Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyszłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyszłość. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 stycznia 2012

a imię moje brzmi: legion

... pomysłów. mam ich wiele, dziś kolejny. roboczy tytuł "Polska D", co nie ma związku ani z dupą, ani alfabetem Polski A, B, X, LGTQ etc. (przynajmniej niebezpośrednio). tryskam ideami, lecz zdrowiem nie tryskam, ostatnio musiałam wybyć z imprezy tanecznej (!!), którą, notabene, sama zorganizowałam (!!!! :( ). niemniej jednak, status update: Kluje Się.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Życie zatacza krąg

Idę do szkoły teatralnej (tak jak pięć lat temu). Dostanę pianino pod choinkę (jutro przyjeżdża Pan Stroiciel do mojego wiernego, zaniedbanego, rozstrojonego od wieków pudła). Znowu mieszkam w Lublinie (bez komentarza). Wydeptuję dawne drogi, odkrywam, że to, co widziałam kiedyś, i to, co widzę teraz = dwie różne wizje świata. I to nawet nie świat się aż tak zmienił, tylko ja. I mój ogląd i wgląd.

(I wygląd? ->) Kupiłam buty na obcasie. Śmiesznie, że to takie skrajne posunięcie, i że mnie ono tak przeraża. A jednak. Sportowe, zimowe, na konkretnym koturnie. Nowa jakość poruszania się, z całą pewnością (po tylu warsztatach na prawie wszystko patrzę jak ćwiczenie z istnienia w przestrzeni, i w sumie całkiem mi się to podoba). Nowa jakość wyglądu też. Mama, przy pełnej akceptacji dla moich przekonań, nie może oderwać ode mnie wzroku. Zaczynam funkcjonować w kodzie, który jest jej bliski - już nie zawsze przekładam wygodę nad urodę (choć staram się mieć oba), no i prawie przestałam się umyślnie pobrzydzać. Mam słabość do markowych koszul i rajstop, szelek i apaszek, krawatów i gorsetów. Czy to już ekstremalne, czy po prostu moje? zapewne jedno i drugie.

M. nie przyjeżdża na święta, co jest bardzo smutne dla nas obojga. Nasza miłość rozciąga się cienką czerwoną linią przez niebieskie pola Skype'a i uporządkowane szufladki Gmaila. Najbardziej chyba boję się cienkiej czerwonej linii, która okaże się granicą możliwości. Jezus, jak długo tak można? oboje będziemy pewno podróżować, samodzielnie pracować etc., ale to jednak przecież co innego, jeśli jest dom, dokąd wracać, coś wspólnego. Teraz to możemy sobie co najwyżej założyć wspólny email, i zaznaczyć "w związku" na koncie na Facebooku. Brzmi to gorzko, cóż, nie ja pierwsza i nie ja ostatnia odkrywam radości i smutki tego typu emocjonalnej ekwilibrystyki; oczywiście, że własna smakuje inaczej... .

Szkoły jak nie było tak nie ma, po prostu nie mogę jej znaleźć - albo ją znalazłam, ale nie dają stypendiów? muszę przejrzeć jeszcze raz uniwerki dodane do ulubionych. Niemniej jednak podupadam na determinacji, choć mimo wszystko przegryzam się przez Sieć. Dzień po dniu, robię to, choć coraz bardziej na marginesie świątecznych przygotowań - wszystkich tych drobnych prac, których nikt nie zauważa, no chyba, że pozostaną niewykonane. Ściga mnie bezsenność i niezałatwione sprawy, coraz więcej ciśnienia ze wszystkich stron, a starzy przyjaciele albo o mnie zapominają, albo chyba odkrywają, że preferowali mnie "na odległość", na okazjonalne święta. Po raz pierwszy od lat jestem w domu przed świętami, i jakoś tęsknię za tą cudną atmosferą "hotelu"; niemniej jednak mam co innego: ciężko wypracowaną równowagę kuchenną, podział obowiązków, wiedzę, gdzie co w domu leży, respektowanie mojego gustu przy robieniu zakupów, dzielenie się drobnymi pomysłami na życie codzienne. Tyle czasu w domu wiąże się z kuchnią. Cieszę się, że tu jestem, nawet, jeśli nie mam pojęcia, co dalej.


