Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Życie zatacza krąg

Idę do szkoły teatralnej (tak jak pięć lat temu). Dostanę pianino pod choinkę (jutro przyjeżdża Pan Stroiciel do mojego wiernego, zaniedbanego, rozstrojonego od wieków pudła). Znowu mieszkam w Lublinie (bez komentarza). Wydeptuję dawne drogi, odkrywam, że to, co widziałam kiedyś, i to, co widzę teraz = dwie różne wizje świata. I to nawet nie świat się aż tak zmienił, tylko ja. I mój ogląd i wgląd.

(I wygląd? ->) Kupiłam buty na obcasie. Śmiesznie, że to takie skrajne posunięcie, i że mnie ono tak przeraża. A jednak. Sportowe, zimowe, na konkretnym koturnie. Nowa jakość poruszania się, z całą pewnością (po tylu warsztatach na prawie wszystko patrzę jak ćwiczenie z istnienia w przestrzeni, i w sumie całkiem mi się to podoba). Nowa jakość wyglądu też. Mama, przy pełnej akceptacji dla moich przekonań, nie może oderwać ode mnie wzroku. Zaczynam funkcjonować w kodzie, który jest jej bliski - już nie zawsze przekładam wygodę nad urodę (choć staram się mieć oba), no i prawie przestałam się umyślnie pobrzydzać. Mam słabość do markowych koszul i rajstop, szelek i apaszek, krawatów i gorsetów. Czy to już ekstremalne, czy po prostu moje? zapewne jedno i drugie.

M. nie przyjeżdża na święta, co jest bardzo smutne dla nas obojga. Nasza miłość rozciąga się cienką czerwoną linią przez niebieskie pola Skype'a i uporządkowane szufladki Gmaila. Najbardziej chyba boję się cienkiej czerwonej linii, która okaże się granicą możliwości. Jezus, jak długo tak można? oboje będziemy pewno podróżować, samodzielnie pracować etc., ale to jednak przecież co innego, jeśli jest dom, dokąd wracać, coś wspólnego. Teraz to możemy sobie co najwyżej założyć wspólny email, i zaznaczyć "w związku" na koncie na Facebooku. Brzmi to gorzko, cóż, nie ja pierwsza i nie ja ostatnia odkrywam radości i smutki tego typu emocjonalnej ekwilibrystyki; oczywiście, że własna smakuje inaczej... .

Szkoły jak nie było tak nie ma, po prostu nie mogę jej znaleźć - albo ją znalazłam, ale nie dają stypendiów? muszę przejrzeć jeszcze raz uniwerki dodane do ulubionych. Niemniej jednak podupadam na determinacji, choć mimo wszystko przegryzam się przez Sieć. Dzień po dniu, robię to, choć coraz bardziej na marginesie świątecznych przygotowań - wszystkich tych drobnych prac, których nikt nie zauważa, no chyba, że pozostaną niewykonane. Ściga mnie bezsenność i niezałatwione sprawy, coraz więcej ciśnienia ze wszystkich stron, a starzy przyjaciele albo o mnie zapominają, albo chyba odkrywają, że preferowali mnie "na odległość", na okazjonalne święta. Po raz pierwszy od lat jestem w domu przed świętami, i jakoś tęsknię za tą cudną atmosferą "hotelu"; niemniej jednak mam co innego: ciężko wypracowaną równowagę kuchenną, podział obowiązków, wiedzę, gdzie co w domu leży, respektowanie mojego gustu przy robieniu zakupów, dzielenie się drobnymi pomysłami na życie codzienne. Tyle czasu w domu wiąże się z kuchnią. Cieszę się, że tu jestem, nawet, jeśli nie mam pojęcia, co dalej.


Jestem tutaj. Mniej spanikowana niż po maturze, mniej zrezygnowana, rozszalała, niespokojna (choć zobaczymy, co będzie w maju). Chcę jechać do Pragi w Sylwestra, bo tak, i do Berlina w lutym, bo też tak. Bo mogę. Zmęczyłam się niemocą. 2012, przybywaj.

niedziela, 18 września 2011

czy umiem pracować....?

Jak słowo daję. Nie jestem leniwa!! po prostu mam Problemy!!!


Mój boshe, jaki to był festiwal prokrastynacji.... w piątek odespałam.... w sobotę odpoczywałam i się nudziłam (ewentualnie dałam się bojkotować frustratom, vide niżej), przyszła niedziela: kupiłam za drogą walizkę, przeraziłam się i wycofałam zakup, przeraziłam się jeszcze bardziej i przyszedł e-mail, że OBRONA JEST DZIEŃ WCZEŚNIEJ.

No i jak stanęłam na baczność....!!

