemożliwością, na pewno otrzymam - skupiam się więc na wierności sobie.

Dostrzegam, po raz może ostatni, że nie ma we mnie zgody na formy naukowe - choć, paradoksalnie i perwersyjnie, sprzeciw nieraz wyłuskuje ze mnie, co mam najlepszego (dowodem wzmiankowany esej). Forma naukowa mnie męczy; treść - teoria literatury, zawartość tekstów - jest wciąż, niezmiennie, nieziemsko interesująca. Tyle tylko, że przez lata oduczyłam się nieco czytania rzeczy interesujących. Brakło czasu, by przetrawić, a ponadto, brakło z a s t o s o w a n i a. Ujmę to tak: podobno posiadam tzw. pamięć kinetyczną. Owszem, uczę się wzrokowo i słuchowo, ale najbardziej, jak coś zrobię... czyli w dyskusji, mówieniu, podkreślaniu ołówkiem, odgrywaniu (zwłaszcza odgrywaniu), ogólnie: poprzez twórcze przetworzenie zawartości. I w dodatku, ja - od dziecka nienawidząca wuefu - przez pięć lat studiów niezmiennie chodzę na warsztaty i tęsknię niemożebnie za pracą z własnym ciałem. W eseju, i studiując polonistykę, narzekałam właśnie na brak praktyczności (oprócz dyskusji: dziękuję Wam, wykładowcy ćwiczeń z historii literatury, bez Was nie przetrwałabym tych studiów!), zbyt dużą ilość lektur w małym czasie (kiedy to przetrawić? jak przełożyć na zrozumienie?!). W pewnym sensie, to jak studiowanie jednej książki filozofa przez semestr, ta moja tęsknota - takiej pracy mi brakowało, ale z przekładem na ruch, głos, tekst.

Pamiętam jak dziś, gdy przygotowywałam swoją prezentację maturalną. Uczyłam się o roli komizmu w poezji współczesnej - kontaminacje, złożenia, słowotwórstwo - i bawiłam się świetnie, czytając na głos przytoczone przykłady wierszy. I mówiło coś we mnie, Gośka, bo wtedy jeszcze Gośka, co ty robisz, gdzie idziesz, w co się pakujesz? Zmuszasz się do nauki, a to przychodzi samo! Pamiętam też, że gdy wreszcie poczułam twórcze sprawstwo, pisząc prezentację maturalną, zrobiłam z niej coś na kształt spektaklu. Wymyśliłam własny przykład, ilustrujący każde zjawisko poetyckie, recytowałam wiersze, wrzuciłam muzykę Możdżera. Pamiętam, że publiczność była zachwycona, i czułam ich zachwyt, i dostałam szesnaście punktów na dwadzieścia, szkolna prymuska matury z polskiego. Czas odczarować tę małą dziewczynkę, rozczarowaną, że impuls twórczy nie jest bynajmniej receptą na sukces - w szkole, na maturze. Czas na magisterkę. Czas na powrót do twórczości.

Wiedziałam to o sobie od dawna, ale - "nie-na-pewno", może, nieufnie, z wahaniem, może inni mają rację... którzy, które mnie znacie, wiecie, od jak dawna się męczę. Mój chłopak mówi, że jestem uzależniona od adrenaliny. Być może. Przez ostatnich kilka lat unikałam nadmiaru wrażeń, dawkowałam je, bo miałam głowę do posprzątania - bałam się, że ktoś mnie zmiażdży, właśnie teraz, gdy byłam półnaga, otwarta na zmianę i wpływ. Co teraz? Ugrzęzłam trochę w tym wymuszonym bezpieczeństwie, ale doganiam samą siebie. Już prawie nie żyję przeszłością.

Wszystko to bardzo prywatne, ale coraz bardziej odczuwam kontrolę nad swoim życiem. Życie zmienia się, bo zaczynam je inaczej opowiadać: ludzie to w końcu istoty, które tworzą znaczenia, interpretują wydarzenia, nie tylko ich doświadczają. Moje opowieści się zmieniły: coraz mniej w nich determinizmu, coraz mniej bezsilności, coraz mniej goryczy i poczucia winy. Coraz więcej spokoju ze sobą i przeszłością, poczucia twórczego sprawstwa, zaufania do świata.

