Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywatnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywatnie. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 sierpnia 2011

w przerwie

Chodzi mi po głowie duży post coming-outowy - o irracjonalności, New Age i zakłamaniu - to taki mały trailer, ale póki co:

piszę mgr;

uciekłam z Fb, by lepiej pisać mgr;

M. jest w Rotterdamie, a ja w Poznaniu, a więc studium geograficznej niekompatybilności;

laptop a) się zepsuł (problem Fb sam znikł), b) jest w Lublinie, więc geograficzna niekompatybilność odczuwalna w stosunku kwadratowym;

jestem technicznie niekompatybilna z notatkami do mgr;

jestem psychicznie niekompatybilna z czytelnią;

jestem mailowo niekompatybilna z promotorką.


Innymi słowy, dzień jak codzień, a lato ładne. Zapraszamy po przerwie reklamowej.

piątek, 15 kwietnia 2011

kocią drogą

Tu pętelka, tam zakręcik - prosta droga mnie nie nęci. Prosto psy się mogą ganiać. I tak wracam - do pisania. miau!

Powaga. Zawracam kocim ogonem, zawijam w pisarską stronę. Twórcze pisanie dla młodych panien, nie ma przebacz. Z nieba mi spada. Gadam, piszę, piszę, gadam. Nawet coś do powiedzenia mam, testuję językowo tworzywo, spoiwo, łuczywo idei. Samo mi się klei.

Już, już coś miałam rzec, i zaraz jakiś rym wpadał mi w pół słowa :)

Wracam do pisania, jak do dzieciństwa. Coraz mniej presji, bo coraz mniej mnie obchodzi to wszystko. Nudzi mnie uniwersytet z jego standaryzowanymi szufladkami. Nudzi mnie niepomiernie, nieziemsko, limit słów, nieprzekładalny na inspirację. Nudzi mnie, że nikt ode mnie nie wymaga tego, co sama uważam za najważniejsze: twórczości, innego spojrzenia na temat, uważności na punkty widzenia, różnorodności formy i treści. Te wymagania nieraz obniżają mi ocenę, dodane zaś do wymagań uniwersyteckich zazwyczaj obniżają mi nastrój: albo nie mogę nic napisać, spętana nadmiarem wymagań, albo piszę, składając w ofierze to, co sama uważam w pisaniu za cenne, za twórcze. Twórcze, nie - oryginalne; z dwojga złego wolę stworzyć świadomy banał który CHOCIAŻ DLA MNIE jest nowością, CHOCIAŻ MNIE coś DAJE. Wszystko już było, to tylko TO CIAŁO, TEN UMYSŁ, które są mi dane, mają doświadczać na nowo i rozkoszować się doświadczaniem. Tym się mam zajmować, tym cieszyć, to jest moje zadanie, moja nagroda za danie mi tego umysłu i tego ciała.

Nudzi mnie, że "Pełno nas/ a jakby nikogo nie było" - nie ma z kim pogadać! Czy mi się śniła twórcza uniwersytecka atmosfera? Nie powiem, zdarzyła się tu, zdarzyła się w Polsce - ach, jakże doceniam takie wyjątki! A jednak, choć jestem pełna entuzjazmu wobec rotterdamskich doświadczeń, muszę powiedzieć, że standaryzowana edukacyjna klateczka, w stronę, której zmierzamy, jest tylko marginalnie lepsza od przykurzonych, kanonicznie uświęconych relacji władzy, od których odchodzimy.

I już nie wiem, czy to dlatego, że tutejszy uniwersytet jest dość mocno skupiony na ekonomii? Nie, o tym też można rozmawiać twórczo, choć fakt, że mam kontakt z 'typem' umysłowości mocno różnym od mojego. Czy to dlatego, że ja się nie nadaję na uniwerek, i że mam tego dosyć? Niby fakt, ale czemu, skoro w odpowiednich okolicznościach potrafię być studentką znakomitą, a nie mierną? Mówię to bez fałszywej skromności, bo wiele razy aktywnie starałam się stworzyć sobie warunki do bycia studentką znakomitą, ale - nomen omen, pozdro z Holandii - to droga pod wiatr, walka z wiatrakami. Nie chce mi się, miau.

Ileż można? A tymczasem skrobię esej na siedem stron zamiast trzech, ale to zamiast dwóch innych esejów. I tak nie będę mieć oceny, jako obrzydliwy "freerider" chodziłam na przedmiot niedostępny dla Erasmusów, czyli w pewnym sensie na przedmiot, za który nie zapłaciłam. Skromne to moje granie systemowi na nosie.

