Pokazywanie postów oznaczonych etykietą frustracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą frustracja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 stycznia 2012

twórcze wyczerpanie

Nie - wyczerpanie twórczości, tylko wyczerpanie prowadzące do stanów twórczych.

Mam dość własnego uwięzienia w abstrakcji. W lękach, w stanach niedotykalnych, w zawieszeniu bez granic. Życie jest poszarpane, ma ostre krawędzie, niedoskonałe powierzchnie [jagged edges, endlessly fascinating in their imperfection].

Na chwilę znalazłam dziś swój głos. Śpiewałam "Paranoja jest goła" Maanamu. Wysoko, mocno, rock'n'roll - potężnie. Teraz boli mnie gardło i nie mogę sięgnąć tego głosu, jakby był za szybą. Zwykle jest za szybą - po prostu wiem, że on jest, i przed każdym występem modlę się o łaskę akcesji. To wydaje się takie przypadkowe. Ale tym razem, do diabła, zamierzam o niego walczyć.

Wyczerpałam się lękiem i szarpaniną. Nie mam nic do stracenia. Skaczę.


Raw Like Sushi - It's Recreation Day

poniedziałek, 16 stycznia 2012

o ubraniach i przebraniach, czyli negocjowanie tożsamości

Być kobietą, być kobietą... no i co ja w końcu jestem? kobieta? baba? queer?

Międlę sobie w łebku te tożsamościowe pytania. Dziewczyna/kobieta to moja "oczywista" tożsamość postrzegana przez otoczenie. Baba to prywatne przemyślenie związane z poezją mojej ukochanej Anny Świrszczyńskiej - jej baba jest ostra, potężna, queerowa, bo wyparta, bo nie ma na nią zgody. Ale mam też skłonność do czegoś, czym baba nie jest, czyli damy: długich rękawiczek, subtelnych flirtów i gorsetów. I druga strona spektrum: bandaż na piersi, koszula, krawat i westchnienie na widok jedwabnych szelek. Na to wszystko nakłada się moja fascynacja sceniczna: tu showgirl, tam - drag king......

Ogólnie mam wrażenie, że się w tym wszystkim nie mieszczę. I o ile kobiecość mnie męczy już od lat, jako zestaw wymagań, o tyle ostatnio w nią weszłam, bo zaczęłam (wreszcie) odcinać od niej kupony. Innymi słowy, nagle zaczęłam być atrakcyjna, i jest to całkiem przyjemne. Mój uprzedni feminizm zmieszany był z dąsem i poczuciem odrzucenia, bo cały ten świat interakcji seksualnej był/zdawał się dla mnie zamknięty; wot, siurpryza, cała równowaga na nic... nadal nie lubię być bita po łbie stereotypem, ale mam buty na obcasie i okazjonalnie się maluję. Zjeść ciastko i mieć ciastko? nie wiem.

Być może "korzystam z atrakcyjności pókim młoda"? też seksistowski (i ejdżystowski) bullshit. W każdym razie, nacieszam się tą wygodą "bycia w systemie", pomimo faktu, że całe życie ten system kopał mnie w dupę. A jednocześnie kusi mnie, żeby ogolić głowę i dragkingować (mam pomysły na występy). Nie robię tego na razie, bo mam wrażenie, że jest to impuls żeby "mieć rację", czyli dostać inny rodzaj ciastek - nie ma w tym pomyśle świadomego poszukiwania. To nadal zaspokajanie cudzych oczekiwań, jakby ogolona głowa dawała mi przewagę moralną nad heteronormatywem, zamiast dyskomfortu i autoponiżenia.

Być może, gdzieś w tym wszystkim tkwię ja. Co ja lubię? rzeczy kolorowe, miękkie i miłe w dotyku. Ciuchy do tańca i sportu, fruwające i obcisłe. Ciuchy fantazyjne, z klasą, ale i polotem. Ciuchy funky, w dziwnych barwach i wzorach (w paski!). Apaszki, krawaty, rękawiczki.

Być może gdzieś w tym wszystkim tkwię ja. A może mnie nie ma. Istnieję tylko w przebłyskach, na codzień jestem - jak wszyscy - splotem społecznych oczekiwań.

piątek, 14 października 2011

PIEPRZ SIĘ, UNIO

To ciekawe, że złość zazwyczaj nie wiąże się z kreatywnością. A jestem zupełnie – bezradnie – wściekła. Ha. Złość twórczości szkodzi?

Co się okazało: mój chłopak, aka obywatel trzeciej klasy (ogólnie, bo wszak nie - Unii, co jest kluczowe), nie może mnie odwiedzić w Polsce, jeżeli ja (osoba zapraszająca, aka obywatelka drugiej klasy) nie posiadam: 1. NOTARIALNEGO poświadczenia umowy najmu/zaświadczenia własności domu/mieszkania 2. Dochodu 2 tysięcy złotych miesięcznie NETTO (500 na potrzeby swoje, plus 50 zł x ilość dni pobytu – chciałam go zaprosić na miesiąc, bo wiadomo, że terminy lotów około świąt trzeba zdobywać, czy raczej negocjować…). No i, haha, mało kto spełnia takie warunki wokół. I to, żeby chodziło o pozwolenie do pracy, ale to głupia wiza turystyczna!


