Nie - wyczerpanie twórczości, tylko wyczerpanie prowadzące do stanów twórczych.
Mam dość własnego uwięzienia w abstrakcji. W lękach, w stanach niedotykalnych, w zawieszeniu bez granic. Życie jest poszarpane, ma ostre krawędzie, niedoskonałe powierzchnie [jagged edges, endlessly fascinating in their imperfection].
Na chwilę znalazłam dziś swój głos. Śpiewałam "Paranoja jest goła" Maanamu. Wysoko, mocno, rock'n'roll - potężnie. Teraz boli mnie gardło i nie mogę sięgnąć tego głosu, jakby był za szybą. Zwykle jest za szybą - po prostu wiem, że on jest, i przed każdym występem modlę się o łaskę akcesji. To wydaje się takie przypadkowe. Ale tym razem, do diabła, zamierzam o niego walczyć.
Wyczerpałam się lękiem i szarpaniną. Nie mam nic do stracenia. Skaczę.
Raw Like Sushi - It's Recreation Day
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą decyzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą decyzje. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 29 stycznia 2012
twórcze wyczerpanie
Etykiety:
aaa+wykrzyknik,
ciężko,
decyzje,
frustracja,
śpiew i głos,
walka,
z misją
czwartek, 22 grudnia 2011
LONG DISTANCE IZ DED
spodziewałam się, ale się nie spodziewałam.
wyszło od niego, ale konsensus.
chciałam, ulga, ale bolało.
nic nie czuję, tylko zmęczenie.
piszę, piszę, myślę - ale emo.
Dziesięć miesięcy - jak na mnie, całkiem długi związek był.
wyszło od niego, ale konsensus.
chciałam, ulga, ale bolało.
nic nie czuję, tylko zmęczenie.
piszę, piszę, myślę - ale emo.
Dziesięć miesięcy - jak na mnie, całkiem długi związek był.
piątek, 25 listopada 2011
Notka pisana w głowie po kawałku
Ta notka powstawała długo. Nawet bardzo długo.
Miało być o tym, że siedzę w swojej lubelskiej norce i izoluję się od społeczeństwa. Że mi źle w norce, bo sufit jest niski i nie da się tańczyć, a poza tym każdy ma swoje zorganizowane życie, a ja Zastanawiam Się, Co Dalej, co nie jest zajęciem dobrze płatnym ani też towarzyskim, więc jestem spłukana i samotna. Że chciałam chodzić na taniec hip-hop, i na pierwszych zajęciach dwudziestoparoletnia, pardon, piczka (świetnie tańczy, to fakt) z chichotem oznajmiła, że pokaże nam teraz takie "pedalskie" ruchy. Po czym zobaczyłam czerwone i na zajęcia nie wróciłam.
Miałam napisać, że Turcja dodała mi energii, ale jeszcze czegoś brak. Że prowadzimy z M. nocne rozmowy o przyszłości, i dzienne poszukiwania i prace celem tejże przyszłości. Że zaproszenie do wizy poszło UPSem (dziś doszło, przy okazji) i teraz tylko proces wizowy oraz finanse dzielą mnie od świąt z ukochanym.
We wtorek poszłam na pogrzeb A.
A. był chłopcem, który nad jeziorem (to Wdzydze były?) opowiadał mi o swoim nowym sprzęcie muzycznym. Był także wdzięcznym obiektem mojej pokrzykującej reżyserii w Czajnisie - wystarczyło rzucić hasło "Idol, lata 50.", a on to wdzięcznie i z polotem ogrywał, ku zachwytowi publiczności. Śpiewał w chórze z moimi kolegami z gimnazjum i liceum (świat jest mały); po moim odejściu z harcerstwa widzieliśmy się na pewno raz (nie pamiętam, czy był na odwiedzanych przeze mnie Wigiliach): na koncercie z okazji trzydziestolecia Solidarności. Zaskoczył mnie wtedy bardzo; zmienił się, urósł. Pamiętam tę myśl, że moje harcerskie "dzieci" były przecież tak niewiele od nas młodsze. Ten wysoki przystojny brunet w klasie maturalnej - tak, to właśnie było "dziecko" z mojej drużyny. No więc spotkaliśmy się wtedy, potańczyliśmy, tyle wiem. A. poszedł na studia do Krakowa, potem. I cóż. Reszta jest milczeniem.