Ileż można się bić? Dziś miękką łapką stukam w klawiaturę. Miau. Wolę moje kocie drogi. Drogi uniwerku, fuck you czule, w czółko całuję. Kto wie, może się znów spotkamy, ale "I'd rather not". Wolałabym nie. A przynajmniej nie za szybko, i na moich zasadach. Może założę szkołę, kto wie, według zasad Kena Robinsona (niewtajemniczeni - guglać i na TED! najpierw z 2006, a potem z 2010 wykład oglądać). Póki co, przebrnąć mgr. Wrrr. I dalej, dalej. Jedźmy, nikt nie woła.

Myślenie o wartościach. Tego, co uważam za wartościowe, uniwersytet nie ceni. Może to tylko syndrom niewłaściwej osoby w niewłaściwym miejscu. Ale jakoś nie całkiem to pasuje do sytuacji. Mam jobla na punkcie edukacji, stentorowy głos niedoszłej pastorki/wykładowczyni, owszem, również zajoba scenicznego, i skłonność ku zaangażowaniu społecznemu. Oprócz tego, żem artystka, no to ogólnie widać, jakam niewłaściwa do pracy z młodzieżom! Ech, nie kończy mi się ta jazda...

Miau. Lśniącym futerkiem się wypinam. Już mi się nie chce. Urlop dla zaangażowanych. Zajęcia odwołane z powodu ciekawszych zajęć.

wtorek, 22 marca 2011

ażeby potem - o wiosennej, ulotnej radości napisania :-)

Pierwszy dzień wiosny. Rita niedomyta
biegnie z esejem w zębach. Coś jej świta
że dość jej majonych żytem rozmaitem
akademickich łąk, kałuż - jest mitem
Ritowa zdolność samodzielnej pracy.
Ricie do pracy potrzebni swojacy,
grupa, inspira lub inicjatywa
tak, w kolektywach Rita się wyżywa.
Gdy pisze esej o różnorodności
w społeczeństwie Holandii i jej licznych "gości"
(tych rodem z Surynamu) na drugim kanale
uwagi o tym nie rozmawia wcale;
Fejsbuk: tam żwawo wrze postpolityka
na skajpie miłość z emotką się styka
z obsesją skrajną filozofii - Rity facet
butelką rozbiłby Sartre'owi glacę
gdyby mógł tylko. O perskich poetach
o horoskopach, kabale, podnietach
tarotycznych się mówi, rozmowa zakwita
'erotyzm oczami kobiet' Rita czyta
(Esej powstaje chyba wbrew wszystkiemu
albowiem wszystko jest przeciwko niemu).
Na znak protestu wobec masochizmu
komputer pada, ażeby się schizmą
oddzielić - o, protetyczna całości
od mózgu Rity w (nie)okazałości.
I tak to, po napisaniu szczęśliwa
Ręcznie, w zeszycie Rita się wyżywa

(ażeby potem mieć co przepisywać...)

piątek, 3 września 2010

nowe początki

Jechałam, i czułam się jak wąż zmieniający skórę. Pozostawiałam coś za sobą; to nie bolało - tylko ta... pustka? jak usuwanie martwego zęba. ok, dość pseudofilozofii. doświadczenie wyjazdu Z Polski, pożegnania z domem, przyćmione jest obecnie przez bycie Już W Holandii.
Jestem tu. Załatwiam mnóstwo spraw, wszystko się udaje. Dziś spałam pięć godzin, bo pisałam zlecenie, i nadal znajduję czas dla siebie, żeby wpaść na bloga. Uczę się swoich rytmów na nowo, co mogę i czego nie mogę robić. Jestem skoncentrowana na sobie, ale wciąż starcza na innych.
Jestem zadowolona :) póki co, towarzysko-papierologiczne dni codzienne są bardzo przyjemne. Mieszkam na razie sama (może dziś się to zmieni?) i bardzo sobie to chwalę (zwłaszcza to, jak bardzo jestem przygotowana na wyzwania tych dni: dziękuję Mamo! myślałyśmy dobrą chwilę nad tym, co wziąć). Umówiłam się z doradczynią od kariery o wdzięcznym imieniu Dorienne - tutaj nie zostawiają studentów samym sobie, i zamierzam to wykorzystać. Jutro idę założyć konto w banku. I tak dalej.