Szlag mnie trafił. Związek na odległość to jedno, związek z KIMŚ SPOZA UNII, to jeszcze zupełnie inna para gumowych butów. Nawet głupi przyjazd na mój bal absolutoryjny wymagał więcej formalności, niż to było wówczas możliwe. Goldsmith’s, niegdyś - wymarzona uczelnia M., oczekuje od niego kwot… horrendalnych. Musimy – właśnie teraz – podjąć jakieś decyzje odnośnie wspólnego życia, a jak to zrobić, jeśli on jest wszędzie traktowany jak potencjalny darmozjad, złodziej i terrorysta, z którego trzeba wycisnąć kasę?

Trudno mi, w porywie słusznego gniewu, krytykować wszystkie prawa imigracyjne – rozmawiamy o pojedynczej wizie turystycznej, nie mam wiedzy, ażeby wypowiadać się ogólnie – ale coś tu jest na rzeczy. Jedyny ogólny wniosek, który mogę wyciągnąć brzmi: dobry obywatel nie rodzi się w niewłaściwym kraju, nie zakochuje w niewłaściwych ludziach, i na pewno zarabia powyżej dwóch tysięcy miesięcznie…



PS: Tak, wiem, że sporo tych kłopotów by się skończyło, gdybyśmy się pobrali. Absurd tej sugestii – i to, że w ogóle ją wymieniam – pokazuje granice tej Twilight Zone, w której próbujemy żyć. FUCK THE SYSTEM. [wkurw mode on]

sobota, 17 września 2011

Piekielna Polska - Polska Piekielnych

Wieść: napisałam pracę magisterską. Leży sobie na półce, w dwóch egzemplarzach oprawnych w czerwień i zieleń. Jestem w trakcie wybierania zagadnień na obronę; ogólnie business as usual.

Skąd tytuł? Ano, bo mnie zapiekło. Choć w trakcie pisania pracy rozpaczliwie tęskniłam za domem, obecnie zaczynam mieć dość - dość Poznania, bo naprawdę jestem w tym mieście produktem przeterminowanym - i dość Polski. Włącza mi się alergia czy fobia czy ogólne poczucie square peg in round hole - czyli beznadziejnego odstawania. Co bym nie zrobiła, nie będę tu mile widziana.

Oczywiście, ten ogólny dyskontent nie wziął się z powietrza. Jestem zmęczona, tak ogólnie. Ale co istotne, poszłam dziś szukać (bez wielkich nadziei...) otwartego zakładu fotograficznego. Ponieważ za późno wyszłam z domu, zadowoliłam się spacerem, zakończonym w Empiku; po drodze jednak pozaglądałam do różnych fotograficznych wystaw, żeby się zastanowić, gdzie mi zrobią ładną fotkę do dyplomu. I tu pierwsza przyczyna zniechęcenia:

Jeden z zakładów mieścił się w bramie. Weszłam, podążając za tabliczkami, do jednej z kamienic, i zaczęłam mozolnie piąć się na górę. Obdrapane schody itp., ale w Poznaniu niejeden zakład wynajmuje odremontowany lokal w nieszczególnym otoczeniu. Koło trzeciego piętra, skonfundowana, natrafiłam na otwarte drzwi, gdzie był pan z małym, na oko dwu-trzyletnim dzieckiem. Tu czy nie tu? Spytałam.

- To trzeba iść aż na samą górę, na strych.

Westchnęłam. Facet powtórzył swoje i przyjrzał mi się podejrzliwie. Nagle wybuchnął:

- Co pani, czytać nie umie, pisać nie umie?! Wstyd! Co się pani uroiło, że tu na górze będzie zakład, głupia pani chyba! Młody lepiej wie od pani! Ośmieszyła się pani! OŚMIESZYŁA!!

Zamurowało mnie. Zdaje się, że powiedziałam coś w rodzaju "sam się pan ośmieszył" (cięta riposta indeed), na co facet się nastroszył i krzyczał jeszcze, gdy odwróciłam się na pięcie i zeszłam. Zakład był w ocienionej wnęce, za gęstą kratą - oczywiście zamknięty. Przegapiłam. Czy zasłużyłam na krzyki tego frustrata? Wątpię.

Tytuł notki stąd, że swego czasu zaczytywałam się w polskim portalu Piekielni.pl. Portal jest źródłem ciekawych anegdot, ale jeszcze ciekawsze jest dla mnie zachowanie narratorów tych historii - same opowieści piętnują ludzką głupotę, frustrację i chamstwo, ale ich sytuacja narracyjna to taka, w której opowiadający ma Słuszność. Innymi słowy, są to bajki z morałem. Przeciętny piszący (często pracujący "na ochronie", w obsłudze klienta, czyli "na telefonie" itp.) spotyka się z kompletnie irracjonalnymi ludźmi, którzy są w jego odczuciu tępi, pozbawieni wrażliwości i życzliwości oraz poczucia humoru. Niemniej jednak frustrat, który pogonił mi dziś kota, mógłby być zarówno bohaterem, jak i narratorem na Piekielnych; był bowiem święcie przekonany, że miał prawo mnie potępić za zadanie 'durnego pytania'.


