Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeszłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeszłość. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 listopada 2011

Notka pisana w głowie po kawałku

Ta notka powstawała długo. Nawet bardzo długo.

Miało być o tym, że siedzę w swojej lubelskiej norce i izoluję się od społeczeństwa. Że mi źle w norce, bo sufit jest niski i nie da się tańczyć, a poza tym każdy ma swoje zorganizowane życie, a ja Zastanawiam Się, Co Dalej, co nie jest zajęciem dobrze płatnym ani też towarzyskim, więc jestem spłukana i samotna. Że chciałam chodzić na taniec hip-hop, i na pierwszych zajęciach dwudziestoparoletnia, pardon, piczka (świetnie tańczy, to fakt) z chichotem oznajmiła, że pokaże nam teraz takie "pedalskie" ruchy. Po czym zobaczyłam czerwone i na zajęcia nie wróciłam.

Miałam napisać, że Turcja dodała mi energii, ale jeszcze czegoś brak. Że prowadzimy z M. nocne rozmowy o przyszłości, i dzienne poszukiwania i prace celem tejże przyszłości. Że zaproszenie do wizy poszło UPSem (dziś doszło, przy okazji) i teraz tylko proces wizowy oraz finanse dzielą mnie od świąt z ukochanym.


We wtorek poszłam na pogrzeb A.

A. był chłopcem, który nad jeziorem (to Wdzydze były?) opowiadał mi o swoim nowym sprzęcie muzycznym. Był także wdzięcznym obiektem mojej pokrzykującej reżyserii w Czajnisie - wystarczyło rzucić hasło "Idol, lata 50.", a on to wdzięcznie i z polotem ogrywał, ku zachwytowi publiczności. Śpiewał w chórze z moimi kolegami z gimnazjum i liceum (świat jest mały); po moim odejściu z harcerstwa widzieliśmy się na pewno raz (nie pamiętam, czy był na odwiedzanych przeze mnie Wigiliach): na koncercie z okazji trzydziestolecia Solidarności. Zaskoczył mnie wtedy bardzo; zmienił się, urósł. Pamiętam tę myśl, że moje harcerskie "dzieci" były przecież tak niewiele od nas młodsze. Ten wysoki przystojny brunet w klasie maturalnej - tak, to właśnie było "dziecko" z mojej drużyny. No więc spotkaliśmy się wtedy, potańczyliśmy, tyle wiem. A. poszedł na studia do Krakowa, potem. I cóż. Reszta jest milczeniem.






Myślę o A., o jego zdolnościach aktorskich, wokalnych, intelektualnych. Mieliśmy dużo zdolnych "dzieci" wtedy w Feniksie. Choćby J., obecnie, jak słyszałam, w San Francisco. No i ja. Ja też byłam wtedy dzieckiem, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy. Jestem nim jakoś po dziś dzień. Skrobię przez internet, szukam swoich szans. W tle myślę o A., o zmarnowanych talentach, o czasie, który nie czeka, o śmierci, która też nie czeka.

No i co. I sprawdzam te kanadyjskie uniwersytety.

czwartek, 7 lipca 2011

czytanie, pisanie, i inne zwierzątka

Wiruję ostatnio w rozmyślaniach na temat pisania i czytania. Wtajemniczeni znają mój esej "O pożytkach z nie-czytania" (dostępny w necie, w archiwalnym już numerze Podtekstów 3 [21] 2010); wiedzą także/wiecie, że piszę (będę pisać/rozmyślam nad/rozważam itp.) pracę magisterską na temat literatury internetowej: fanfiction. Doszłam ostatnio do wniosku, że magisterkę i tak napiszę; tytuł, poza jakąś kompletną statystyczną niemożliwością, na pewno otrzymam - skupiam się więc na wierności sobie.