Zmieniam się, w mówieniu, projektowaniu, pisaniu. W pisaniu widać - sprawia mi potworne problemy, nowa wiedza językowa i naukowa próbuje się zintegrować, dołączyć do umiejętności "tworzenia pięknych zdań". Wychodzą nieraz ciekawostki przyrodnicze. Nie mogę teraz napisać recenzji od jednego machu; musi być myślowy okres karencji. Tak jak kiedyś miałam problemy z prelekcjami - złości mnie, gdy coś, co zawsze przychodziło łatwo, nagle sprawia problemy. Ale może jest ku temu przyczyna.

Zmiany w pisaniu widać pewnie na blogu - piszę tu luźniej, swobodniej, dziwne anglo-zaczerpnięte metafory prześlizgują się przez szerokie oka autocenzury. Ale zmiany są w głowie. Chcę zapisać ten czas, właśnie teraz - wstaję o wschodzie słońca i mogę wszystko.

piątek, 16 lipca 2010

jest coś strasznego w tym, jak bardzo bycie tutaj pozbawia mnie energii. jestem w fazie przejściowej - od kilku dni - nie mogę się ruszyć - i - . - coraz mniej mnie to obchodzi. coraz łatwiej odpuścić i się zapuścić. tyle tylko, że dziś mam jechać do Warszawy, pojadę, nie odpuszczę, kurwa, muszę stąd wyjść. wyjść. jak wracać do tego miejsca? może najlepiej spalić z zawartością? jest sporo rzeczy, które spaliłabym bez żalu.

wtorek, 13 lipca 2010

po co mi szkoła aktorska.

- rozważam. Słucham, jak mój brat i jego dziewczyna dyskutują różne środowiskowe kwestie z zazdrością, i równocześnie - niesmakiem....? zazdroszczę konkretnej grupy, energii, którą niesie działanie w takiej grupie - bóg jeden wie, że brak mi tego od czasu pracy w radzie drużyny - ale zniesmacza mnie debatowanie, który teatr jest najfajniejszy, gdzie kto kogo nie lubi i nie wygryza, układy, układziki, od których zależny jest los aktora. sama oglądam bulwersujące teledyski (np. ten - http://www.youtube.com/watch?v=wc3f4xU_FfQ&playnext_from=TL&videos=Kt7svfPDjgs), prowadzę fascynujące rozmowy, piszę dziwne wiersze na erogroteskach (swoją drogą, profil tego bloga wyraźnie ewoluuje, ale nie hamuję tego - nie będę go zabijać formą) - i wciąż czuję, że jest dla mnie coś więcej w tym wszystkim. Pragnę dyscypliny i fizyczności, którą niesie z sobą szkoła, ale to nie koniec umiejętności, to mógłby być zaledwie początek...! jak powiedziała ostatnio moja mama, "dla ciebie to nie jest cel, tylko część drogi"... tylko gdzie mnie ta droga prowadzi?

zaufam drodze, bo droga to ja. na razie Rotterdam. gdy przyjdzie pora na kolejny krok, będę wiedziała.

środa, 7 lipca 2010

o co chodzi - vol. x

Nie cierpię tego, że nie wiem, do kogo mówię.

Nikt mnie nie czyta, nie słucha, nie słyszy. Czytelnictwo nazbyt jest bierne jak na mój gust. Potrzebuję publiczności, feedbacku, uniesionych brwi. Uszczęśliwia mnie bezpośredni kontakt. W kontakcie pośrednim - takim jak tu - najlepsze jest jego istnienie.

Piszę dla siebie, ale nigdy tylko dla siebie. Piszę dla słów, dla ustawiania ich obok, zapatrzonych w siebie nawzajem - dla erotyzmu literatury, literalnego napięcia (ha, Sontag). Piszę. Ale nie czuję was. Nie czuję się czytana. Erotyzm nie kończy się na relacjach międzywyrazowych. Pożądam czytelnictwa. Pożądam pożądania.

Pragnę reakcji. Punktu odniesienia. Nuży mnie cisza, bezruch. Tak, być może bez upartej promocji bloga nie można z d o b y ć czytających. Bez komercjalizacji. A ja wiszę na granicy poetyckości i piszę - lekko, od niechcenia - udając, że mi nie zależy - patrząc mimochodem - spragniona.