Inaczej opowiadam swoje życie. Gdzie w tym magisterka? Czy chcę opowiadać ze śmiechem, że jakośtobędzie i jak zwykle na ostatnią chwilę, wiecie, ja tak zawsze, mrugając rozkosznie? Czy raczej - jak było trzeba, to się wzięłam, zrobiłam, zwyciężyłam, następny, proszę? No chyba to drugie. :)

Znam siebie i wiem, że partackiej roboty nie lubię. Nie oddam byle g...a podpisanego moim nazwiskiem, jestem do tego organicznie niezdolna. Ale też mam termin, nieprzekraczalny (po tym terminie, jako żem ostatni rocznik pięcioletni, byłabym wycofana na 2, słownie drugi, rok licencjatu z filmoznawstwa). Wezmę się z tym terminem za bary. Mam od czego się odbić i z czym walczyć, ale przede wszystkim, mam swój temat, i chcę być w nim wierna sobie.

Myślę, że wkrótce skończę żywot tego bloga. Nie, jeszcze nie teraz, jeszcze kilka notek. Ale myślę, że prawie osiągnęłam założony w nim na początku cel, czyli my way or the high way. Prawie się wyzwoliłam, jeśli to w ogóle możliwe - wkrótce zacznie się spełniać moja misja, moja wola, moja twórcza energia, moja niezależność. Ten eksperyment myślowy nabierze wkrótce nowego smaku. Zbliża się nowy etap, czyli: LONDYN. TEATR. SZKOŁA AKTORSKA, DAJ BOŻE.

A jak Bóg nie da, to i tak dam radę. Howgh. ;-)


PS Impulsem do tego tekstu był wywiad Wyborczej z Markiem Kondratem, w ramach akcji "Czytamy w Polsce". Kondrat, rozczarowany zawodem aktora, mówi:

"[...] wybrałem zawód, w którym czytanie stało się znojem i zmorą. Musiałem rozkminić postać, wykuć na pamięć tekst, a potem to odegrać. Czułem oddalenie od literatury.

Nie rozumiem.

- Na ważne książki trzeba mieć w sobie miejsce. Do tego potrzebny jest spokój. I przede wszystkim - bycie przy sobie. A tego w aktorstwie nie ma. Zawsze jest coś nadrzędnego - jakiś Hamlet czy inny Kordian - co oddala od siebie samego. Nikt nie oczekuje od aktora spokoju. Raczej niepokoju, wibrowania i szaleństwa w oczach. Przy porannej bułce zaczyna pan trawić monolog i wspinać się na Mont Blanc, a wieczorem jest pan wyżętą szmatą."

Rozumiem tę postawę, nawet jeśli znajduję się po przeciwnej stronie. Zawód aktora wymaga sprawności i odporności psychicznej, i to, co Kondrat opisuje, było powodem mojego lęku przed szkołą aktorską. Tymczasem przeżyłam pięć "spokojnych" lat, i nie mogę się doczekać, aby je zostawić za sobą. Będę musiała wynaleźć własną receptę, żeby nie dać się zdławić, ale wierzę, że bycie przy/w sobie, i bycie aktorką nie muszą być przeciwieństwami. Kondrat był aktorem znakomitym, ale jego decyzja o rezygnacji, o zmianie życia ze względu na psychiczne koszty zawodu jest w moich oczach godna najwyższego szacunku. Myślę, mam nadzieję, że będę mogła czerpać też z tego doświadczenia.

Link do artykułu: http://wyborcza.pl/1,115412,9783905,Kondrat__Milosc_musi_byc_pokrecona.html?as=1&startsz=x#ixzz1RQfkf6Ss


... jesli ktoś dobrnął aż tu, to całuję i pozdrawiam - Rita :-)

piątek, 15 kwietnia 2011

kocią drogą

Tu pętelka, tam zakręcik - prosta droga mnie nie nęci. Prosto psy się mogą ganiać. I tak wracam - do pisania. miau!

Powaga. Zawracam kocim ogonem, zawijam w pisarską stronę. Twórcze pisanie dla młodych panien, nie ma przebacz. Z nieba mi spada. Gadam, piszę, piszę, gadam. Nawet coś do powiedzenia mam, testuję językowo tworzywo, spoiwo, łuczywo idei. Samo mi się klei.