Myślę o A., o jego zdolnościach aktorskich, wokalnych, intelektualnych. Mieliśmy dużo zdolnych "dzieci" wtedy w Feniksie. Choćby J., obecnie, jak słyszałam, w San Francisco. No i ja. Ja też byłam wtedy dzieckiem, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy. Jestem nim jakoś po dziś dzień. Skrobię przez internet, szukam swoich szans. W tle myślę o A., o zmarnowanych talentach, o czasie, który nie czeka, o śmierci, która też nie czeka.
No i co. I sprawdzam te kanadyjskie uniwersytety.
Miało być o tym, że siedzę w swojej lubelskiej norce i izoluję się od społeczeństwa. Że mi źle w norce, bo sufit jest niski i nie da się tańczyć, a poza tym każdy ma swoje zorganizowane życie, a ja Zastanawiam Się, Co Dalej, co nie jest zajęciem dobrze płatnym ani też towarzyskim, więc jestem spłukana i samotna. Że chciałam chodzić na taniec hip-hop, i na pierwszych zajęciach dwudziestoparoletnia, pardon, piczka (świetnie tańczy, to fakt) z chichotem oznajmiła, że pokaże nam teraz takie "pedalskie" ruchy. Po czym zobaczyłam czerwone i na zajęcia nie wróciłam.
Miałam napisać, że Turcja dodała mi energii, ale jeszcze czegoś brak. Że prowadzimy z M. nocne rozmowy o przyszłości, i dzienne poszukiwania i prace celem tejże przyszłości. Że zaproszenie do wizy poszło UPSem (dziś doszło, przy okazji) i teraz tylko proces wizowy oraz finanse dzielą mnie od świąt z ukochanym.
We wtorek poszłam na pogrzeb A.
A. był chłopcem, który nad jeziorem (to Wdzydze były?) opowiadał mi o swoim nowym sprzęcie muzycznym. Był także wdzięcznym obiektem mojej pokrzykującej reżyserii w Czajnisie - wystarczyło rzucić hasło "Idol, lata 50.", a on to wdzięcznie i z polotem ogrywał, ku zachwytowi publiczności. Śpiewał w chórze z moimi kolegami z gimnazjum i liceum (świat jest mały); po moim odejściu z harcerstwa widzieliśmy się na pewno raz (nie pamiętam, czy był na odwiedzanych przeze mnie Wigiliach): na koncercie z okazji trzydziestolecia Solidarności. Zaskoczył mnie wtedy bardzo; zmienił się, urósł. Pamiętam tę myśl, że moje harcerskie "dzieci" były przecież tak niewiele od nas młodsze. Ten wysoki przystojny brunet w klasie maturalnej - tak, to właśnie było "dziecko" z mojej drużyny. No więc spotkaliśmy się wtedy, potańczyliśmy, tyle wiem. A. poszedł na studia do Krakowa, potem. I cóż. Reszta jest milczeniem.
Myślę o A., o jego zdolnościach aktorskich, wokalnych, intelektualnych. Mieliśmy dużo zdolnych "dzieci" wtedy w Feniksie. Choćby J., obecnie, jak słyszałam, w San Francisco. No i ja. Ja też byłam wtedy dzieckiem, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy. Jestem nim jakoś po dziś dzień. Skrobię przez internet, szukam swoich szans. W tle myślę o A., o zmarnowanych talentach, o czasie, który nie czeka, o śmierci, która też nie czeka.
No i co. I sprawdzam te kanadyjskie uniwersytety.