środa, 19 maja 2010

Kantor-skrót, czyli nieskładny wstęp do manifestu

na szybko, na krótko, bo biegnę biegnę dalej. Już widzę. Ucząc się na kolokwium-z-Kantora dostrzegłam coś, co instynktownie widziałam wcześniej. Forma? jaka forma? forma narzucona. biegam gdzieś między muzyką, teatrem, pisaniem, ograniczona nawet nie FORMĄ a FORMUŁKAMI działania innych ludzi! "Chcesz robić teatr? to po co ci film?" "Musisz wybrać!" A ja nie chcę musieć - jeżeli muszę, to muszę być sobą, być w pełni, a jeśli ktoś ma patrzeć jak tańczę i śpiewam, nie chcę być bezimiennym ciałeczkiem ocenianym za techniki martwej formalności. Chcę by widz czuł i - patrzał - NA MNIE. Żeby wiedział kim jest ta która na scenie ekshibicjonizuje swoje wspomnienia, ciało, cały ten podejrzany pokoik pamięci, pokoik o niejasnej proweniencji, niedookreślonym celu, od którego nie mogę i nawet czasem nie chcę się uwolnić. A czasem się uwalniam, i to też jest sztuka. Jak długo chcę być brzydką siostrą, której odcięta pięta krwawi? obcinałam się tak długo, i krwawię, i jest to dotykalne, i wymaga wyrazu! moje teksty, krwawiące dzieci, poddawałam ocenie innych, a przecież są czymś więcej niż literacką foremką na piasek bezsensownych słów. Niektórym się podobają, ale SAME SIĘ NIE BRONIĄ - nie bronią się beze mnie, mówiącej, biorącej odpowiedzialność, przyjmującej ciosy; nie bronią się bez mojego wyrazu, bez steatralizowanego czy Rozgrywanego/Rozgrywającego SIĘ (=happening) kon-tekstu, tekstualizacji towarzyszącej (mi - go with me - conmigo)(con).

(ha - obrazek konia ze słów? końtekst)

burza we mnie, bo właśnie o to chodzi, o ramki innych ludzi - i to te ramki sprawiały, że czasem chcę iść do szkoły aktorskiej dla rozwoju, a czasem nie chcę, żeby nie dać się zgnoić. Nic nie muszę, naprawdę; nie muszę wybierać klatki, bo są inne drogi. Zawody wyuczone, wykonywane, opinie zasłyszane, dróżki wytyczone - wszystko nie dla mnie, odpycham, odrzucam, nie chcę. Nawet jeśli mnie dotkną, zmiana jest kluczem. Stałość dobra, póki twórcza.

Od tak dawna mielę ten temat, nie śmiem sama sobie uwierzyć.

Ale to moja opinia się liczy. Moja najpierw

sobota, 24 kwietnia 2010

Rita bawi się słowem i ciałem :-)

Tryptyk z ciałem

I

coś jakby pomarańcza
a może biały ser.
rozmawiam ze swym udem.
tłumaczę mu
że billboard
nie stanie się
ciałem.


II

mam ciało i ciało ma mnie
cieleśnie na jawie i we śnie
na jawie ja ciału się śnię
wstydliwie krzykliwie obleśnie (boleśnie)
a przecież gdy przejdzie przez łzy
przez poty i płyny i dreszcze
to ciało się ciągle śni mi
i we mnie ujawnić się nie chce...


III

ujarzmianie wroga:
noga.
noga mnie nie słucha:
trwoga.
żmudne ujarzmianie
uda
udo nie chce chudo:
nuda.

a gdyby się wymknąć a gdyby
tak zwiać
nieciałem się stać -
a gdyby tak uciec a gdyby tak
zbiec
nieciało - nie - mieć?

zmęczyły mnie ciała kaprysy
zarysy zmęczyły
wymogi odnośnie mej
nogi zmęczyły reformy co
do mojej formy
i normy codziennej
konformy.

od dziś absolutnie mam dość.
i złość. na każdą kość.
choć co ciało to temu winne
że ma być go: 1) mało, i 2) inne;

i po co mi służyć pomocą
tym co ciału temu przemocą idiocą
że ma się ogarnąć i streścić
by w jakiejś klateczce się zmieścić!

więc zamiast klateczki z kokardką
oddalam się żwawo a wartko
ja ciało bo jednak zostało
niesymetryczne i śliczne.

wciągam powietrze w brzuch i uch
r o z c i ą g a m s i ę n a p r z e s t r z a ł
(powieki drżą w napięciu
w tym miłym przedsięwzięciu)

i, rozstawiając łokcie
obcinam nago paznokcie.