Już, już coś miałam rzec, i zaraz jakiś rym wpadał mi w pół słowa :)

Wracam do pisania, jak do dzieciństwa. Coraz mniej presji, bo coraz mniej mnie obchodzi to wszystko. Nudzi mnie uniwersytet z jego standaryzowanymi szufladkami. Nudzi mnie niepomiernie, nieziemsko, limit słów, nieprzekładalny na inspirację. Nudzi mnie, że nikt ode mnie nie wymaga tego, co sama uważam za najważniejsze: twórczości, innego spojrzenia na temat, uważności na punkty widzenia, różnorodności formy i treści. Te wymagania nieraz obniżają mi ocenę, dodane zaś do wymagań uniwersyteckich zazwyczaj obniżają mi nastrój: albo nie mogę nic napisać, spętana nadmiarem wymagań, albo piszę, składając w ofierze to, co sama uważam w pisaniu za cenne, za twórcze. Twórcze, nie - oryginalne; z dwojga złego wolę stworzyć świadomy banał który CHOCIAŻ DLA MNIE jest nowością, CHOCIAŻ MNIE coś DAJE. Wszystko już było, to tylko TO CIAŁO, TEN UMYSŁ, które są mi dane, mają doświadczać na nowo i rozkoszować się doświadczaniem. Tym się mam zajmować, tym cieszyć, to jest moje zadanie, moja nagroda za danie mi tego umysłu i tego ciała.

Nudzi mnie, że "Pełno nas/ a jakby nikogo nie było" - nie ma z kim pogadać! Czy mi się śniła twórcza uniwersytecka atmosfera? Nie powiem, zdarzyła się tu, zdarzyła się w Polsce - ach, jakże doceniam takie wyjątki! A jednak, choć jestem pełna entuzjazmu wobec rotterdamskich doświadczeń, muszę powiedzieć, że standaryzowana edukacyjna klateczka, w stronę, której zmierzamy, jest tylko marginalnie lepsza od przykurzonych, kanonicznie uświęconych relacji władzy, od których odchodzimy.

I już nie wiem, czy to dlatego, że tutejszy uniwersytet jest dość mocno skupiony na ekonomii? Nie, o tym też można rozmawiać twórczo, choć fakt, że mam kontakt z 'typem' umysłowości mocno różnym od mojego. Czy to dlatego, że ja się nie nadaję na uniwerek, i że mam tego dosyć? Niby fakt, ale czemu, skoro w odpowiednich okolicznościach potrafię być studentką znakomitą, a nie mierną? Mówię to bez fałszywej skromności, bo wiele razy aktywnie starałam się stworzyć sobie warunki do bycia studentką znakomitą, ale - nomen omen, pozdro z Holandii - to droga pod wiatr, walka z wiatrakami. Nie chce mi się, miau.

Ileż można? A tymczasem skrobię esej na siedem stron zamiast trzech, ale to zamiast dwóch innych esejów. I tak nie będę mieć oceny, jako obrzydliwy "freerider" chodziłam na przedmiot niedostępny dla Erasmusów, czyli w pewnym sensie na przedmiot, za który nie zapłaciłam. Skromne to moje granie systemowi na nosie.

Ileż można się bić? Dziś miękką łapką stukam w klawiaturę. Miau. Wolę moje kocie drogi. Drogi uniwerku, fuck you czule, w czółko całuję. Kto wie, może się znów spotkamy, ale "I'd rather not". Wolałabym nie. A przynajmniej nie za szybko, i na moich zasadach. Może założę szkołę, kto wie, według zasad Kena Robinsona (niewtajemniczeni - guglać i na TED! najpierw z 2006, a potem z 2010 wykład oglądać). Póki co, przebrnąć mgr. Wrrr. I dalej, dalej. Jedźmy, nikt nie woła.

Myślenie o wartościach. Tego, co uważam za wartościowe, uniwersytet nie ceni. Może to tylko syndrom niewłaściwej osoby w niewłaściwym miejscu. Ale jakoś nie całkiem to pasuje do sytuacji. Mam jobla na punkcie edukacji, stentorowy głos niedoszłej pastorki/wykładowczyni, owszem, również zajoba scenicznego, i skłonność ku zaangażowaniu społecznemu. Oprócz tego, żem artystka, no to ogólnie widać, jakam niewłaściwa do pracy z młodzieżom! Ech, nie kończy mi się ta jazda...