Dostrzegam, po raz może ostatni, że nie ma we mnie zgody na formy naukowe - choć, paradoksalnie i perwersyjnie, sprzeciw nieraz wyłuskuje ze mnie, co mam najlepszego (dowodem wzmiankowany esej). Forma naukowa mnie męczy; treść - teoria literatury, zawartość tekstów - jest wciąż, niezmiennie, nieziemsko interesująca. Tyle tylko, że przez lata oduczyłam się nieco czytania rzeczy interesujących. Brakło czasu, by przetrawić, a ponadto, brakło z a s t o s o w a n i a. Ujmę to tak: podobno posiadam tzw. pamięć kinetyczną. Owszem, uczę się wzrokowo i słuchowo, ale najbardziej, jak coś zrobię... czyli w dyskusji, mówieniu, podkreślaniu ołówkiem, odgrywaniu (zwłaszcza odgrywaniu), ogólnie: poprzez twórcze przetworzenie zawartości. I w dodatku, ja - od dziecka nienawidząca wuefu - przez pięć lat studiów niezmiennie chodzę na warsztaty i tęsknię niemożebnie za pracą z własnym ciałem. W eseju, i studiując polonistykę, narzekałam właśnie na brak praktyczności (oprócz dyskusji: dziękuję Wam, wykładowcy ćwiczeń z historii literatury, bez Was nie przetrwałabym tych studiów!), zbyt dużą ilość lektur w małym czasie (kiedy to przetrawić? jak przełożyć na zrozumienie?!). W pewnym sensie, to jak studiowanie jednej książki filozofa przez semestr, ta moja tęsknota - takiej pracy mi brakowało, ale z przekładem na ruch, głos, tekst.

Pamiętam jak dziś, gdy przygotowywałam swoją prezentację maturalną. Uczyłam się o roli komizmu w poezji współczesnej - kontaminacje, złożenia, słowotwórstwo - i bawiłam się świetnie, czytając na głos przytoczone przykłady wierszy. I mówiło coś we mnie, Gośka, bo wtedy jeszcze Gośka, co ty robisz, gdzie idziesz, w co się pakujesz? Zmuszasz się do nauki, a to przychodzi samo! Pamiętam też, że gdy wreszcie poczułam twórcze sprawstwo, pisząc prezentację maturalną, zrobiłam z niej coś na kształt spektaklu. Wymyśliłam własny przykład, ilustrujący każde zjawisko poetyckie, recytowałam wiersze, wrzuciłam muzykę Możdżera. Pamiętam, że publiczność była zachwycona, i czułam ich zachwyt, i dostałam szesnaście punktów na dwadzieścia, szkolna prymuska matury z polskiego. Czas odczarować tę małą dziewczynkę, rozczarowaną, że impuls twórczy nie jest bynajmniej receptą na sukces - w szkole, na maturze. Czas na magisterkę. Czas na powrót do twórczości.

Wiedziałam to o sobie od dawna, ale - "nie-na-pewno", może, nieufnie, z wahaniem, może inni mają rację... którzy, które mnie znacie, wiecie, od jak dawna się męczę. Mój chłopak mówi, że jestem uzależniona od adrenaliny. Być może. Przez ostatnich kilka lat unikałam nadmiaru wrażeń, dawkowałam je, bo miałam głowę do posprzątania - bałam się, że ktoś mnie zmiażdży, właśnie teraz, gdy byłam półnaga, otwarta na zmianę i wpływ. Co teraz? Ugrzęzłam trochę w tym wymuszonym bezpieczeństwie, ale doganiam samą siebie. Już prawie nie żyję przeszłością.

Wszystko to bardzo prywatne, ale coraz bardziej odczuwam kontrolę nad swoim życiem. Życie zmienia się, bo zaczynam je inaczej opowiadać: ludzie to w końcu istoty, które tworzą znaczenia, interpretują wydarzenia, nie tylko ich doświadczają. Moje opowieści się zmieniły: coraz mniej w nich determinizmu, coraz mniej bezsilności, coraz mniej goryczy i poczucia winy. Coraz więcej spokoju ze sobą i przeszłością, poczucia twórczego sprawstwa, zaufania do świata.