15. 4. 10.

wtorek, 6 kwietnia 2010

spotkanie z przeszłością

Dom. Święta. Napad na wspomnienia. Tym razem nie tylko mój, cała rodzina to ma. I co? No jak zwykle, duchy wyłażą ze ścian jak w cholernym "Weselu". Wychodzę do miasta, upijam się na smutno dwoma drinkami, czekam aż przestanie boleć brzuch. Nie jest źle. Tak ogólnie mam dużo fajnych ludzi wokół. I nawet, gdy odgrywam scenki z przeszłości (własnej lub cudzej)... cóż, przydaje się zakręt aktorski. Z bratem siadamy, i 'odgrywamy' jeszcze raz. Ze zmianami w scenariuszu. Praca u podstaw. Na tym etapie nie ma co liczyć na więcej, ale to dość, to wystarczy.

Zaczęłam od końca. Znacie to uczucie? że coś się dzieje znowu i znowu i znowu i... wzorzec, zakręt, kwadratura koła, wszystko od nowa, na nowo - takie samo. Najpierw przychodzi rozpacz, później beznadzieja. Ale jest szansa. Trzeba przepisać scenariusz. Owszem, poprzednia wersja jeszcze nie wyblakła, odciśnięta w skórze, w umyśle. Trzeba się starać. Uwierzyć w tę nową. Włożyć tę wiarę za każde słowo.

Nie muszę. Chcę inaczej. W ogóle chcę. To, czego chcę, ma znaczenie. Te i inne zdania, całe szeregi zdań. Drobne trybiki, części nowego scenariusza.

wtorek, 23 marca 2010

o walce słów kilka

Cofnęłam się parę notek, i widzę, że program tego bloga (jeśli w ogóle istnieje) zmienił się nieco. Chwilowo 'wychłódniało' mi zaangażowanie społeczne. Zmieniło się w mus-przymus, obowiązek. A mój stosunek do obowiązków (KTOŚ mnie ZMUSZA) jest znany (no way in HELL)... przy czym mam na tę reakcję mniej więcej taki sam wpływ, jak pies Pawłowa na swój odruch. Zatem piszę okazjonalną notkę, tagując 'prywatnie' z luźnymi (vague) wyrzutami sumienia (wpis meta-blogowy? meta-wizyjny? meta-programowy? meta-misyjny!). W sumie mogłabym każdy otagować 'z misją'. Moja 'walka o niezależność' ostatecznie najważniejsza jest w przełożeniu na życie prywatne. Moje życie prywatne.

Miało być o walce, bo też walka mi towarzyszy. Ciotka dokucza mi, że gdybym się urodziła paredziesiąt lat temu, byłabym traktorzystką, rumianą twarzą na plakacie, chorążą w pochodzie pierwszomajowym (ciotka, delikatnie rzecz ujmując, nie rozumie idei zaangażowania społecznego). No więc tak, mam lewicowe korzenie (tata antyklerykał....) i poglądy. Raz terapeutka spytała, czy byłabym aż tak zaangażowana w feminizm, gdybym się nie spotkała z dyskryminacją tak wcześnie. Odpowiedź jest, jak sądzę, oczywista. Mieć pogląd to jedno; czym innym - mieć powód do walki. Doświadczyć niesprawiedliwości. Czuć gniew.

Przy całej 'lewicowości' odebrałam sporą dawkę patriotycznego wychowania, 'kanonicznego'/kanonizowanego gwałtu. Słowacki, Mickiewicz, Wajda, Kutz, inni wielcy poeci, plus spory i wczesny kontakt z religią i cztery lata harcerstwa; ZHP unika jak ognia powiązań z lewą stroną sceny politycznej. To wychowanie sprawia, że robi mi się słabo, gdy na imprezie koleżanki i koledzy z KP radośnie intonują tę czy ową międzynarodową pieśń. W pewnym sensie nie przynależę nigdzie. Z niczym się do końca nie zgadzam. Dlatego też trudno mi walczyć; choć pragnę, i pragnę się buntować.

Walka - podkręcam się w niej, frustruję, ożywam i cierpię jednocześnie. Walczę z mężczyznami, których postrzegam jako zagrożenie dla siebie, lub dla co bardziej 'kobiecych' (= miłych i biernych) koleżanek. (Rita na imprezie w wersji: feministka/lesbijka/pies obronny [suka?]). Walczę ze sobą, z materią swojego życia. Walczę z niechęcią i chęcią do walki. Walczę z pęknięciem w sobie, choć ostatnio uczę się przyznawać, że jest.