I potem poszłam do Empiku, o czym kiedy indziej. Wychodzę i co widzę? Marsz skandujący (mój Boże, jaka dyscyplina, nie to co parady równości :p) "Bóg! Honor! I-oj-czyzna!", "Wiel-ka Polska! Na-ro-dowa!", "Bo-ha-terów! Siek-li pałą!" (?? źle usłyszałam?). Podążyłam za nimi przez chwilę, ale potem usłyszałam głos mówiący do mikrofonu, z drugiej strony ulicy. Mówił tak:

- Serdecznie witam pana wojewodę wielkopolskiego.... oraz harcerzy..... teraz oddam głos......


No i tak. Żyjąc w Polsce tak się pałętasz między manifestacją narodowców a Głosem serdecznie witającym jakichś oficjeli. Czuć kiełbasą wyborczą. Najbardziej mi szkoda harcerzy - gdzie apolityczny, niemartyrologiczny skauting? Na pewno nie tu.

wtorek, 26 lipca 2011

może powinnam otagować: emo

Nie mogę się do-wyrazić w języku ojczystym, może dlatego - że ojczysty.

Męczę się, piszę niedokończone piosenki. Językowe rozdroże, rozdarcie, rozstanie? Po angielsku interesujący banał, po polsku - banalne pustosłowie?

Smutno mi, jutro wyjeżdżam. Euforia re: do domuuuuu!!! Smutno, bo zostawiam wiadomo kogo, który wciąż jest w trudnej sytuacji finansowo-wizowej. Muszę skądeś wyciągnąć siłę, wiarę, nadzieję. Braku miłości nie stwierdzono.

Cóż, żem jest dobra w przetrwaniu, co już dawno wiadomo, więc myślę/mam nadzieję, że mnie ta szlachetna, definitywnie po przodkach odziedziczona cecha i tym razem nie zawiedzie. Ale niemożność pisząca trochę cienszka.

Innymi słowy dupę w troki, i wszystko inne też. Allelluja i do pakowania.....


PS: Re:Rita, przetłumaczona na kawałki (bo w jednym kawałku się dusiła) - próbuje stworzyć koherentny przekaz:


Na bezgłosiu i szept się przyda
przyda dźwięku wmuszonej ciszy
Przetransponuj mój krzyk na niższy poziom głośności

Na bezgłosiu i szept się przyda
przyda byt nieużytej krtani
przetłumacz krzyk mój na wyższy poziom godności

(dostają głos na ograniczony
użytek wyznaczony
kontraktem. Kontaktem
z rzeczywistością.)




Pani Małgosia uczy czytanki
Na uniwerek pójdzie po przerwie
Dziecięcy jazgot jedzie po nerwie
Przełyka ślinę z tłuczonej szklanki

Pani Małgosia uczy teorii
Interpretuje Wielkich Poetów
Inteligenckich apologetów
Małe kamyczki w żarnach historii

Chociaż profetów wśród nich nie brakło
Przyszłość jest inna, niż wymarzyli
Pani Małgosia jeszcze się sili
Tylko gdzie światło – światło – światło!
(Bracia poloniści, siostry polonistki
Obojętni raczej wszystkiemu i wszystkim)



hahaha.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Feminizm dla początkujących, czyli dlaczego kampania Greenpeace otwiera mi nóż w kieszeni

Ostatnio byłam świadkiem, i po troszę uczestniczką dyskusji, w której strony komentowały feministyczną reakcję na najnowszą kampanię Greenpeace (linki pod spodem). Spot Greenpeace, w którym Ken zrywa z Barbie, bo firma Mattel przyczynia się do wycinania lasów, używając wdzięcznych słów ”F***ing b*tch”, wzbudził wiele reakcji; widząc, że argumenty w dyskusji wyrażały słuszne oburzenie obu stron, uświadomiłam sobie, że nie wszyscy znają podstawy feministycznego światopoglądu. Innymi słowy, to, co dla feministek jest przedmiotem obserwacji i aktywności na rzecz zmiany, czyli stan społeczeństwa, dla kogoś, kto nie ma pewnego aparatu pojęciowego (i tak, wiem, że zaraz ktoś rzuci słowem „indoktrynacja”, ale obstaję przy swoim) nie ma wyraźnego „stanu społeczeństwa” i szeregu zjawisk, które, widziane razem, wyrażają, powodują i umożliwiają istnienie seksizmu. Dla niektórych uczestników i uczestniczek społeczeństwa istnieje szereg zjawisk, które a) nie łączą się ze sobą, b) zupełnie ich nie dotyczą. Niemniej jednak dla tych, którzy/re chcieliby, chciałyby zrozumieć przyczynę mojego „świętego gniewu”, proponuję poniższe założenia.