Inaczej opowiadam swoje życie. Gdzie w tym magisterka? Czy chcę opowiadać ze śmiechem, że jakośtobędzie i jak zwykle na ostatnią chwilę, wiecie, ja tak zawsze, mrugając rozkosznie? Czy raczej - jak było trzeba, to się wzięłam, zrobiłam, zwyciężyłam, następny, proszę? No chyba to drugie. :)

Znam siebie i wiem, że partackiej roboty nie lubię. Nie oddam byle g...a podpisanego moim nazwiskiem, jestem do tego organicznie niezdolna. Ale też mam termin, nieprzekraczalny (po tym terminie, jako żem ostatni rocznik pięcioletni, byłabym wycofana na 2, słownie drugi, rok licencjatu z filmoznawstwa). Wezmę się z tym terminem za bary. Mam od czego się odbić i z czym walczyć, ale przede wszystkim, mam swój temat, i chcę być w nim wierna sobie.

Myślę, że wkrótce skończę żywot tego bloga. Nie, jeszcze nie teraz, jeszcze kilka notek. Ale myślę, że prawie osiągnęłam założony w nim na początku cel, czyli my way or the high way. Prawie się wyzwoliłam, jeśli to w ogóle możliwe - wkrótce zacznie się spełniać moja misja, moja wola, moja twórcza energia, moja niezależność. Ten eksperyment myślowy nabierze wkrótce nowego smaku. Zbliża się nowy etap, czyli: LONDYN. TEATR. SZKOŁA AKTORSKA, DAJ BOŻE.

A jak Bóg nie da, to i tak dam radę. Howgh. ;-)


PS Impulsem do tego tekstu był wywiad Wyborczej z Markiem Kondratem, w ramach akcji "Czytamy w Polsce". Kondrat, rozczarowany zawodem aktora, mówi:

"[...] wybrałem zawód, w którym czytanie stało się znojem i zmorą. Musiałem rozkminić postać, wykuć na pamięć tekst, a potem to odegrać. Czułem oddalenie od literatury.

Nie rozumiem.

- Na ważne książki trzeba mieć w sobie miejsce. Do tego potrzebny jest spokój. I przede wszystkim - bycie przy sobie. A tego w aktorstwie nie ma. Zawsze jest coś nadrzędnego - jakiś Hamlet czy inny Kordian - co oddala od siebie samego. Nikt nie oczekuje od aktora spokoju. Raczej niepokoju, wibrowania i szaleństwa w oczach. Przy porannej bułce zaczyna pan trawić monolog i wspinać się na Mont Blanc, a wieczorem jest pan wyżętą szmatą."

Rozumiem tę postawę, nawet jeśli znajduję się po przeciwnej stronie. Zawód aktora wymaga sprawności i odporności psychicznej, i to, co Kondrat opisuje, było powodem mojego lęku przed szkołą aktorską. Tymczasem przeżyłam pięć "spokojnych" lat, i nie mogę się doczekać, aby je zostawić za sobą. Będę musiała wynaleźć własną receptę, żeby nie dać się zdławić, ale wierzę, że bycie przy/w sobie, i bycie aktorką nie muszą być przeciwieństwami. Kondrat był aktorem znakomitym, ale jego decyzja o rezygnacji, o zmianie życia ze względu na psychiczne koszty zawodu jest w moich oczach godna najwyższego szacunku. Myślę, mam nadzieję, że będę mogła czerpać też z tego doświadczenia.

Link do artykułu: http://wyborcza.pl/1,115412,9783905,Kondrat__Milosc_musi_byc_pokrecona.html?as=1&startsz=x#ixzz1RQfkf6Ss


... jesli ktoś dobrnął aż tu, to całuję i pozdrawiam - Rita :-)

czwartek, 7 kwietnia 2011

czasami jestem czarownicą

czasami nie wiem, co robię. czasami podążam za głosem nawet nie serca, bo banał, ale ciała - za głosem ważnych słów, i momentów gdzie słów zabrakło.

czasami moje sny powtarzają się przez tydzień. czasami to, co w teorii ma być najważniejsze, musi ustąpić miejsca. czasami.

czasami myślę, że nie ma w tym nic wyjątkowego, że wszyscy to robimy, że to tylko autorefleksja odróżnia mnie od innych - ta półświadomość irracjonalności, która gatunkowi ludzkiemu jest wspólna. irracjonalność, nie świadomość. czasami myślę, że komplikuję.

czasami mam wrażenie, że już wszyscy mi mówią, że myślę za dużo. no to myślę!!!! no. czasami mnie to wkurza - i to myślenie, i to innych mówienie.

czasami zbiera się na burzę. czasami cisza w oku cyklonu.

czasami męczą mnie słowa, nie wiadomo komu niepowiedziane.