Miau. Lśniącym futerkiem się wypinam. Już mi się nie chce. Urlop dla zaangażowanych. Zajęcia odwołane z powodu ciekawszych zajęć.

wtorek, 29 marca 2011

coś na kształt determinacji

Mam to gdzieś. A raczej, gdzieś - ukrytą - miałam determinację. Wyjęłam, otrzepuję z kurzu. Wygląda na to że ach, ach, wszystko przeciwko mnie; ale się nie poddajemy. Ha!

Odkryłam, że jestem skłonna - ot, tak - rzucić studia przed samą magisterką, po to tylko, żeby robić to, co mam tak naprawdę robić. Jakkolwiek jest to głównie gest - prosty, by nie rzec prostacki, dobrze wyglądający w heroicznej, artystycznej wikibiografii - nie chodzi nawet o to rzucenie studiów. To w pewnym sensie wyraz priorytetów. Manifestacja tego, co się liczy. Więc once more, with feeling, mam to gdzieś - i to zupełnie nowe uczucie jest. Uczucie wolności. Aż musiałam do Holandii pojechać, żeby sobie to wszystko przypomnieć :)

Im dalej od domu, tym do niego bliżej. Tak, chce mi się grać na pianinie i śpiewać; Tim Minchin, Jamie Cullum, Gaba Kulka, oni wszyscy grają, grają, grają w mojej głowie. Chce mi się tańczyć. Mój taniec to rytuał radości życia, w którym rytmem stóp i ramion buduję energię do góry, do góry, do góry. Pragnienie euforii, które tak często mi towarzyszy (M.: "you're an adrenaline junkie, baby") tak właśnie najlepiej się spełnia, i skończyłam już z przepraszaniem za nie.

Także tak. Także no, jak rzekłby Jacek. Nastał czas, czas nastał, pani dziejko, żeby sobie po prostu naprawdę parę rzeczy odpuścić. Po latach rozterek, rozmyślań, emocjonalnych zawirowań, odkrywam nareszcie - czego ja chcę, i że to czego ja chcę, naprawdę się liczy.

No. :-)

poniedziałek, 27 września 2010

Rita rozmyśla

Rita rozważa wielojęzycznie chroniczny brak motywacji.

I chyba wie.

Że nie wie.

Że nie wie, czy to TO.

W cokolwiek się angażuję, moja ambicja nie śpi. Chcę być dobra, najlepsza. Ale coś we mnie szepce - czy to jest to, na pewno? czy chcesz się w to angażować? hops, prokrastynacja. Zdam na pewno, ale nie na sto procent, na pół gwizdka. Przynajmniej tak było dotąd.

Jak zwykle, z odpowiedzią - pytanie. Skończy się to, jak będę czuła, że jestem we właściwym miejscu? czy to efekt uboczny współczesnej wielości możliwości? zaplątanie w nadmiar opcji udające poszukiwanie misji?

Jak zwykle, z odpowiedzią - pytanie.

środa, 2 czerwca 2010

KULT.UR(N)A

Drugiego czerwca 2010 w sali teatralnej Collegium Maius w Poznaniu odbyła się próba projektu autorskiego Rity Suszek, zatytułowanego "KULT.UR(N)A". Projekt miał formę rytuału, performance'u narratywizowanego przez autorkę, która przedstawiała ewentualną jego postać docelową, demonstrując możliwości przy pomocy ośmiu ochotniczek. Udział wzięły: dwie Kapłanki Świętego Xero, dwie Damy z Wieszakiem, cztery Żałobnice, Ofiara. Fazy projektu obejmowały cztery części:
I - Adoracja Świętego Xero;
II - Deambalaż;
III - Kondukt Żałobny;
IV - Lament.
Wykorzystano fragmenty utworów Pink Floyd i Nicholasa Lensa.