Założenia feminizmu zazwyczaj nie powstają w czyjejś głowie przez jedną noc. To wymaga pracy. Tzw. moment feministyczny, czyli czarny kot w Matriksie – chwila, kiedy postrzegasz zjawisko, które nie powinno mieć miejsca, a nikt inny nawet tego nie zauważa – to tylko pierwszy, intuicyjny przebłysk, na resztę trzeba, szeregiem lektur i refleksji, konkretnie sobie zapracować. Samodzielna refleksja jest w cenie. To tak na marginesie.

1. MEDIA

Media reprezentują i równocześnie promują pewien stan społeczeństwa, i ogólnie mają na nas wpływ. W przypadku casusu Greenpeace, rozmawiamy o pewnym rozumieniu seksualności, ale najpierw bardziej ogólnie: ponieważ, tak jak w Rejsie, lubimy te piosenki, które znamy, zdecydowana większość przekazu medialnego nastawiona jest na bezrefleksyjne zachowanie status quo. Tak się składa, że to, co jest przekazywane i utwierdzane, to dogmat heteronormatywnej męskiej władzy. Ciężkie słowa, może się kto skrzywi, niemniej jednak: czemu obelgi są bazowane na nienormatywnej, niekontrolowanej społecznie seksualności? Kurwa, lesba, pedał. Zachowaniu tzw. kurwy odpowiada tzw. playboy, nie muszę tłumaczyć, jaka jest różnica wartościowania obydwu wyrazów. Władza, o której mówię, jest władzą symboliczną, co wcale nie znaczy, że nie ma wpływu na nasze codzienne życie. Cytując luźno Jean Kilbourne, autorkę dokumentu Killing us softly 3 (jedna z podstawowych lektur feministycznych), który traktuje o przedmiotowym postrzeganiu kobiecości poprzez media: „Nie twierdzę, że reklamy powodują gwałt. To nie takie proste. Uważam, że przyczyniają się do istnienia klimatu, atmosfery, która umożliwia przemoc wobec kobiet”.

2. WSZECHOBECNOŚĆ PRZEMOCY

Nie, nie będzie o tym, że każda feministka jest ofiarą gwałtu, i jako taka jest usprawiedliwiona w swej irracjonalnej i nadmiernie emocjonalnej nienawiści wobec mężczyzn. Będzie o tym, że możliwość bycia ofiarą przemocy seksualnej i seksualnej władzy jest elementem codziennej rzeczywistości kobiet, i choć przydarza się mężczyznom, skala zjawisk jest niewspółmierna. Najlepiej ilustruje to tekst, który ostatnio znalazłam. Jego autorem jest Byron Hurt, Czarny mężczyzna, który z zainteresowania sprawami rasy przeszedł do zainteresowania kwestiami płci. Poniżej podaję link, ale żeby nie zmuszać do czytania całej historii, streszczę przykład. Otóż nasz bohater przeżył swój moment feministyczny jako uczestnik warsztatów, gdy prowadzący spytał mężczyzn siedzących na Sali, co robią każdego dnia, aby uniknąć przemocy seksualnej. Nikt z zapytanych nie umiał znaleźć szybkiej odpowiedzi, i wyszło na to, że – nic. Spytane kobiety podały cały szereg działań, które są także elementem i mojej rzeczywistości. Nienawiązywanie kontaktu wzrokowego, przejście na drugą stronę ulicy, noszenie gazu pieprzowego czy kluczy w ciemnej uliczce – to tylko kilka z wymienionych. I to, że ten stan rzeczy jest codziennością, utwierdza mnie w przekonaniu, że władza symboliczna nad kobietami żyje i ma się dobrze – że istnieje przywilej. Istotą przywileju jest bowiem fakt, że grupa uprzywilejowana nie musi się nad nim zastanawiać: jest to element normalności, że mężczyzna, idący ciemną uliczką jeśli się boi, to „tylko” pobicia. Z kolei, by rzucić własnym przykładem, prawie nie noszę spódnic, jeśli wychodzę z domu na cały dzień, a zwłaszcza na imprezę: groza „ułatwionego dostępu” wywołuje we mnie – niestety usprawiedliwioną statystykami – paranoję. Że nie wspomnę o butach na obcasie, które, choć niewygodne, bywają dla niektórych kobiet przedmiotem estetycznego pożądania; niestety, też prowokują panikę: nie da się w nich swobodnie uciekać.