środa, 21 kwietnia 2010

(nie)patriotyzm jako wyzwanie.

W sumie nikt nie skomentował poprzedniego postu, nie wiem czemu. Wiem, że był czytany. Przytłoczył? Kto wie. Co ja wiem - że musiałam to napisać. Cały poprzedni tydzień zmagałam się z tematem, próbując jednocześnie pisać ważną pracę i uczestniczyć w żałobie narodowej (i nie oszaleć).

Wciąż znajduję w sieci kolejne dowody na to, że nasz język mniej niż kiedykolwiek gotów jest na zmiany. Polszczyzna kostnieje wokół rany, zasklepia się. A głosy takie jak moje stają się coraz bardziej desperackie.

Myślę o tekście Olgi Tokarczuk. Na znajomym profilu na fb zarzuca się jej zarozumiałość. Nie widzę tego, dokładnie, może właśnie poza ostatnim akapitem:

"I am sick of building our common identity around funeral marches and failed uprisings. I dream of Poland becoming a modern society that is defined not by the crippling nature of history, but by our individual achievements, a sense of our own self-worth and ideas for the future."

Nie ma w tym tekście zdania, pod którym bym się nie podpisała; jestem świadoma własnych elitarystycznych skłonności... . Ten ostatni fragment, jest jednak - uświadamiam sobie - słowną watą. Nic nie oferuje poza błyskotką intelektualną - ani wizji, ani nadziei. Jak to zrobić, żeby historia nas nie przytłaczała? nie definiowała? jak budować to poczucie wartości w nas samych?

Pierwsza odpowiedź jest jasna, w duchu i pozytywistycznym i kapitalistycznym, zależnie od interpretacji. Każda i każdy za siebie. Praca u podstaw. Budowanie własnego poczucia wartości jest w sumie codziennym patriotycznym zadaniem. Równie dobrze można to uznać za dzieło religii, bo prowadzi do dobrego wykorzystania darów bożych, czyli talentów. Dobra samoocena w ogóle wiele ułatwia. Niemniej jednak słabo się ją buduje pod wiatr i wbrew otoczeniu. I tu brak mi recepty, jak chyba wszystkim.

Jak się buduje świadomość narodu, który woli dąć w trąby apokalipsy?

Żeby historia nas nie definiowała, my musimy zdefiniować historię. Niestety, nie ma jednej odpowiedzi i na to. Historia składa się z indywidualnych losów, niejasnych, splątanych, trudnych do interpretacji. Mamy historyków, artystów, historyczki, artystki - do poszukiwania prawdy przez naukę i intuicję, interpretowanie i katalogowanie. Każde społeczeństwo wykształca gałąź do ogarniania przeszłości. Byłoby o wiele łatwiej, gdyby politycy nie nalegali na rozszczepianie włosa na czworo. W pogoni za jednolitą wizją niejednokrotnie bierze się jednostkowe losy jako reprezentatywne dla wszystkich. Chyba nie lubimy skomplikowanych prawd.

Oprócz interpretacji potrzebna jest także praca żałoby. Powie mi ktoś, że żałoby w tym społeczeństwie jest aż nadto i w dzień powszedni (co dopiero teraz). A jednak. Praca żałoby wiąże się z akceptacją wydarzeń. Bez dorabiania do nich ideologii. Trzeba wiedzieć CO się wydarzyło, zaakceptować, ŻE się wydarzyło, a następnie - żyć dalej. Czy to właśnie zrobiliśmy? z naszą wieczną niechęcią za drugą wojnę (i cóż przy niej jeden list biskupów), niechęcią do obcości, do zmian. Najbardziej widoczne jest nasze spojrzenie na powstanie warszawskie. Albo heroizm, albo tragedia. Albo wieczna chwała i symbol, albo nieopłakana jeszcze strata.