Projekt był uwieńczeniem semestru pracy - zaliczeniem z przedmiotu "Teatr i dramat współczesny", na który autorka uczęszczała fakultatywnie. Jej zadaniem było stworzyć formę inspirowaną twórczością Tadeusza Kantora i Jerzego Grotowskiego; tak też się stało, jednakże dodana została jej twórczość własna. Ochotniczki odczytały losowo wybrane fragmenty jej dziennika, odbył się także swoisty rytuał przejścia. Performance poruszał m.in. tematykę relacji tekstu i ciała oraz postaci autorskiej (kto kogo tworzy? kto/co jest tworzywem, kto/co efektem pisania?), a także problematykę literatury (rozdany był esej R.S. "O pożytkach z nie-czytania").

Rozważane są kolejne części projektu KULT.UR(N)A; miałaby to być Antywystawa oraz powiązany z nią wieczór autorski poezji Rity Suszek, którą bawi pisanie o sobie w trzeciej o sobie.

Czym był ten performance? Był zgodą na niedoskonałość. Na inne odpowiedzi nadal czekam.

środa, 19 maja 2010

Kantor-skrót, czyli nieskładny wstęp do manifestu

na szybko, na krótko, bo biegnę biegnę dalej. Już widzę. Ucząc się na kolokwium-z-Kantora dostrzegłam coś, co instynktownie widziałam wcześniej. Forma? jaka forma? forma narzucona. biegam gdzieś między muzyką, teatrem, pisaniem, ograniczona nawet nie FORMĄ a FORMUŁKAMI działania innych ludzi! "Chcesz robić teatr? to po co ci film?" "Musisz wybrać!" A ja nie chcę musieć - jeżeli muszę, to muszę być sobą, być w pełni, a jeśli ktoś ma patrzeć jak tańczę i śpiewam, nie chcę być bezimiennym ciałeczkiem ocenianym za techniki martwej formalności. Chcę by widz czuł i - patrzał - NA MNIE. Żeby wiedział kim jest ta która na scenie ekshibicjonizuje swoje wspomnienia, ciało, cały ten podejrzany pokoik pamięci, pokoik o niejasnej proweniencji, niedookreślonym celu, od którego nie mogę i nawet czasem nie chcę się uwolnić. A czasem się uwalniam, i to też jest sztuka. Jak długo chcę być brzydką siostrą, której odcięta pięta krwawi? obcinałam się tak długo, i krwawię, i jest to dotykalne, i wymaga wyrazu! moje teksty, krwawiące dzieci, poddawałam ocenie innych, a przecież są czymś więcej niż literacką foremką na piasek bezsensownych słów. Niektórym się podobają, ale SAME SIĘ NIE BRONIĄ - nie bronią się beze mnie, mówiącej, biorącej odpowiedzialność, przyjmującej ciosy; nie bronią się bez mojego wyrazu, bez steatralizowanego czy Rozgrywanego/Rozgrywającego SIĘ (=happening) kon-tekstu, tekstualizacji towarzyszącej (mi - go with me - conmigo)(con).

(ha - obrazek konia ze słów? końtekst)

burza we mnie, bo właśnie o to chodzi, o ramki innych ludzi - i to te ramki sprawiały, że czasem chcę iść do szkoły aktorskiej dla rozwoju, a czasem nie chcę, żeby nie dać się zgnoić. Nic nie muszę, naprawdę; nie muszę wybierać klatki, bo są inne drogi. Zawody wyuczone, wykonywane, opinie zasłyszane, dróżki wytyczone - wszystko nie dla mnie, odpycham, odrzucam, nie chcę. Nawet jeśli mnie dotkną, zmiana jest kluczem. Stałość dobra, póki twórcza.

Od tak dawna mielę ten temat, nie śmiem sama sobie uwierzyć.

Ale to moja opinia się liczy. Moja najpierw

sobota, 10 kwietnia 2010

nie zginęło

Jakie to ciekawe, że w kulturze nic nie ginie. Okej, uproszczenie, wiele ginie. Ale nie zginęła w mojej głowie poezja Anny Świrszczyńskiej [żywe kultury bakterii myśli!], choć czytałam a) kilka wierszy b) lata temu c) w ogóle nie te, które czytam teraz, a mimo to d) w swojej twórczości odnaduję wiersze podobne (podobna metaforyka, tematyka etc.). Rzuciłam się na tę poezję łapczywie, wygłodzona, jak górski wędrowiec na źródlaną wodę. Piszę pracę roczną. Miało być o Idzie Fink (poddana przez profesora Ricie bez natchnienia), ale Ritę natchnęło. Choć Ida także ciekawa. Tamtaramtam, w każdym bądź razie przypominam wiersz jej z dawnych czasów ukochany... :-)



Gramofon grozy



Wyjechałeś. Kładę podomkę

I biorę się do porządków.