Jestem tutaj. Mniej spanikowana niż po maturze, mniej zrezygnowana, rozszalała, niespokojna (choć zobaczymy, co będzie w maju). Chcę jechać do Pragi w Sylwestra, bo tak, i do Berlina w lutym, bo też tak. Bo mogę. Zmęczyłam się niemocą. 2012, przybywaj.

piątek, 25 listopada 2011

Notka pisana w głowie po kawałku

Ta notka powstawała długo. Nawet bardzo długo.

Miało być o tym, że siedzę w swojej lubelskiej norce i izoluję się od społeczeństwa. Że mi źle w norce, bo sufit jest niski i nie da się tańczyć, a poza tym każdy ma swoje zorganizowane życie, a ja Zastanawiam Się, Co Dalej, co nie jest zajęciem dobrze płatnym ani też towarzyskim, więc jestem spłukana i samotna. Że chciałam chodzić na taniec hip-hop, i na pierwszych zajęciach dwudziestoparoletnia, pardon, piczka (świetnie tańczy, to fakt) z chichotem oznajmiła, że pokaże nam teraz takie "pedalskie" ruchy. Po czym zobaczyłam czerwone i na zajęcia nie wróciłam.

Miałam napisać, że Turcja dodała mi energii, ale jeszcze czegoś brak. Że prowadzimy z M. nocne rozmowy o przyszłości, i dzienne poszukiwania i prace celem tejże przyszłości. Że zaproszenie do wizy poszło UPSem (dziś doszło, przy okazji) i teraz tylko proces wizowy oraz finanse dzielą mnie od świąt z ukochanym.


We wtorek poszłam na pogrzeb A.

A. był chłopcem, który nad jeziorem (to Wdzydze były?) opowiadał mi o swoim nowym sprzęcie muzycznym. Był także wdzięcznym obiektem mojej pokrzykującej reżyserii w Czajnisie - wystarczyło rzucić hasło "Idol, lata 50.", a on to wdzięcznie i z polotem ogrywał, ku zachwytowi publiczności. Śpiewał w chórze z moimi kolegami z gimnazjum i liceum (świat jest mały); po moim odejściu z harcerstwa widzieliśmy się na pewno raz (nie pamiętam, czy był na odwiedzanych przeze mnie Wigiliach): na koncercie z okazji trzydziestolecia Solidarności. Zaskoczył mnie wtedy bardzo; zmienił się, urósł. Pamiętam tę myśl, że moje harcerskie "dzieci" były przecież tak niewiele od nas młodsze. Ten wysoki przystojny brunet w klasie maturalnej - tak, to właśnie było "dziecko" z mojej drużyny. No więc spotkaliśmy się wtedy, potańczyliśmy, tyle wiem. A. poszedł na studia do Krakowa, potem. I cóż. Reszta jest milczeniem.






Myślę o A., o jego zdolnościach aktorskich, wokalnych, intelektualnych. Mieliśmy dużo zdolnych "dzieci" wtedy w Feniksie. Choćby J., obecnie, jak słyszałam, w San Francisco. No i ja. Ja też byłam wtedy dzieckiem, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy. Jestem nim jakoś po dziś dzień. Skrobię przez internet, szukam swoich szans. W tle myślę o A., o zmarnowanych talentach, o czasie, który nie czeka, o śmierci, która też nie czeka.

No i co. I sprawdzam te kanadyjskie uniwersytety.

wtorek, 8 listopada 2011

Turcja - once more, with feeling

No dobrze, reportaz nie wyszedl, za duzo sie dzialo. Co sie dzialo, tez trudno napisac, Rita granice prywatnosci wszelakiej posiada i chwilowo poruszanie powyzszej tematyki je przekracza. Napisac mozna, ze powrot (jutro) wiaze sie ze spora energia do pracy oraz ogolnym dobrym samopoczuciem; jedno i drugie oplacone ostra emocjonalna burza.