3. PRAWO DO EMOCJI

I tutaj przechodzimy do często zarzucanej feministkom „irracjonalnej emocjonalności”. Nie twierdzę, że mamy prawo werbalnia napadać na ludzi w imię jakichś trywialnych i bliżej niesprecyzowanych „emocji”. Uważam, że mamy prawo się bronić, bo dla nas refleksja nad pewnymi sprawami należy do codzienności. Trudno rozdzielić kobietę od jej ciała, żeby prowadzić z nią „obiektywną” i „oderwaną” dyskusję na temat jakiejś abstrakcyjnej przemocy. Jak pisze Melissa McEwan (Feminism 101: Helpful Hints for Dudes, part 1), takie podejście po prostu nie jest fair. Przemoc wobec kobiet, przekaz medialny, używane słowa nie stanowią dla nas odrębnych, nie związanych z naszym życiem zjawisk. „Nie jesteś obiektywny w kwestiach kobiecych, bo nie jesteś kobietą. Jesteś tak samo subiektywny jak ona, ale z innej przyczyny. Przywilej albo jest dla nas korzystny, albo spycha nas na margines. Taka jest rzeczywistość systemowych uprzedzeń; szkodzą nam wszystkim.”

4. ŻAL. PL, CZYLI CZEMU GREENPEACE MNIE ZŁOŚCI

Dekonstrukcja spotu Greenpeace pod kątem symbolicznym to kaszka z mleczkiem. Oto Ken rzuca Barbie, nie przebierając w słowach, choć i Ken i Barbie to produkty tej samej firmy, więc są po równo „odpowiedzialni”. I to o czymś świadczy, że twórcy kampanii, chcąc wyrazić gniew w sposób nośny medialnie, wybrali wyrażenie pt. „Suka j***na”. Kontekst staje się bardziej oczywisty, gdy poczytać czarujące komentarze pod filmikiem, podane również w jego feministycznej interpretacji. Jeden z łagodniejszych wspomina coś o tym, że Barbie jest @#^%&^, a Ken, niezaspokojony w sypialni, został (tu wstaw homofobiczne wyrażenie, które sobie wybierzesz, w końcu jest ich wiele). Jedno zdanie, a jak zgrabnie reprezentuje symboliczną, heteronormatywną dominację. Szkoda tylko, że kampania miała reprezentować słuszny gniew na koncern, który przyczynia się do niszczenia środowiska. Niestety, cel nie uświęca, w moich oczach, takich środków.

Dlaczego spot wywołał aż tak szeroką reakcję? Cóż, duch aktywizmu nie dyskryminuje, wśród feministek i feministów nie brak też ekolożek i ekologów, którzy czują się zdradzeni przez taką formę przekazu. Greenpeace deklaruje się jako organizacja wolna od seksizmu*; tak jak my, walczą o lepszy świat: nic dziwnego, że nie chcemy, by walczyli naszym kosztem! Jeśli ekologia wiąże się ze zmartwieniem o świat, w jakim żyć będą przyszłe pokolenia, feminizm to działanie i refleksja zmierzające ku pozostawieniu lepszego społeczeństwa. Swoista ekologia płci i roli społecznej, między innymi. Greenpeace to „nasi”, to organizacja, z którą naturalnie się solidaryzujemy, to sprzymierzeńcy: SPODZIEWAMY SIĘ PO NICH CZEGOŚ LEPSZEGO.

5. I JESZCZE O OCZYWISTOŚCI PRZEKAZU MEDIALNEGO.

Ten spot mierzi mnie od strony czysto artystycznej: nawet jeśli jest nośny, idzie po linii najmniejszego oporu. Czymś takim jest właśnie odwołanie się do żeńskiego stereotypu, używanie takiego, a nie innego języka – rozumiem w pełnometrażowym filmie, który jakoś oddaje rzeczywistość, ale celem kampanii społecznej jest zazwyczaj zmiana rzeczywistości. Pamiętam, jak na warsztatach aktorskich widziałam scenkę, w której grupa trzyosobowa zrobiła fabułę pt. mąż zostawia żonę, a potem spotyka się z kochanką, która na niego napada: zrobiłeś to? Evil female criminal mastermind, po prostu, że tak rzucę, Złowroga Postać Kobieca. I znowu: gdyby to był cały spektakl, z pogłębionymi relacjami, nie czepiałabym się, ale schematyczność formy nie musi przekładać się na schematyczność myślenia. I kiedy przyszła pora na moje uwagi, powiedziałam coś na temat pułapki stereotypu. Dwie sekundy później, po krótkiej naradzie, odegrali zniuansowaną scenę, w której kochanka i odchodzący mąż to dwie osoby zaplątane w trudną emocjonalnie sytuację, a nie manipulatorka i jej marionetka. Można? Można. Wystarczy tylko pomyśleć przez dwie sekundy, i poddać krytyce pierwszy „oczywisty” scenariusz. Wystarczy pomyśleć zanim się coś powie, albo nakręci spot reklamowy. Od organizacji takiej jak Greenpeace, która chce zmienić ludzką perspektywę, wymagam choć minimalnej zdolności krytycznego myślenia.




Bibliografia w kolejności występowania:

Spot Greenpeace: http://www.youtube.com/watch?v=Txa-XcrVpvQ&feature=related

Spot feministyczny: http://www.youtube.com/watch?v=gBIl4rOC-rQ&feature=share

Jean Kilbourne, Killing us softly 3, 1999 (reż. Sut Jhally)

Byron Hurt: Why I am a male feminist, http://www.theroot.com/views/why-i-am-male-feminist

Melissa McEwan, Shakesville: Helpful Hints for Dudes, part 1 http://shakespearessister.blogspot.com/2011/02/feminism-101-helpful-hints-for-dudes.html

Greenpeace fundraising policies: http://www.greenpeace.org/belgium/Global/belgium/report/2010/3/fundraisingpolicies.pdf

wtorek, 31 maja 2011

dworki chaosu - macki przeprowadzki

Chyba już kompletnie mi odpaliło.