Oczywiście nie od razu. Najpierw spanikowałam, co objawia się czytaniem wszystkiego, tylko nie tego, co trzeba (jak ja jestem na bieżąco z krytyką polityczną i salon.com po półtora miesiąca magisterki....). W każdym bądź, przyszedł kumpel, z którym mogłam omówić zagadnienia do magisterki (dzięki Ci Panie, że wpadł, sama utknęłam na nr 7, przerażona, że po pięciu latach studiów nie znam się nawet na siedmiu tematach). Wniosek po pisaniu magisterki: To Prawda, że Potrzebuję Terapii, ale Mam Dobrych Przyjaciół i Wspierającą Rodzinę. Naprawdę może być gorzej.

Efekt uboczny magisterki: jestem niedotańczona. W ramach mobilizacji do pisania włączałam sobie Madonnę & Timberlake'a (4 minutes to save my world!!! deadline looming!!!!); dziś towarzyszy mi Carlos Santana. Że nie wspomnę o uzależnieniu od grupy Funk'n'stein.


Blog to ostatnia faza prokrastynacji. Potem już tylko:


1. Twórczość Anny Świrszczyńskiej.
2. Społeczna rola literatury współczesnej: wyzwania i ograniczenia.
3. Literatura „kobieca”.
4. Twórczość Tadeusza Kantora.
5. Twórczość Oscara Wilde’a.
6. Protetyczność współczesnej kultury.
7. Życie w obcym języku; doświadczenie emigranckie.
8. Rola fantastyki w kulturze popularnej.
9. Kino Pedro Almodovara.
10. Kobiecość w mediach.

Ave Caesar, mori turi te salutant!

wtorek, 31 maja 2011

dworki chaosu - macki przeprowadzki

Chyba już kompletnie mi odpaliło.

Szukałam bardziej literackiego określenia, ale dosłownie brak mi słów. Teraz, po tym wszystkim, wracać do Polski? po nic? z niczym?

Dramatyzuję. Po prostu nie tego chciałam chcieć. Zresztą może mi jeszcze przejdzie. Niestety bardzo kiepska ze mnie kosmopolitka, wiem o tym - zwracam uwagę na narodowość i znam związane z nią stereotypy, nawet, jeśli się nimi nie kieruję. Bycie Polką, bycie kobietą - wszystkie te tożsamościowe składniki biorę ze szczyptą wątpliwości, ale pozbyć się ich... nie umiem.

Tymczasem się dziś przeprowadzam. Nie cierpię przeprowadzek. Nawet tym razem nie mam daleko, ale na myśl o pakowaniu robi mi się słabo. Rozpakowywanie jak cię mogę. Wszystko rozbabrane, nie mam czym oddychać. Mutlu fruwa po ścianach ze szczęścia, że będziemy mieszkać razem; ja też jestem szczęśliwa, tylko nie cierpię przeprowadzek. No i te przyszłościowe rozważania strasznie mi depczą po odciskach.

Powtarzam sobie raz po raz, że muszę się skupić na tym, co jest. Że esej na piątek nietknięty, że dziś jest dobrze, że wieczorem zwiniemy się razem w kłębek w poczuciu spełnionego obowiązku, i będziemy świętować początek dwóch miesięcy naszości. Niestety w głowie, w trybie pracy w tle, niezmiennie burza, wicher, huragan. Tylko się zwinąć w kłębek i przeczekać, ale to się nie kończy, ale muszę żyć.

Cholera, kręgosłup mnie boli. A i silna wola niedomaga. Zmęczyło mnie. I tak dzień w dzień. Dzień jak co dzień.

Zwijam się gdzieś wokół tego mojego szczęścia i jest dobrze. Ale ten kokon pierwszego zakochania też się kiedyś skończy. Co jeśli wtedy też nie będę miała odpowiedzi?

No będę, będę miała, na pewno. Zaufaj sobie, posłuchaj pragnienia.

Pragnę, żeby ktoś się za mnie spakował.









I w dodatku nie mogę pojechać do braciaka na występ..... zazdrość by mnie zeżarła (do zielonego), ale na pewno będzie znakomity (i występ i braciak).

szlagby.

wtorek, 20 lipca 2010

family feel. najwyraźniej dzikie rodzinności nie są zarezerwowane dla Lublina. w Warszawie mniej więcej u-około braciaka i dziko ciut jest. ja -> Lublin -> z nadzieją, że przełamiemy anomię ruchu....... najwyraźniej jak raz się to zrobi, nie wystarcza. a może ta anomia to tylko społeczeństwo w mojej głowie? i anemia mózgu? etam, idę kupić książkę Pratchetta....