Zaczynam powoli przyjmowac do wiadomosci swoja sile - psychiczna i emocjonalna (pardon brak polskich znakow, turecki laptop) oraz odpowiedzialnosc, jaka sie z nia wiaze. Wspolczesne leitmotivy - `bycie (w pelni!) soba` oraz tytulowa dla bloga niezaleznosc - funkcjonuja w sieci wspolzaleznosci. Niby nic nowego, ale ja wlasnie dotad funkcjonowalam, probujac pozbyc sie swojej sily, unikac jej lub, ewentualnie, jakos za nia przeprosic...

Nareszcie czuje wystarczajace psychiczne moce przerobowe, aby podjac wyzwanie codziennego negocjowania rzeczywistosci. Chce mowic, chce krzyczec, chce skonczyc z `i chcialabym i boje sıe` - musze ponosic odpowiedzialnosc za swoja moc, jestem dorosla kobieta. Nie bede sie obwiniac za ekspresyjnosc ciala, sıle glosu, ale nie chce zamykac oczu na ich wplyw: nie mowie tu nawet o potencjalnej krzywdzie wyrzadzonej innym. Krzywda potencjalnie wyrzadzona mnie samej takze znajduje sie w wachlarzu opcji, jesli nie chce przyjac do wiadomosci wlasnej widocznosci (bycia `w polu widzenia`). Koniec nastoletnich kompleksow; jesli pracuje z cialem i chce byc istota seksualna, moze to sprowokowac rozne reakcje..... a przynajmniej tak tlumaczyl mi M., ktory mocno sie obawial mojej umyslnej slepoty w tym zakresie. No dobra juz, dobra...


Istambul to miasto-panstwo, podobnie jak Londyn (15 mln!). Spora czesc mieszkancow stanowi ludnosc naplywowa, ale sa tu takze stare rodziny oraz ekspaci. Na jednym rogu muzyka tradycyjna, na drugim protest (widzialam ze trzy, najbardziej kontrowersyjny byl protest w przeddzıen swieta Bayram, bo dotyczyl praw zwierzat, zabijanych w rytualnej ofierze). Tygielek, w rownej mierze fascynujacy i obrzydliwy. Bylam stale chroniona sama obecnoscia nativa (mezczyzny!) u boku, ale gdybym byla sama, nie mam zludzen na temat zaczepek itp. Niebezpieczne miejsce dla niezaleznej, zachodnio wygladajacej kobiety.

Ok, nieuniknione, ale calkiem podoba mi sie jezyk turecki. Moze...? :)

Podroz tutaj przemienila mnie w jakiejs mierze. Dala mi tez energie, zeby przemieniac dalej sama siebie, a takze nowa odpowiedzialnosc. Jest prawdopodobne, ze M. podazy za mna, gdziekolwiek pojde. Wiec 1. trzeba sie ruszac 2. musze wiedziec, dokad ide.....

czwartek, 7 lipca 2011

czytanie, pisanie, i inne zwierzątka

Wiruję ostatnio w rozmyślaniach na temat pisania i czytania. Wtajemniczeni znają mój esej "O pożytkach z nie-czytania" (dostępny w necie, w archiwalnym już numerze Podtekstów 3 [21] 2010); wiedzą także/wiecie, że piszę (będę pisać/rozmyślam nad/rozważam itp.) pracę magisterską na temat literatury internetowej: fanfiction. Doszłam ostatnio do wniosku, że magisterkę i tak napiszę; tytuł, poza jakąś kompletną statystyczną niemożliwością, na pewno otrzymam - skupiam się więc na wierności sobie.