Ciekawa jest w tym kontekście twórczość Andrzeja Wajdy, zwłaszcza jako porte parole Mickiewicza. Obaj w swojej twórczości nie wahali się wskazywać na wady narodu, obaj (choć w różnym stopniu) tworzyli dla pokrzepienia serc. Obaj zostali zawłaszczeni (przy własnym współudziale?) przez tradycję heroiczną. Przecież "Pan Tadeusz" i mit zielonej ojczyzny to niejedyne przesłanie poematu! Mickiewicz nie pisał o wadach narodowych, żeby pióro stępić! A Wajda, jak zrobił "Kanał", był odsądzany od czci i wiary za zrzucenie bohaterów z postumentu. Współcześnie, "Kanał" pokazuje się jako wizję wzmacniającą jeszcze heroizm poprzez beznadzieję (paradoksalnie, ale tak to działa), a Wajda-terapeuta narodu zmienił się w konserwatora zabytków. Vide Pan Tadeusz i Katyń.

Historia zatacza krąg. Raz po raz. I czasem mam wrażenie, że nic się nie zmienia. Że nadal istnieje tylko Zosia i Telimena. I Matka Polka. To są moje opcje w polskiej szopce. Chochole tańce, płaszcze Konrada - jako kobieta nie trzęsę pięścią Bogu w twarz, mogę zatańczyć poloneza. Zmęczyłam się. Wyzwanie na dziś: odplątać poczucie wartości od narodowej tożsamości?


Artykuł Tokarczuk: http://www.nytimes.com/2010/04/16/opinion/16tokarczuk.html

sobota, 17 kwietnia 2010

Gombrowicz by się uśmiał

Poprzedni post zatytułowałam 'nie zginęło'. Nomen omen. Teraz odrobinę o tych, którzy zginęli. I o spokoju, który zginął we mnie.

Tak się złożyło, że wieści tragiczne otrzymałam, drzemiąc w samochodzie na trasie Poznań - Warszawa. Na początku nie zrozumiałam co słyszę. Już miałam powiedzieć - Chłopaki, przełączcie na jakąś muzykę, o katastrofach mamy słuchać?! - ale coś mnie tknęło, bo zazwyczaj słuchamy wszystkiego, tylko nie wiadomości. Pierwsza myśl "Jezu, wybiło pół paradygmatu romantycznego! Ciekawe, co będzie dalej...", druga "Znowu Rosjanie!" (od razu włączyła mi się nieufność, co zauważyłam w sobie z niechęcią, bo była to nieufność bezmyślna i odruchowa). Trzecia myśl: że mnie to nie rusza. Owszem, niepokój, ci ludzie nie byli dla mnie bezimienni. Ale sytuacja do mnie nie docierała. Myślę, że nadal nie dotarła.

Warszawa, jedne zajęcia, drugie. W niedzielę, z Agnieszką Graff, próbowaliśmy uporządkować sobie temat - między początkiem zajęć a syreną w południe, wszyscy byliśmy trochę wstrząśnięci. Traf chciał, że mieliśmy zajęcia o związkach i zależnościach między seksualnością i narodem, więc przedyskutowaliśmy poczucie niestosowności, że to niby 'niepoważne'. Tzn. Agnieszka spytała, czy mamy takie poczucie. Ja nie miałam. Miałam... nazwijmy to z braku lepszych słów poczuciem misji. Jakby ta wiedza, przekazywana sobie nawzajem w niedzielę, była w obliczu sobotnich wydarzeń jeszcze ważniejsza. Gdyby to był kurs informatyki, nie byłby tak istotny. Coś kliknęło we mnie - to były zajęcia o narodzie, a byliśmy pewni, że dyskurs narodowy się przy tej okazji uaktywni. Jak wiadomo, nie musieliśmy czekać długo.