Szukałam bardziej literackiego określenia, ale dosłownie brak mi słów. Teraz, po tym wszystkim, wracać do Polski? po nic? z niczym?

Dramatyzuję. Po prostu nie tego chciałam chcieć. Zresztą może mi jeszcze przejdzie. Niestety bardzo kiepska ze mnie kosmopolitka, wiem o tym - zwracam uwagę na narodowość i znam związane z nią stereotypy, nawet, jeśli się nimi nie kieruję. Bycie Polką, bycie kobietą - wszystkie te tożsamościowe składniki biorę ze szczyptą wątpliwości, ale pozbyć się ich... nie umiem.

Tymczasem się dziś przeprowadzam. Nie cierpię przeprowadzek. Nawet tym razem nie mam daleko, ale na myśl o pakowaniu robi mi się słabo. Rozpakowywanie jak cię mogę. Wszystko rozbabrane, nie mam czym oddychać. Mutlu fruwa po ścianach ze szczęścia, że będziemy mieszkać razem; ja też jestem szczęśliwa, tylko nie cierpię przeprowadzek. No i te przyszłościowe rozważania strasznie mi depczą po odciskach.

Powtarzam sobie raz po raz, że muszę się skupić na tym, co jest. Że esej na piątek nietknięty, że dziś jest dobrze, że wieczorem zwiniemy się razem w kłębek w poczuciu spełnionego obowiązku, i będziemy świętować początek dwóch miesięcy naszości. Niestety w głowie, w trybie pracy w tle, niezmiennie burza, wicher, huragan. Tylko się zwinąć w kłębek i przeczekać, ale to się nie kończy, ale muszę żyć.

Cholera, kręgosłup mnie boli. A i silna wola niedomaga. Zmęczyło mnie. I tak dzień w dzień. Dzień jak co dzień.

Zwijam się gdzieś wokół tego mojego szczęścia i jest dobrze. Ale ten kokon pierwszego zakochania też się kiedyś skończy. Co jeśli wtedy też nie będę miała odpowiedzi?

No będę, będę miała, na pewno. Zaufaj sobie, posłuchaj pragnienia.

Pragnę, żeby ktoś się za mnie spakował.









I w dodatku nie mogę pojechać do braciaka na występ..... zazdrość by mnie zeżarła (do zielonego), ale na pewno będzie znakomity (i występ i braciak).

szlagby.

niedziela, 22 maja 2011

kłębka cd.

idę w różne strony, tylko nie w tę właściwą. wsysa mnie każdy szczegół, ale nie mam dość siły, żeby walczyć z każdym szczegółem, więc nie robię nic. gdy wyczerpię opcje nicnierobienia, zwykle coś robię - trochę jakbym, co się często zdarza, spróbowała wszystkiego przy stole, to, co najsmaczniejsze, zostawiając na koniec. Naukowo, prawda? jak przechodzenie przez labirynt: wszystkie inne ścieżki to ślepe zaułki, ergo, ta droga jest właściwa. Ale przy jedzeniu to nie działa (smaczny kąsek jak musztarda po obiedzie), przy działaniu jeszcze gorzej.

Inercja jak entropia. Poziom chaosu zmusza mnie do reorganizacji w nowy porządek. Tylko chciałabym, żeby to wszystko było częstsze, w mniejszej skali, bardziej bezbolesne i wolicjonalne, mniej zaś przypominające równię pochyłą.

wtorek, 19 kwietnia 2011

co to jest, toto, no to

Zyski - nowe lęki i nowe radości.
Straciłam, zyskałam pewne możliwości.
Zmiany są subtelne, jakby skład powietrza
Nie wiem - jestem gorsza albo może lepsza
Bilans strat i zysków mi nie odpowiada
Na jego pytania, żadna dobra rada
Nie pomaga rozwiązać uczuciowych splotów
(Wzięła Rita chłopa, nie miała kłopotu).
Nie wiem co powiedzieć, a więc nic nie mówię
Gaduła zamilkła, sentimental movie
Kiedy tortured hero spotyka na drodze
Życia heroinę, doświadczoną srodze
Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością
- Przejścia bez przeszłości, przeszłość bez miłości
Nie wiedzą co zrobić z własną wątpliwością
Chyba kochać, hołubić, przytulić, ugościć
Wychować, wykarmić, hodować przy boku.

Może jak dorośnie, odejdzie, da spokój.

piątek, 15 kwietnia 2011

kocią drogą

Tu pętelka, tam zakręcik - prosta droga mnie nie nęci. Prosto psy się mogą ganiać. I tak wracam - do pisania. miau!