Dostrzegam, po raz może ostatni, że nie ma we mnie zgody na formy naukowe - choć, paradoksalnie i perwersyjnie, sprzeciw nieraz wyłuskuje ze mnie, co mam najlepszego (dowodem wzmiankowany esej). Forma naukowa mnie męczy; treść - teoria literatury, zawartość tekstów - jest wciąż, niezmiennie, nieziemsko interesująca. Tyle tylko, że przez lata oduczyłam się nieco czytania rzeczy interesujących. Brakło czasu, by przetrawić, a ponadto, brakło z a s t o s o w a n i a. Ujmę to tak: podobno posiadam tzw. pamięć kinetyczną. Owszem, uczę się wzrokowo i słuchowo, ale najbardziej, jak coś zrobię... czyli w dyskusji, mówieniu, podkreślaniu ołówkiem, odgrywaniu (zwłaszcza odgrywaniu), ogólnie: poprzez twórcze przetworzenie zawartości. I w dodatku, ja - od dziecka nienawidząca wuefu - przez pięć lat studiów niezmiennie chodzę na warsztaty i tęsknię niemożebnie za pracą z własnym ciałem. W eseju, i studiując polonistykę, narzekałam właśnie na brak praktyczności (oprócz dyskusji: dziękuję Wam, wykładowcy ćwiczeń z historii literatury, bez Was nie przetrwałabym tych studiów!), zbyt dużą ilość lektur w małym czasie (kiedy to przetrawić? jak przełożyć na zrozumienie?!). W pewnym sensie, to jak studiowanie jednej książki filozofa przez semestr, ta moja tęsknota - takiej pracy mi brakowało, ale z przekładem na ruch, głos, tekst.

Pamiętam jak dziś, gdy przygotowywałam swoją prezentację maturalną. Uczyłam się o roli komizmu w poezji współczesnej - kontaminacje, złożenia, słowotwórstwo - i bawiłam się świetnie, czytając na głos przytoczone przykłady wierszy. I mówiło coś we mnie, Gośka, bo wtedy jeszcze Gośka, co ty robisz, gdzie idziesz, w co się pakujesz? Zmuszasz się do nauki, a to przychodzi samo! Pamiętam też, że gdy wreszcie poczułam twórcze sprawstwo, pisząc prezentację maturalną, zrobiłam z niej coś na kształt spektaklu. Wymyśliłam własny przykład, ilustrujący każde zjawisko poetyckie, recytowałam wiersze, wrzuciłam muzykę Możdżera. Pamiętam, że publiczność była zachwycona, i czułam ich zachwyt, i dostałam szesnaście punktów na dwadzieścia, szkolna prymuska matury z polskiego. Czas odczarować tę małą dziewczynkę, rozczarowaną, że impuls twórczy nie jest bynajmniej receptą na sukces - w szkole, na maturze. Czas na magisterkę. Czas na powrót do twórczości.

Wiedziałam to o sobie od dawna, ale - "nie-na-pewno", może, nieufnie, z wahaniem, może inni mają rację... którzy, które mnie znacie, wiecie, od jak dawna się męczę. Mój chłopak mówi, że jestem uzależniona od adrenaliny. Być może. Przez ostatnich kilka lat unikałam nadmiaru wrażeń, dawkowałam je, bo miałam głowę do posprzątania - bałam się, że ktoś mnie zmiażdży, właśnie teraz, gdy byłam półnaga, otwarta na zmianę i wpływ. Co teraz? Ugrzęzłam trochę w tym wymuszonym bezpieczeństwie, ale doganiam samą siebie. Już prawie nie żyję przeszłością.

Wszystko to bardzo prywatne, ale coraz bardziej odczuwam kontrolę nad swoim życiem. Życie zmienia się, bo zaczynam je inaczej opowiadać: ludzie to w końcu istoty, które tworzą znaczenia, interpretują wydarzenia, nie tylko ich doświadczają. Moje opowieści się zmieniły: coraz mniej w nich determinizmu, coraz mniej bezsilności, coraz mniej goryczy i poczucia winy. Coraz więcej spokoju ze sobą i przeszłością, poczucia twórczego sprawstwa, zaufania do świata.