W ciągu następnych dni pojawiły się wszystkie dyskursy, narracje, które wypunktowaliśmy sobie na flipcharcie, w próbie ogarnięcia wydarzeń. Narracja martyrologiczna, ofiary, służby - fatum Katynia, spisek PO i/lub Rosjan, histeryczna forma żałoby (ktoś ujął to dobrze: zamykamy teatry i filharmonie, odwołujemy Warszawskie Spotkania Teatralne. Niech działają tylko galerie handlowe. Ale to osobna dyskusja). Narracje cyniczne - Polak mądry po szkodzie, nawet na samoloty nas nie stać itp. Próby wskrzeszenia mesjanizmu. Narracja tragedii ludzkiej. Niby wielość, a jednak jedność. Histeryczna forma żałoby narodowej miała, w założeniu, być wszechogarniająca. Żal było biednych radiowców, którzy - nie mając nowych informacji - powtarzali w kółko te same, nieświadomie zgrywając płytę aż do gołych interpretowalnych fraz dyskursu. Zostawał sam patos, ale patos martwy, patos beton, patos który MUSI wzruszać. Problem iście Gombrowiczowski: no jak wzrusza, jak nie wzrusza?

Muszę to zaznaczyć, żeby obyło się bez nieporozumień. Sobota = tragedia = stracone życia ludzkie, możliwości, więzi. Mam tyle szczęścia, że nikt z moich przyjaciół nie był na pokładzie; znam ludzi, którzy tyle szczęścia nie mieli. Tego, co czują rodziny ofiar wypadku, nie mogę sobie nawet wyobrazić. Nie zapominając o ludzkim wymiarze sytuacji, uczucia osób, które mają bezpośredni związek z sytuacją, w sposób oczywisty - nie są moimi. Można się o to spierać, ale Lech Kaczyński był z mojego punktu widzenia swoim urzędem: był prezydentem mojego kraju, i przez większość czasu aktywnie zachęcał mnie do rzeczonego kraju opuszczenia. Nie znałam go. Jakim człowiekiem był - nie wiem, i nie powie mi tego żadna, zwłaszcza pośmiertna, relacja. Jego śmierć jest faktem, smutnym, ale ten smutek jest moją oceną, nie uczuciem, a sam fakt ma dla mnie wymiar dość abstrakcyjny. Tym, co mnie nie wzrusza, ale raczej zmusza - chce zmusić do wzruszenia - jest język. Sposób mówienia o tym, co się zdarzyło. Język symboliczny, język zawłaszczający przestrzeń symboliczną. Język, którego konsekwencją jest zawłaszczenie przestrzeni realnej.

Kolejne zastrzeżenie: nie odmawiam nikomu prawa do wzruszenia. Do przeżywania. Bo każdy z nas jakoś tę żałobę przeżywa. Myślę, że oprócz realnej żałoby występują też różne inne uczucia - np. lęk o przyszłość, wytrącenie z równowagi, zachwianie stabilnością świata. Składają się na tę histerię, z którą mamy kontakt przez media, i którą media podkręcają. Mój sposób przeżywania zaowocował ogromną ilością dyskusji, które toczę w różnych miejscach, internetowo i realnie. Owocuje też tym tekstem, którym chcę uporządkować myśli.


Tęsknię za czasem, gdy mówiąc: Wawel, myślałam: czekolada.
Słowo daję, że Wawel jako miejsce nie postał w moich myślach od bardzo długiego czasu. To dość symptomatyczne. Powtarzając za Anną Zawadzką, przeciętny nie-krakowianin ma gdzieś Wawel. Nie jest on obiektem naszego codziennego zainteresowania, nie jest żywym symbolem, miejscem rozgrywającej się na bieżąco kultury. To miejsce martwe, muzeum i cmentarz. Tym bardziej dla mnie martwe, że nie poczuwam się do jego wartości religijnej. Mimo wielu lat szkolnej indoktrynacji (Słowacki wielkim... - szepce monotonnie Gombro z półki), to, czego symbolem jest Wawel, nie napawa mnie dumą; niektórych jednak napawa. Ich duma dla mnie oznacza poczucie zagrożenia. Obecnie dominująca wizja wspólnoty narodowej nie przewiduje mojej przynależności. Ale wracając do tematu.