Otwieram szafę,

pod sukienkami spały

psy przerażenia.

Wypuszczam je, karmię.


Nakręcam

staroświecki żelazny gramofon grozy.

Zardzewiał, bo

nie umiałeś się z nim obchodzić.

Zawsze ręce ci drżały.


Otwieram na oścież

okno na nicość, zabiłeś je deską.

Bałeś się

przeciągów.

Kijem od szczotki

tłukę w sufit. Skaczę,

może podłoga zrobi się mniej solidna.


Teraz

wszystko jest już w porządku.

Zdrowy wiatr bezdomności

hula znów po mieszkaniu,

gramofon grozy chrypi

jakby go obdzierali ze skóry.

Przez dziurę w suficie

migoce piekło, podłoga

ugina się.


Biegam na czworakach

z psami przerażenia,

szczekamy razem.


Nareszcie znowu

żyję jak człowiek.

czwartek, 25 marca 2010

pupologia

O Witoldzie, Witoldzie, w grobie się przewracasz. A jakbyś z tego grobu wstał...

Gombrowicz jak Lenin - wiecznie żywy. Czy świadczy to o jego geniuszu, czy o tym, że w polskim systemie edukacji nic się nie zmienia? Myślę, że Witold, rozejrzawszy się po współczesnym uniwersytecie, wolałby nie być tak dosłownie aktualny...

Do rzeczy, do rzeczy: otóż wracają mi twórcze soki (co ilustruje druga notka w przeciągu paru dni). Napisałam esej zaliczeniowy, literacki, nie naukowy. I co usłyszałam? Wygładzoną z kantów i zadr bladaczkową nowomowę.

Być może złość tłumi we mnie racjonalne podejście, ale raczej jest odwrotnie: racjonalne podejście tłumi złość. No bo z jednej strony: chciałam buntu, to mam. I mam za swoje. Ale paradoksalnie (w świetle ostatniego posta o walce) wolałabym zostać odsądzona od czci i wiary, tymczasem zaproponowano mi... trzy. Czyli zal, czyli trzy do średniej. Pani wykładowczyni wyszła z założenia, że ja po prostu nie umiem pisać. Myśl, że umiem, i wybieram taką formę, jaką jej przedstawiłam, w głowie nie zaświtała. Przyznaję, że gotuje się we mnie urażona duma.

Ogólnie recenzja eseju krytykującego studia polonistyczne w ogólności, a filmoznawcze w szczególności brzmiała następująco: "Ja nie mam takich kompetencji, nie jestem krytykiem literackim"; "Powinna się pani wybrać na zajęcia z twórczego pisania" (te, co ich nie ma?); "Ja w ogóle nie lubię współczesnej literatury. Niektóre wydawnictwa drukują TAKIE rzeczy... jak byłam studentką, nikt by TAKICH RZECZY nie wydał. A niektórzy badacze to lubią!" (za moich czasów. Zdaje się, że nie ma między nami więcej, niż dziesięć lat różnicy).

Ostateczne rozwiązanie. Ostateczne rozczarowanie. Po homogenizowanej maturze, odpowiednie studia. A przecież inność, bunt, zdolność do twórczego i nieszablonowego myślenia popychają kulturę i cywilizację do przodu! Najwyraźniej awangarda jest dobra tylko w podręczniku. Był o tym dobry felieton Joanny Szczepkowskiej, o uczniu co chciał skakać z okna, i polonistce, która chciała mu to wybić z durnego łba, a tak w ogóle kochała romantyzm. A on nic nie wiedział o bohaterze romantycznym. Bycie współczesnym romantykiem go nie usprawiedliwiało.