Inaczej opowiadam swoje życie. Gdzie w tym magisterka? Czy chcę opowiadać ze śmiechem, że jakośtobędzie i jak zwykle na ostatnią chwilę, wiecie, ja tak zawsze, mrugając rozkosznie? Czy raczej - jak było trzeba, to się wzięłam, zrobiłam, zwyciężyłam, następny, proszę? No chyba to drugie. :)

Znam siebie i wiem, że partackiej roboty nie lubię. Nie oddam byle g...a podpisanego moim nazwiskiem, jestem do tego organicznie niezdolna. Ale też mam termin, nieprzekraczalny (po tym terminie, jako żem ostatni rocznik pięcioletni, byłabym wycofana na 2, słownie drugi, rok licencjatu z filmoznawstwa). Wezmę się z tym terminem za bary. Mam od czego się odbić i z czym walczyć, ale przede wszystkim, mam swój temat, i chcę być w nim wierna sobie.

Myślę, że wkrótce skończę żywot tego bloga. Nie, jeszcze nie teraz, jeszcze kilka notek. Ale myślę, że prawie osiągnęłam założony w nim na początku cel, czyli my way or the high way. Prawie się wyzwoliłam, jeśli to w ogóle możliwe - wkrótce zacznie się spełniać moja misja, moja wola, moja twórcza energia, moja niezależność. Ten eksperyment myślowy nabierze wkrótce nowego smaku. Zbliża się nowy etap, czyli: LONDYN. TEATR. SZKOŁA AKTORSKA, DAJ BOŻE.

A jak Bóg nie da, to i tak dam radę. Howgh. ;-)


PS Impulsem do tego tekstu był wywiad Wyborczej z Markiem Kondratem, w ramach akcji "Czytamy w Polsce". Kondrat, rozczarowany zawodem aktora, mówi:

"[...] wybrałem zawód, w którym czytanie stało się znojem i zmorą. Musiałem rozkminić postać, wykuć na pamięć tekst, a potem to odegrać. Czułem oddalenie od literatury.

Nie rozumiem.

- Na ważne książki trzeba mieć w sobie miejsce. Do tego potrzebny jest spokój. I przede wszystkim - bycie przy sobie. A tego w aktorstwie nie ma. Zawsze jest coś nadrzędnego - jakiś Hamlet czy inny Kordian - co oddala od siebie samego. Nikt nie oczekuje od aktora spokoju. Raczej niepokoju, wibrowania i szaleństwa w oczach. Przy porannej bułce zaczyna pan trawić monolog i wspinać się na Mont Blanc, a wieczorem jest pan wyżętą szmatą."

Rozumiem tę postawę, nawet jeśli znajduję się po przeciwnej stronie. Zawód aktora wymaga sprawności i odporności psychicznej, i to, co Kondrat opisuje, było powodem mojego lęku przed szkołą aktorską. Tymczasem przeżyłam pięć "spokojnych" lat, i nie mogę się doczekać, aby je zostawić za sobą. Będę musiała wynaleźć własną receptę, żeby nie dać się zdławić, ale wierzę, że bycie przy/w sobie, i bycie aktorką nie muszą być przeciwieństwami. Kondrat był aktorem znakomitym, ale jego decyzja o rezygnacji, o zmianie życia ze względu na psychiczne koszty zawodu jest w moich oczach godna najwyższego szacunku. Myślę, mam nadzieję, że będę mogła czerpać też z tego doświadczenia.

Link do artykułu: http://wyborcza.pl/1,115412,9783905,Kondrat__Milosc_musi_byc_pokrecona.html?as=1&startsz=x#ixzz1RQfkf6Ss