Paradygmat romantyczny. Pisze o nim Maria Janion. Napiszę i ja, choć nie tak dobrze i trafnie. Mogłabym dorzucić tu parę linków i bibliografię, ale myślę, że większość z nas rozpoznaje nurty w życiu politycznym ostatnich lat, które określiłabym jako new romantic. Neoromantyzm polskiej polityki jest bardzo powierzchowny, jeśli chodzi o warstwę intelektualną, ale - paradoksalnie - sięga bardzo głęboko, i wraca jak zły szeląg czy uparty trend. Żeby nie wchodzić za głęboko, przyjmijmy się 'oryginalnemu' romantyzmowi. Romantyzm odpowiadał jakiejś potrzebie swojego czasu, tak jak np. poezja patetyczna odpowiada czasowi wojny (a potem wydaje się przesadna). No właśnie. Na ziemiach polskich - niespodzianka! - nie toczy się wojna. Nie ma zaborców, przynajmniej nie w sensie XIX-wiecznym, ba! nawet komunizm się skończył (a wartości socjalne przejęły w Polsce prawicowe partie). Mimo to nadal funkcjonujemy jak walczący, a wartości czasu wojny nie sprawdzają się podczas pokoju; budowanie demokracji wymaga zupełnie innych postaw. Polska polityka historyczna jest - nomen omen - histerycznym ferowaniem wyroków, spychaniem niewygodnego, promowaniem jednej-jedynej-zjednoczonej wizji (i niech się wstydzi ten, co jej nie podziela!). Orzeł Biały jest jeden, Matka Polka też jest jedna, jedna religia, jedna narodowość, jedna historia, jedna polityka. A rządzi nami w sumie jedna i ta sama prawica. Ale nie o to, nie o to. Więc o co?

O Wawel. Bo kiedy przeczytałam "Mam gdzieś Wawel" Zawadzkiej, pomyślałam - hej, ja też! Ja też mam gdzieś Wawel, więc czemu mi on tak nagle przeszkadza? I już wiem. Bez pogrzebu na Wawelu dyskurs neoromantyczny pozostałby tylko jednym spojrzeniem na sobotnią katastrofę. Owszem, dominującym, owszem, skrajnym (i przez to prowokującym równie skrajne reakcje, umyślnie łamiące decorum, kontestujące wszechobecny, dławiący "stan żałobny"). Ale byłby to dyskurs, dyskurs nie spełniony, słowo, które nie do końca (wybaczcie niestosowność) stało się ciałem. Ciało, które nie zostałoby ukoronowane, uświęcone, jak pisze Wojciech Wencel "namaszczone przez samego Boga tragiczną śmiercią" (sic!). Wciąż byłaby możliwa refleksja. Ale zbliżamy się do momentu, w którym - są spore szanse - ta możliwość zostanie zamrożona. By sięgnąć po przykład, jak często w naszym kraju poddaje się reewaluacji pisma czy idee Jana Pawła II? Nie tylko ja widzę tu podobieństwo sytuacji; istnieje też podobieństwo zagrożeń. Bo choć mamy do czynienia z postaciami nieporównywalnego formatu, tragiczna śmierć, malowana na śmierć heroiczną, zrównuje dwa piedestały.

Żeby wyrazić się jaśniej, obecnie biczem na jakąkolwiek refleksję jest oskarżenie o braku szacunku wobec żałoby. Później takim oskarżeniem może się stać - świętokradztwo. Niezależna myśl może nagle zostać ekwiwalentem bezczeszczenia świętego narodowego grobu. Jak powtarza się nam, ciszej nad tą trumną. Rozumiem zniesmaczonych, ale jedna katastrofa już miała miejsce. Kolejna - zagrabienie JĘZYKA, który jest dobrem wspólnym, i to, w przeciwieństwie do Wawelu, żywym - ma miejsce właśnie teraz, na naszych oczach. Nie dziwcie się tym, co biją w dzwony.