Jeśli jest walka, jest lęk. Lęk, że nie walcząc, pozwolimy innym wygrać, oddamy władzę nad sobą, będziemy bierni i podlegli. Ale walka jest jak słomiany ogień: na dłuższą metę nie daje mi poczucia sensu, nie pomaga, gdy nie mogę wyjść z łóżka; nie trwa. Jest nieskuteczna w kreowaniu sensu życia. Poza ekstremalnymi warunkami (wolontariat w Afryce?) w moim obecnym życiu walka więcej niszczy niż kreuje. Niszczy coś we mnie. Jest manifestacją lęku, i tylko zakorzenia go głębiej.

Tak naprawdę walka nie jest moim celem. Oczywiście, naiwnie byłoby spodziewać się, że wszystko się samo idealnie ułoży; czasem trzeba walczyć. Ale osobowość skłonna do walki konstruuje jej potrzebę i wymagające walki okoliczności - w tym samym stopniu, co uprzednie okoliczności (np. w/w dyskryminacja) konstruują skłonną do walki osobowość. Więc tak, jak na to teraz patrzę - ideałem byłoby nie walczyć WCALE. Mierzę się z lękami, jeden po drugim, bo wiem, że walka jest reakcją we mnie - żeby ochronić innych/inne przed tym, co mnie już się stało; żeby ochronić siebie przed dalszą krzywdą; i wreszcie, żeby zranić, tak, jak byłam zraniona. (z ranieniem jest akurat problem: mam blokadę na gniew, żeby tylko kogoś nie zranić, nie zmienić się w kata. Ale nie zaprzeczę, że tego pragnę, nieraz bardzo mocno. Skrzywdzić. Dojebać.).

Co z tą walką? jestem nią zmęczona. Tak naprawdę jej nie chcę, nawet, kiedy jej pragnę. Sprzeciwiać się jej, to jak sprzeciwiać się byciu kobietą - nie podoba ci się konsekwencja tej etykietki, ale nie masz ochoty nic sobie przyczepić na miejsce waginy, więc akceptujesz sytuację z czystej bierności, nie - radości. Mam wbudowany instynkt walki. Uczę się z nim żyć, korzystać i nie korzystać.

Tu miała być mądra puenta, ale chyba się wyprztykałam. Z tekstem też nie chce mi się walczyć. Lubię te momenty, gdy wszystko wypływa ze mnie, gdy jestem źródłem kreacji. Gdy fala przemija, mogę zanurzyć się w spokoju. Takiej satysfakcji pragnę. Tego chcę, i tego chcę chcieć.

Niechcenie walki nie jest instynktem, prędzej jego zaprzeczeniem. Jest wyborem.

wtorek, 9 marca 2010

Sens życia wg Facebooka

1. Otwierasz oczy? włącz kompa.
2. Umyłeś/aś zęby? zrób zdjęcie.
3. Smaczne śniadanie? Poinformuj świat.
4. Dobra impreza? Fota musi być! Nie musisz wcale się tak dobrze bawić, ale mieć zdjęcia, że się dobrze bawisz.
5. Chcesz poznać ludzi? buduj sieć Facebooka.
6. Pamiętaj: Fota Robi Różnicę.
7. Pamiętaj: Link Robi Różnicę.

Pomysły na dalsze punkty?

niedziela, 28 lutego 2010

o pilnikach i wieszakach

Miałam o czymś pisać, o czym ja miałam pisać? O pisaniu miałam pisać. O pisaniu o pisaniu. O pisaniu przez pisanie, teraz i zawsze, allelluja. Luja.

Wszyscy szukają kogoś, na kim mogliby się uwiesić. Nawet ja. Zwłaszcza ja. Pod deklaracją niezależności (hello, cały ten blog i nie tylko) kryje się (kryje? może to widać) chęć znalezienia kogoś do uwieszenia. się na. o, właśnie.

Męczy mnie to. Męczy mnie, bo nie chcę tego chcieć. Bo nie jestem szczęśliwa w formach uwieszonych. Ze względu na brak szczęścia w uwieszeniu, są to w moim życiu formy efemeryczne. Mieć dziewczynę, mieć chłopaka, mieć kogoś, być czyjś-czyimś-czyjąś. Wszystko to struktury posiadania, zaimki dzierżawcze, a ja nie jestem ziemią do orania i rodzenia. I sama bałabym się kogokolwiek posiadać w taki sposób, z taką odpowiedzialnością. (no i patrz, wszystko jak zwykle wraca do lęków).