Powaga. Zawracam kocim ogonem, zawijam w pisarską stronę. Twórcze pisanie dla młodych panien, nie ma przebacz. Z nieba mi spada. Gadam, piszę, piszę, gadam. Nawet coś do powiedzenia mam, testuję językowo tworzywo, spoiwo, łuczywo idei. Samo mi się klei.

Już, już coś miałam rzec, i zaraz jakiś rym wpadał mi w pół słowa :)

Wracam do pisania, jak do dzieciństwa. Coraz mniej presji, bo coraz mniej mnie obchodzi to wszystko. Nudzi mnie uniwersytet z jego standaryzowanymi szufladkami. Nudzi mnie niepomiernie, nieziemsko, limit słów, nieprzekładalny na inspirację. Nudzi mnie, że nikt ode mnie nie wymaga tego, co sama uważam za najważniejsze: twórczości, innego spojrzenia na temat, uważności na punkty widzenia, różnorodności formy i treści. Te wymagania nieraz obniżają mi ocenę, dodane zaś do wymagań uniwersyteckich zazwyczaj obniżają mi nastrój: albo nie mogę nic napisać, spętana nadmiarem wymagań, albo piszę, składając w ofierze to, co sama uważam w pisaniu za cenne, za twórcze. Twórcze, nie - oryginalne; z dwojga złego wolę stworzyć świadomy banał który CHOCIAŻ DLA MNIE jest nowością, CHOCIAŻ MNIE coś DAJE. Wszystko już było, to tylko TO CIAŁO, TEN UMYSŁ, które są mi dane, mają doświadczać na nowo i rozkoszować się doświadczaniem. Tym się mam zajmować, tym cieszyć, to jest moje zadanie, moja nagroda za danie mi tego umysłu i tego ciała.

Nudzi mnie, że "Pełno nas/ a jakby nikogo nie było" - nie ma z kim pogadać! Czy mi się śniła twórcza uniwersytecka atmosfera? Nie powiem, zdarzyła się tu, zdarzyła się w Polsce - ach, jakże doceniam takie wyjątki! A jednak, choć jestem pełna entuzjazmu wobec rotterdamskich doświadczeń, muszę powiedzieć, że standaryzowana edukacyjna klateczka, w stronę, której zmierzamy, jest tylko marginalnie lepsza od przykurzonych, kanonicznie uświęconych relacji władzy, od których odchodzimy.

I już nie wiem, czy to dlatego, że tutejszy uniwersytet jest dość mocno skupiony na ekonomii? Nie, o tym też można rozmawiać twórczo, choć fakt, że mam kontakt z 'typem' umysłowości mocno różnym od mojego. Czy to dlatego, że ja się nie nadaję na uniwerek, i że mam tego dosyć? Niby fakt, ale czemu, skoro w odpowiednich okolicznościach potrafię być studentką znakomitą, a nie mierną? Mówię to bez fałszywej skromności, bo wiele razy aktywnie starałam się stworzyć sobie warunki do bycia studentką znakomitą, ale - nomen omen, pozdro z Holandii - to droga pod wiatr, walka z wiatrakami. Nie chce mi się, miau.

Ileż można? A tymczasem skrobię esej na siedem stron zamiast trzech, ale to zamiast dwóch innych esejów. I tak nie będę mieć oceny, jako obrzydliwy "freerider" chodziłam na przedmiot niedostępny dla Erasmusów, czyli w pewnym sensie na przedmiot, za który nie zapłaciłam. Skromne to moje granie systemowi na nosie.

Ileż można się bić? Dziś miękką łapką stukam w klawiaturę. Miau. Wolę moje kocie drogi. Drogi uniwerku, fuck you czule, w czółko całuję. Kto wie, może się znów spotkamy, ale "I'd rather not". Wolałabym nie. A przynajmniej nie za szybko, i na moich zasadach. Może założę szkołę, kto wie, według zasad Kena Robinsona (niewtajemniczeni - guglać i na TED! najpierw z 2006, a potem z 2010 wykład oglądać). Póki co, przebrnąć mgr. Wrrr. I dalej, dalej. Jedźmy, nikt nie woła.

Myślenie o wartościach. Tego, co uważam za wartościowe, uniwersytet nie ceni. Może to tylko syndrom niewłaściwej osoby w niewłaściwym miejscu. Ale jakoś nie całkiem to pasuje do sytuacji. Mam jobla na punkcie edukacji, stentorowy głos niedoszłej pastorki/wykładowczyni, owszem, również zajoba scenicznego, i skłonność ku zaangażowaniu społecznemu. Oprócz tego, żem artystka, no to ogólnie widać, jakam niewłaściwa do pracy z młodzieżom! Ech, nie kończy mi się ta jazda...