Wzmiankowany powyżej Wojciech Wencel też uderzył w dzwon. Zygmunta. W swoim tekście "Niech ci bije dzwon Zygmunta" zarzuca protestującym, że boimy się powrotu żywej pamięci narodowej. "Przecież nie chcemy znowu śnić o polskich upiorach, chochołach, wieszczach, prorokach. Chcemy żyć w spokoju, robić kariery, zakładać firmy i „mieć auta” (autentyczny argument z komentarza na blogu). I nie słyszeć tego nieznośnego, wampirycznego głosu: „Powstań, Polsko, skrusz kajdany! Dziś twój triumf albo zgon!”." Nie komentując znakomitego wykorzystania romantycznego imaginarium, mam dwa spostrzeżenia: owszem, nie chcę powrotu pamięci narodowej w wersji XIX-wiecznej. Taka pamięć narodowa jest wampirem, a nie tworem żywym, i - jeśli mogę pociągnąć metaforę dalej - jest to wampir karmiący się ludzką krwią. Wampir, który istnieje nie jako - jak zdaje się sugerować autor - metafora martwej Polski czy martwej pamięci historycznej, ale raczej jako figura tych wszystkich wizji historii, które zostały wyparte, przywalone narodowym dyskursem. I wracają do nas w postaci nieumarłych, nie pozwalając nam iść dalej, nie pozwalając na dalszy rozwój państwa polskiego i nowoczesnej świadomości Polaków. Niestety, nie wyszliśmy jeszcze poza "Myśli nowoczesnego Polaka".

Pochówek na Wawelu będzie potwierdzeniem polityki historycznej. Sprawi, że wampir wstanie z grobu i uzyska miejsce pośród żywych. Niestety, wampir pozostanie wampirem (= nie ożyje), tyle, że nie będziemy mogli go dłużej ignorować, czyli - zgodnie z powszechną strategią eskapistyczną - zajmować się polityką tylko w sensie 'prywatne jest polityczne'. W przeciwieństwie do autora nie dziwię się ludziom, którzy - zniechęceni wampirzą retoryką - postanowili 'mieć auto'. Dopóki stawiamy pomniki wampirom, dopóki fetujemy martwe symbole, dopóki nie stajemy twarzą w twarz z przeszłością, tylko z wypielęgnowaną jej wizją, która przedstawia nas jako bohaterów i ofiary - dopóty nie będzie faktycznego życia politycznego, rozwoju, rozmrożenia tożsamości. Inna sprawa, że opozycja, którą stawia Wencel - opozycja między historycyzmem a konsumpcjonizmem - sprawia, że zaczynam rozglądać się za jakimś trzecim wyjściem. Albo w ogóle wyjściem z labiryntu. W międzyczasie, między rozdrażnionymi, którym nie dane było w spokoju przeżyć żałoby, rozdrażnionymi, których drażni wszechobecna święta, jedyna, najmojsza tej żałoby wersja, rozdrażnionymi, którzy próbują ugrać na tragedii własny polityczny interes i własnym, wyładowywanym przez ciągłe dyskusje rozdrażnieniem - czuję za plecami naszych wielkich zmarłych. W nagłej ciszy 'tak ucho natężam ciekawie'... I słyszę echo.

Echo gromkiego śmiechu Gombrowicza.

wtorek, 6 kwietnia 2010

spotkanie z przeszłością

Dom. Święta. Napad na wspomnienia. Tym razem nie tylko mój, cała rodzina to ma. I co? No jak zwykle, duchy wyłażą ze ścian jak w cholernym "Weselu". Wychodzę do miasta, upijam się na smutno dwoma drinkami, czekam aż przestanie boleć brzuch. Nie jest źle. Tak ogólnie mam dużo fajnych ludzi wokół. I nawet, gdy odgrywam scenki z przeszłości (własnej lub cudzej)... cóż, przydaje się zakręt aktorski. Z bratem siadamy, i 'odgrywamy' jeszcze raz. Ze zmianami w scenariuszu. Praca u podstaw. Na tym etapie nie ma co liczyć na więcej, ale to dość, to wystarczy.

Zaczęłam od końca. Znacie to uczucie? że coś się dzieje znowu i znowu i znowu i... wzorzec, zakręt, kwadratura koła, wszystko od nowa, na nowo - takie samo. Najpierw przychodzi rozpacz, później beznadzieja. Ale jest szansa. Trzeba przepisać scenariusz. Owszem, poprzednia wersja jeszcze nie wyblakła, odciśnięta w skórze, w umyśle. Trzeba się starać. Uwierzyć w tę nową. Włożyć tę wiarę za każde słowo.

Nie muszę. Chcę inaczej. W ogóle chcę. To, czego chcę, ma znaczenie. Te i inne zdania, całe szeregi zdań. Drobne trybiki, części nowego scenariusza.