... jesli ktoś dobrnął aż tu, to całuję i pozdrawiam - Rita :-)

wtorek, 19 kwietnia 2011

co to jest, toto, no to

Zyski - nowe lęki i nowe radości.
Straciłam, zyskałam pewne możliwości.
Zmiany są subtelne, jakby skład powietrza
Nie wiem - jestem gorsza albo może lepsza
Bilans strat i zysków mi nie odpowiada
Na jego pytania, żadna dobra rada
Nie pomaga rozwiązać uczuciowych splotów
(Wzięła Rita chłopa, nie miała kłopotu).
Nie wiem co powiedzieć, a więc nic nie mówię
Gaduła zamilkła, sentimental movie
Kiedy tortured hero spotyka na drodze
Życia heroinę, doświadczoną srodze
Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością
- Przejścia bez przeszłości, przeszłość bez miłości
Nie wiedzą co zrobić z własną wątpliwością
Chyba kochać, hołubić, przytulić, ugościć
Wychować, wykarmić, hodować przy boku.

Może jak dorośnie, odejdzie, da spokój.

piątek, 15 kwietnia 2011

kocią drogą

Tu pętelka, tam zakręcik - prosta droga mnie nie nęci. Prosto psy się mogą ganiać. I tak wracam - do pisania. miau!

Powaga. Zawracam kocim ogonem, zawijam w pisarską stronę. Twórcze pisanie dla młodych panien, nie ma przebacz. Z nieba mi spada. Gadam, piszę, piszę, gadam. Nawet coś do powiedzenia mam, testuję językowo tworzywo, spoiwo, łuczywo idei. Samo mi się klei.

Już, już coś miałam rzec, i zaraz jakiś rym wpadał mi w pół słowa :)

Wracam do pisania, jak do dzieciństwa. Coraz mniej presji, bo coraz mniej mnie obchodzi to wszystko. Nudzi mnie uniwersytet z jego standaryzowanymi szufladkami. Nudzi mnie niepomiernie, nieziemsko, limit słów, nieprzekładalny na inspirację. Nudzi mnie, że nikt ode mnie nie wymaga tego, co sama uważam za najważniejsze: twórczości, innego spojrzenia na temat, uważności na punkty widzenia, różnorodności formy i treści. Te wymagania nieraz obniżają mi ocenę, dodane zaś do wymagań uniwersyteckich zazwyczaj obniżają mi nastrój: albo nie mogę nic napisać, spętana nadmiarem wymagań, albo piszę, składając w ofierze to, co sama uważam w pisaniu za cenne, za twórcze. Twórcze, nie - oryginalne; z dwojga złego wolę stworzyć świadomy banał który CHOCIAŻ DLA MNIE jest nowością, CHOCIAŻ MNIE coś DAJE. Wszystko już było, to tylko TO CIAŁO, TEN UMYSŁ, które są mi dane, mają doświadczać na nowo i rozkoszować się doświadczaniem. Tym się mam zajmować, tym cieszyć, to jest moje zadanie, moja nagroda za danie mi tego umysłu i tego ciała.

Nudzi mnie, że "Pełno nas/ a jakby nikogo nie było" - nie ma z kim pogadać! Czy mi się śniła twórcza uniwersytecka atmosfera? Nie powiem, zdarzyła się tu, zdarzyła się w Polsce - ach, jakże doceniam takie wyjątki! A jednak, choć jestem pełna entuzjazmu wobec rotterdamskich doświadczeń, muszę powiedzieć, że standaryzowana edukacyjna klateczka, w stronę, której zmierzamy, jest tylko marginalnie lepsza od przykurzonych, kanonicznie uświęconych relacji władzy, od których odchodzimy.

I już nie wiem, czy to dlatego, że tutejszy uniwersytet jest dość mocno skupiony na ekonomii? Nie, o tym też można rozmawiać twórczo, choć fakt, że mam kontakt z 'typem' umysłowości mocno różnym od mojego. Czy to dlatego, że ja się nie nadaję na uniwerek, i że mam tego dosyć? Niby fakt, ale czemu, skoro w odpowiednich okolicznościach potrafię być studentką znakomitą, a nie mierną? Mówię to bez fałszywej skromności, bo wiele razy aktywnie starałam się stworzyć sobie warunki do bycia studentką znakomitą, ale - nomen omen, pozdro z Holandii - to droga pod wiatr, walka z wiatrakami. Nie chce mi się, miau.