Formy uwieszone to ładny eufemizm na 'formy uwięzione'. Większość uwięzionych nie wierzy nie tylko w świat poza prętami klatki - oni nie wierzą w klatkę. Siedzę i piłuję pręty pilnikiem, ale czasami łapie mnie frustracja. Bo Oni Kogoś Mają. Bo mainstream włamuje mi się do żył. Bo jestem nieuwieszalna. Bo podoba mi się ktoś, i chcę zapomnieć siebie i swoje problemy, i być przez chwilę Jego, należeć. Wiem z doświadczenia, że to się źle kończy. Że to nie tak ma być. Że uwieszanie szczęścia nie daje. Bo tak naprawdę nie lubię wieszaków.

Tylko zła jestem sama na siebie za tęsknotę. Pewnie niepotrzebnie. Ale jestem. Takie tango z wieszakiem.

wtorek, 23 lutego 2010

notatki z drogi

a teraz, właśnie teraz jestem chcę być chcę wykrzyczeć światu - że jestem. tak.

parę dni temu eksplodowała we mnie naukowa radość - ekscytacja - autentyczne podniecenie konstrukcją i wiedzą. zbieram się po wybuchu, któremu towarzyszyło zapalenie krtani.

Rita w objęciach queer. Rita w objęciach pragnień. Nie ukrywać pragnień przed sobą. Nie zaprzeczać. Nie uciekać. Przyznaję, wyznaję, pozwalam im na istnienie. Nie pozwalam im na spełnienie. Stało by się coś strasznego, gdyby... .

Cenzura jest silna. Każdy czasem pragnie, czego nie powinien. Nie wszystko można tak po prostu wziąć, gdy zamieszane jest w to szczęście innych osób. Myślę tylko, że powyższe odzwierciedla mój stosunek do pragnień w ogóle. Co strasznego by się stało, gdybym miała to, czego chcę?

czwartek, 11 lutego 2010

Ja. Ukrycie.
Najwyraźniej nie mogę pracować tam, gdzie mieszkam. Stosy książek, których nie czytam, filmów, których nie oglądam. Żeby coś zrobić, trzeba wyjść. Mieszkanie nadaje się do spania.
Jestem zmęczona. Może tym, że próbuję się zmuszać do innego funkcjonowania niż - najwyraźniej - moje naturalne. Chciałabym móc samodzielnie pracować, w swoim pokoju. Jedna osoba, jeden pokój, jedna twórczość. Tymczasem nie: potrzebuję zespołu, zróżnicowanych inspiracji, kolektywu. Siedzę tu, mam wszystko o czym można zamarzyć - albo przynajmniej całkiem sporo twórczych możliwości (książki, filmy, wieża, laptop, pianino!) i co? i nic!
Cholera. "Czasami nie wiem co mam z sobą zrobić", śpiewa mi Kora do ucha.
Ja. Ukrycie.
Siedzę za zamkniętymi drzwiami mojego pokoju. Ukrywam się. Zaprzeczam. Wygaszam.
Umieram po trochu.

sobota, 2 stycznia 2010

Tryb nocny. Ostatnio w takowym funkcjonuję, choć jest dość męczący. Gdyby noc była dniem... cóż, właśnie jestem po obiedzie. Koty śpią, a Niebieska Włochata Torba czai się pod stołem jak - cóż - niebieskie włochate zwierzę. Jest trochę zimno (ogrzewanie działa dość fanaberyjnie); w okolicy piętrzą się kubki po herbacie, a w chłodnej (pokojowej) atmosferze unoszą się fragmenty kociego futra. Sielanka, nieprawdaż?

Jak to zrobić, żeby Nie Zależeć Od Lęków?

wtorek, 15 grudnia 2009

nocne pisanie (prolog do sesji?)

Noc. Praca. Trans wywolany polowaniem na informacje. Ogólny adrenalinowy haj (dzis fryzjerka zaprezetowala mi moj pierwszy swiadomy siwy wlos). Glod, bo uparcie nie jem po 18tej. I goraczkowe myslenie.