Miau. Lśniącym futerkiem się wypinam. Już mi się nie chce. Urlop dla zaangażowanych. Zajęcia odwołane z powodu ciekawszych zajęć.

czwartek, 7 kwietnia 2011

czasami jestem czarownicą

czasami nie wiem, co robię. czasami podążam za głosem nawet nie serca, bo banał, ale ciała - za głosem ważnych słów, i momentów gdzie słów zabrakło.

czasami moje sny powtarzają się przez tydzień. czasami to, co w teorii ma być najważniejsze, musi ustąpić miejsca. czasami.

czasami myślę, że nie ma w tym nic wyjątkowego, że wszyscy to robimy, że to tylko autorefleksja odróżnia mnie od innych - ta półświadomość irracjonalności, która gatunkowi ludzkiemu jest wspólna. irracjonalność, nie świadomość. czasami myślę, że komplikuję.

czasami mam wrażenie, że już wszyscy mi mówią, że myślę za dużo. no to myślę!!!! no. czasami mnie to wkurza - i to myślenie, i to innych mówienie.

czasami zbiera się na burzę. czasami cisza w oku cyklonu.

czasami męczą mnie słowa, nie wiadomo komu niepowiedziane.

niedziela, 19 września 2010

Jestem niespokojna [już północ, więc] od wczoraj. Od wczoraj jestem niespokojna. Niespokój targa mną, nie, nie targa, kołysze, szturcha mnie, popycha, budzi bezładne przyruchy nieświadome celu. Bo nie wiem, czego mi brakuje. A jeśli wiem, to nie wiem, że wiem.

Trzeba mi czegoś jak szok chłodnej wody przy skoku na głębię. Śmieszne może, niby już skoczyłam. A jednak chcę skakać jeszcze i jeszcze, gdzieś głęboko, gdzieś głęboko we mnie chcę. Po wierzchu - powierzchownie - jestem poobijana, nieprzychylna, nieufna, a jednak na powierzchni mi źle.

Brak mi, a przecież wszystko jest pod ręką - we mnie, w zasięgu. A jednak nie. Brak zapalnika, brak detonatora. Brak silnika. Twórczego impulsu, napędu. A męczy, bo czuję go blisko, oszaleć można od czekania.

Ja nie chcę spać. Chcę doleczyć gardło. Chcę krzyczeć. Chcę rzucać ciało na głęboką wodę.

Chcę splunąć lękiem, pluć lękowi w twarz. Męczę się w płytkiej wodzie, przy okazji-może-mam nadzieję-że się uda-NIE. Stało się już "przy okazji" i "hobbystycznie". Gra zaczyna się na poważnie. Robię albo nie.

A jednocześnie chcę chcieć się nauczyć - bawić po prostu. Bo jak wejdę w kierat - i pracoholizm, ten cichy desperat - i perfekcjonizm, nieznośna maniera (literacka, różnież - pauza i litera).

Trudno mi nagiąć umysł do mętnej wody, a przecież czuję - jak bardzo ogranicza mnie czarno-biały dualizm i walka! walka - energia, ale już za dużo... zeżre mnie, jeśli nie postawię granic. Binarne myśli - ciągłe przeciwieństwa - ramiona klatki tulę czule - na nic. Za nic. Nie puszcza mnie mój własny lęk. Wyjść z jasnych definicji to jest dać się wchłonąć. Nie będzie ja! rozpłynąć! zatonąć! minąć Tę Drogę! Dla Mnie Wytyczoną Misję! Wyśnioną! Nigdy! no i właśnie. tkwię.

ktoś rozumie? nie? a nie wyjaśnię.

wtorek, 20 lipca 2010

family feel. najwyraźniej dzikie rodzinności nie są zarezerwowane dla Lublina. w Warszawie mniej więcej u-około braciaka i dziko ciut jest. ja -> Lublin -> z nadzieją, że przełamiemy anomię ruchu....... najwyraźniej jak raz się to zrobi, nie wystarcza. a może ta anomia to tylko społeczeństwo w mojej głowie? i anemia mózgu? etam, idę kupić książkę Pratchetta....

piątek, 16 lipca 2010

jest coś strasznego w tym, jak bardzo bycie tutaj pozbawia mnie energii. jestem w fazie przejściowej - od kilku dni - nie mogę się ruszyć - i - . - coraz mniej mnie to obchodzi. coraz łatwiej odpuścić i się zapuścić. tyle tylko, że dziś mam jechać do Warszawy, pojadę, nie odpuszczę, kurwa, muszę stąd wyjść. wyjść. jak wracać do tego miejsca? może najlepiej spalić z zawartością? jest sporo rzeczy, które spaliłabym bez żalu.

piątek, 25 czerwca 2010

okołoniemożnościowo

czytam tekst i zabijam się, krztuszę językiem, bo nie mogę go m ó w i ć. mówię tekst, i nie chce mi przejść przez gardło, bo nie wiem, p o c o. Etyka i retoryka, myśl i czyn, plan symboliczny i działania. Czy stopię je kiedyś? Czy zyskam wtedy naiwność Ameryki Baudrillarda, czy stratę cynizm jak cnotę?

wtorek, 27 kwietnia 2010

aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!

....No i na kogo ja mam, k-a, głosować......?


Pobieżny.
Przegląd.
Potencjalnych.
Prezydentów.
PORAŻKA.