Ileż można? A tymczasem skrobię esej na siedem stron zamiast trzech, ale to zamiast dwóch innych esejów. I tak nie będę mieć oceny, jako obrzydliwy "freerider" chodziłam na przedmiot niedostępny dla Erasmusów, czyli w pewnym sensie na przedmiot, za który nie zapłaciłam. Skromne to moje granie systemowi na nosie.

Ileż można się bić? Dziś miękką łapką stukam w klawiaturę. Miau. Wolę moje kocie drogi. Drogi uniwerku, fuck you czule, w czółko całuję. Kto wie, może się znów spotkamy, ale "I'd rather not". Wolałabym nie. A przynajmniej nie za szybko, i na moich zasadach. Może założę szkołę, kto wie, według zasad Kena Robinsona (niewtajemniczeni - guglać i na TED! najpierw z 2006, a potem z 2010 wykład oglądać). Póki co, przebrnąć mgr. Wrrr. I dalej, dalej. Jedźmy, nikt nie woła.

Myślenie o wartościach. Tego, co uważam za wartościowe, uniwersytet nie ceni. Może to tylko syndrom niewłaściwej osoby w niewłaściwym miejscu. Ale jakoś nie całkiem to pasuje do sytuacji. Mam jobla na punkcie edukacji, stentorowy głos niedoszłej pastorki/wykładowczyni, owszem, również zajoba scenicznego, i skłonność ku zaangażowaniu społecznemu. Oprócz tego, żem artystka, no to ogólnie widać, jakam niewłaściwa do pracy z młodzieżom! Ech, nie kończy mi się ta jazda...

Miau. Lśniącym futerkiem się wypinam. Już mi się nie chce. Urlop dla zaangażowanych. Zajęcia odwołane z powodu ciekawszych zajęć.

wtorek, 29 marca 2011

coś na kształt determinacji

Mam to gdzieś. A raczej, gdzieś - ukrytą - miałam determinację. Wyjęłam, otrzepuję z kurzu. Wygląda na to że ach, ach, wszystko przeciwko mnie; ale się nie poddajemy. Ha!

Odkryłam, że jestem skłonna - ot, tak - rzucić studia przed samą magisterką, po to tylko, żeby robić to, co mam tak naprawdę robić. Jakkolwiek jest to głównie gest - prosty, by nie rzec prostacki, dobrze wyglądający w heroicznej, artystycznej wikibiografii - nie chodzi nawet o to rzucenie studiów. To w pewnym sensie wyraz priorytetów. Manifestacja tego, co się liczy. Więc once more, with feeling, mam to gdzieś - i to zupełnie nowe uczucie jest. Uczucie wolności. Aż musiałam do Holandii pojechać, żeby sobie to wszystko przypomnieć :)

Im dalej od domu, tym do niego bliżej. Tak, chce mi się grać na pianinie i śpiewać; Tim Minchin, Jamie Cullum, Gaba Kulka, oni wszyscy grają, grają, grają w mojej głowie. Chce mi się tańczyć. Mój taniec to rytuał radości życia, w którym rytmem stóp i ramion buduję energię do góry, do góry, do góry. Pragnienie euforii, które tak często mi towarzyszy (M.: "you're an adrenaline junkie, baby") tak właśnie najlepiej się spełnia, i skończyłam już z przepraszaniem za nie.

Także tak. Także no, jak rzekłby Jacek. Nastał czas, czas nastał, pani dziejko, żeby sobie po prostu naprawdę parę rzeczy odpuścić. Po latach rozterek, rozmyślań, emocjonalnych zawirowań, odkrywam nareszcie - czego ja chcę, i że to czego ja chcę, naprawdę się liczy.