Tak jak mnie nie usprawiedliwia, że zamiast zanalizować koncepcje nieczytania, przyjęłam jedną, i napisałam pracę w jej duchu. Praca jest boska. Dostałam kopa energii pisząc ją; i chociaż już istnieje, wciąż napotykam nowe książki i wypowiedzi, które wspomagają proces myślowy we mnie. Tymczasem pakuję cztery lata tutejszego życia i pocieszam się myślą o roku w innym społeczeństwie oraz innym systemie edukacji. Bo tu pupa, pupina, pupala, mości panowie... moście panie... To niesamowite, jak system replikuje się przez kobiety. Ale ten wątek - innym razem.

wtorek, 15 grudnia 2009

nocne pisanie (prolog do sesji?)

Noc. Praca. Trans wywolany polowaniem na informacje. Ogólny adrenalinowy haj (dzis fryzjerka zaprezetowala mi moj pierwszy swiadomy siwy wlos). Glod, bo uparcie nie jem po 18tej. I goraczkowe myslenie.

Juz dawno zauwazylam, ze perspektywa traumy, depresji i terapii, choc daje mi niesamowity wglad w ludzkie emocje i ciekawe spojrzenie na tworczosc, potrafi tez ograniczac. Wlasnie sie zastanawiam, czy nie wpadlam w taka pulapke. Pisze prace na fakultet "Powiesciowe gry plciowe" - rozwazam "Absolutna amnezje" Filipiak i "Utwor o Matce i Ojczyznie" Keff jako swoiste prace terapeutyczne, przepracowujace traumy. Ciekawie sie porownuje takie ksiazki z np. "Dziewczynka w czerwonym plaszczyku" Romy Ligockiej... A pulapka? Otoz mimowolnie patrze na istniejace w swiatach przedstawionych ksiazek relacje miedzyludzkie w kontekscie mojego zalozenia 'zdrowej' relacji, ktora tak rzadko wystepuje w zyciu codziennym. Czytam i widze to bolesne poszukiwanie nietoksycznych zwiazkow, nakladajaca sie biografie tworczyn, ten oczywisty (czy nie nazbyt?) klucz interpretacji. I nie wiem, moze widze cos, czego tam nie ma, co tworzy nakladajaca sie moja biografia?

Coz, jezeli tak, pisze cos, co nie wszyscy moga napisac. Tzn. jeszcze nie pisze. Przygotowuje sie do prowadzenia zajec na temat. Łatwiej jednak pracować z mysla o innych. Czy to altruizm, czy egoizm? Radosc z tego, ze poswieca mi uwage? Etam, zdrowy egoizm: oferuje wszak prace i wiedze, dzieki ktorej moja potrzeba zostanie zaspokojona. Uslugi, najpotezniejszy sektor gospodarki. I relacji miedzyludzkich - wszak tyle ich opiera sie na formach wymiennych... . Ide spac, chce juz wygasic te dzika adrenaline, zanurzyc sie w bezpiecznym lozku; dalsza praca skonczylaby sie bolem brzucha; uciekam w bezpieczenstwo i ... 'zdrowie'. Towarzyszy mi Renate Jett, wyspiewujac w ciemnosciach nieobejrzana (A)pollonie Warlikowskiego... .

piątek, 24 kwietnia 2009

Teatrzyk filmoznawczy [irony mode on]

Postanowiłam podzielic się 'kwiatkami' z zajęc - byc może to będzie stała rubryka? Ach, scenariopisarstwo...

Teatrzyk filmoznawczy przedstawia:

Zajęcia "Dialog w scenariuszu"

Wykładowca: Polacy w ogóle nie umieją pisac dialogów.Wyjątki są rzadkie. Jak Wajda w niektórych filmach. Albo Pasikowski. Dialog filmowy jednakowoż pełni nieco inną funkcję niźli teatralny. Mniejszy akcent położony jest na słowo budujące akcję, choc oczywiscie także... słowo jest, także oczywiście, nośnikiem informacji... Ale słowo przede wszystkim buduje atmosferę...

Rita, sotto voce: Na przykład "Psy" - "kurwa, kurwa, kurwa".

W: ... stanowi element poetyki...

R: "... kurwa, kurwa, kurwa..."

W: ... i kształtuje wyraz artystyczny.

R: ... .

Kurtyna (falujących włosów opada wdzięczne na dumne, wysokie czoło Wykładowcy)

Byc może to dowcip dla wtajemniczonych, ale nie mogłam się powstrzymac. :)