Juz dawno zauwazylam, ze perspektywa traumy, depresji i terapii, choc daje mi niesamowity wglad w ludzkie emocje i ciekawe spojrzenie na tworczosc, potrafi tez ograniczac. Wlasnie sie zastanawiam, czy nie wpadlam w taka pulapke. Pisze prace na fakultet "Powiesciowe gry plciowe" - rozwazam "Absolutna amnezje" Filipiak i "Utwor o Matce i Ojczyznie" Keff jako swoiste prace terapeutyczne, przepracowujace traumy. Ciekawie sie porownuje takie ksiazki z np. "Dziewczynka w czerwonym plaszczyku" Romy Ligockiej... A pulapka? Otoz mimowolnie patrze na istniejace w swiatach przedstawionych ksiazek relacje miedzyludzkie w kontekscie mojego zalozenia 'zdrowej' relacji, ktora tak rzadko wystepuje w zyciu codziennym. Czytam i widze to bolesne poszukiwanie nietoksycznych zwiazkow, nakladajaca sie biografie tworczyn, ten oczywisty (czy nie nazbyt?) klucz interpretacji. I nie wiem, moze widze cos, czego tam nie ma, co tworzy nakladajaca sie moja biografia?

Coz, jezeli tak, pisze cos, co nie wszyscy moga napisac. Tzn. jeszcze nie pisze. Przygotowuje sie do prowadzenia zajec na temat. Łatwiej jednak pracować z mysla o innych. Czy to altruizm, czy egoizm? Radosc z tego, ze poswieca mi uwage? Etam, zdrowy egoizm: oferuje wszak prace i wiedze, dzieki ktorej moja potrzeba zostanie zaspokojona. Uslugi, najpotezniejszy sektor gospodarki. I relacji miedzyludzkich - wszak tyle ich opiera sie na formach wymiennych... . Ide spac, chce juz wygasic te dzika adrenaline, zanurzyc sie w bezpiecznym lozku; dalsza praca skonczylaby sie bolem brzucha; uciekam w bezpieczenstwo i ... 'zdrowie'. Towarzyszy mi Renate Jett, wyspiewujac w ciemnosciach nieobejrzana (A)pollonie Warlikowskiego... .

środa, 2 grudnia 2009

naruszenie decorum

jest coś niewłaściwego w czytaniu strony Krytyki Politycznej z towarzyszeniem muzyki Możdżera.

środa, 21 października 2009

i prawie po

Pracuję nad użalaczem - przeprogramowanie! Dziś był dzień bardziej dla mnie - posprzątałam, ugotowałam, zjadłam, obejrzałam motywacyjny film. Ile taki spokojniejszy moment może dać, prawda? A jutro - też dla siebie - jadę do Łodzi. Na rozmowę kwalifikacyjną. Bo czemu nie :) Camerimage wzywa! To jest ten rok... :) Plus, zawsze mi dobrze robią podróże, przewietrzenie głowy. I miło się do domu wraca, też.

We wtorek występ. Nad nim też pracuję. I spodziewam się naprawdę dobrych efektów.

Idę dziś wcześnie spać (pociąg o 5 rano!!! :) Miłego wieczoru życzę - sobie i prawdopodobnie nieistniejącej-lecz-zakładanej publiczności czytającej... (hm. Taki Eco zakłada czytelnika idealnego, a ja - nawet pisząc - publiczność idealną. I co to mówi, hm? :)

poniedziałek, 19 października 2009

użalacz

Włączył mi się użalacz. Jestem zła na siebie. Co robić, co robić?

Z jakiejś przyczyny mam problem z występami publicznymi. Zatyka mnie trema, drżą ręce, mam pustkę w głowie, to, co zawsze przychodziło łatwo, teraz sprawia mi trudność. I włącza mi się złość - wściekłość! - którą kieruję na siebie. A przecież jeśli coś się dzieje, to są powody. Takie rzeczy nie biorą się z powietrza.

Czuję ból w sztywnych rękach, jakbym miała popis w szkole muzycznej - jedyny rodzaj występów, których nie lubiłam, nie byłam w nich dobra. Czy nie jestem dobra w prelekcjach do filmów? Zależy od filmów. Może muszę zacząć zapisywać to, co mówię. Nie podoba mi się to, bo nigdy nie było takiej potrzeby. :(

Napięcie osiadło w ciele. Czy martwię się o nadchodzący proces alimentacyjny? czuję się niekompetentna/ brak mi wiary w siebie? nie wiem, jest niepokój i użalacz. Mam ochotę przestać występować całkowicie, dać sobie spokój, ale tego właśnie nie zrobię. Występy to jedna z największych znanych mi radości i nie oddam jej tak po prostu.