No. :-)

piątek, 6 sierpnia 2010

nie nakręcam się na krzyż. tylko na jogę.

ani na krzyż, ani w paski. Nie chce mi się. Fakt, mnie ten krzyż nie reprezentuje, i czuję ogólną niechęć, że tam w ogóle jest (inicjatywy facebookowe jak zwykle z dużą dawką absurdu, np. "Zabierzmy ten okropny pałac spod krzyża!" albo "Miska spaghetti pod pałacem" są na moim prywatnym podium). Jak pisze Agnieszka Graff na stronie Krytyki Politycznej, gdybyż tak i krzyż, i miś, i menora, ale niestety, krzyż na krzyżu i krzykiem pogania. Mam i własną refleksję: to, co się pod krzyżem dzieje, nie jest nawet reprezentacją katolickiej większości - co prawda, jest to większość podejrzanie ostatnio milcząca - tylko reprezentacją katoojczyźnianych bojówek terrorystycznych, które w poczuciu zaszczucia rzeczywistością wyrażają swoją gniewną, zapiekle nienawistną i paranoiczną wizję świata. To boli, bo wiem, że gdybym tam poszła, okazałabym się jakowąś zdrajczynią narodu, religii, Sprawy i krwi, a nawet osobiście odpowiedzialna za piąty Katyń i dziesiąty rozbiór Polski. To smutne. Ale bardziej martwią mnie te milczące masy, które pozwalają obu frakcjom - 'terrorystycznej' i 'mojej' obszczekiwać się nawzajem; niech małe pieski załatwią to między sobą, a jak nie, to chociaż pohałasują. Martwi mnie, co kryje się za tym hałasem, za demonstracyjnym zawłaszczeniem przestrzeni symbolicznej. Jakież to nudne ustawy się przemyca, podatki i wydatki w budżecie wpisuje. Nie śledzę, bo mi się nie chce podnosić ciśnienia, ale mam dziwną pewność, że z tego zainteresowania krzyżem ktoś korzysta. Właśnie udowodniłam swoją bezsprzeczną polskość: inteligencko-lewicowa teoria spiskowa. Prawda, że nie ma wyjścia?

Na osłodę - nowa Rita, Lady Yoga. Yoga keeps me from going gaga. Gaga as in detrimental aftereffects of not taking care of my body... . Joga. Jest w niej posmak niezależności i pokory. Ostateczne przejęcie kontroli nad ciałem, ostateczne przyznanie, jak nikła jest ta kontrola. Moje stawy! To cud, że w ogóle istnieją! Tańczę latami tylko na skrzydłach muzyki, technikę zyskuję i tracę. Podoba mi się taka praca - drobiazgowa, męcząca.... łapię pozę (asanę) i jak jest dobrze, to znaczy, że źle robię, a jak się w końcu udało, odkrywam, że zapomniałam oddychać z przejęcia. Mam dużo frajdy, a i przygotowanie kondycyjne przed biennale tańca w Poznaniu - niezgorsze. Dobrze jest. Karnet na 6 zajęć w tygodniu (jutro te 6te). Joga organizuje dzień.... 4 godziny przed zajęciami - nie jeść. Zajęcia (wziąć ciuchy, kartę, ogarnąć się). Po zajęciach (jeść! prysznic! endorfiny! życie jest piękne!). Życie zakręciło się wokół jogi. Bardzo, bardzo mi z tym przyjemnie. Nowe odkrycia codziennie.

W jodze najfajniejsze jest, że każdy jest w czymś dobry. Każdy ma jakąś anatomiczną przewagę. Ja mam długie, rozciągnięte ręce. To pomaga, gdy wewnętrzny krytyk ciągle coś szepce do ucha... . [Krytyk się zamyka po kwadransie psa z głową w dół. Nie ma mocy przerobowych na samokrytykę, jak pot się leje.]

I tęsknię za śpiewaniem. Ciało mi się otwiera. Kawałek przestrzeni, kawałek podłogi, och jak będę śpiewać, jak będę....

(Przyszedł biuletyn z Rotterdamu. Tam też jest joga. :)

wtorek, 27 kwietnia 2010

aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!

....No i na kogo ja mam, k-a, głosować......?


Pobieżny.
Przegląd.
Potencjalnych.
Prezydentów.
PORAŻKA.