Etykiety:
ciężko,
decyzje,
podróż,
przeszłość,
przyszłość,
studia,
wspomnienie
wtorek, 8 listopada 2011
Turcja - once more, with feeling
No dobrze, reportaz nie wyszedl, za duzo sie dzialo. Co sie dzialo, tez trudno napisac, Rita granice prywatnosci wszelakiej posiada i chwilowo poruszanie powyzszej tematyki je przekracza. Napisac mozna, ze powrot (jutro) wiaze sie ze spora energia do pracy oraz ogolnym dobrym samopoczuciem; jedno i drugie oplacone ostra emocjonalna burza.
Zaczynam powoli przyjmowac do wiadomosci swoja sile - psychiczna i emocjonalna (pardon brak polskich znakow, turecki laptop) oraz odpowiedzialnosc, jaka sie z nia wiaze. Wspolczesne leitmotivy - `bycie (w pelni!) soba` oraz tytulowa dla bloga niezaleznosc - funkcjonuja w sieci wspolzaleznosci. Niby nic nowego, ale ja wlasnie dotad funkcjonowalam, probujac pozbyc sie swojej sily, unikac jej lub, ewentualnie, jakos za nia przeprosic...
Nareszcie czuje wystarczajace psychiczne moce przerobowe, aby podjac wyzwanie codziennego negocjowania rzeczywistosci. Chce mowic, chce krzyczec, chce skonczyc z `i chcialabym i boje sıe` - musze ponosic odpowiedzialnosc za swoja moc, jestem dorosla kobieta. Nie bede sie obwiniac za ekspresyjnosc ciala, sıle glosu, ale nie chce zamykac oczu na ich wplyw: nie mowie tu nawet o potencjalnej krzywdzie wyrzadzonej innym. Krzywda potencjalnie wyrzadzona mnie samej takze znajduje sie w wachlarzu opcji, jesli nie chce przyjac do wiadomosci wlasnej widocznosci (bycia `w polu widzenia`). Koniec nastoletnich kompleksow; jesli pracuje z cialem i chce byc istota seksualna, moze to sprowokowac rozne reakcje..... a przynajmniej tak tlumaczyl mi M., ktory mocno sie obawial mojej umyslnej slepoty w tym zakresie. No dobra juz, dobra...
Istambul to miasto-panstwo, podobnie jak Londyn (15 mln!). Spora czesc mieszkancow stanowi ludnosc naplywowa, ale sa tu takze stare rodziny oraz ekspaci. Na jednym rogu muzyka tradycyjna, na drugim protest (widzialam ze trzy, najbardziej kontrowersyjny byl protest w przeddzıen swieta Bayram, bo dotyczyl praw zwierzat, zabijanych w rytualnej ofierze). Tygielek, w rownej mierze fascynujacy i obrzydliwy. Bylam stale chroniona sama obecnoscia nativa (mezczyzny!) u boku, ale gdybym byla sama, nie mam zludzen na temat zaczepek itp. Niebezpieczne miejsce dla niezaleznej, zachodnio wygladajacej kobiety.
Ok, nieuniknione, ale calkiem podoba mi sie jezyk turecki. Moze...? :)
Podroz tutaj przemienila mnie w jakiejs mierze. Dala mi tez energie, zeby przemieniac dalej sama siebie, a takze nowa odpowiedzialnosc. Jest prawdopodobne, ze M. podazy za mna, gdziekolwiek pojde. Wiec 1. trzeba sie ruszac 2. musze wiedziec, dokad ide.....
Zaczynam powoli przyjmowac do wiadomosci swoja sile - psychiczna i emocjonalna (pardon brak polskich znakow, turecki laptop) oraz odpowiedzialnosc, jaka sie z nia wiaze. Wspolczesne leitmotivy - `bycie (w pelni!) soba` oraz tytulowa dla bloga niezaleznosc - funkcjonuja w sieci wspolzaleznosci. Niby nic nowego, ale ja wlasnie dotad funkcjonowalam, probujac pozbyc sie swojej sily, unikac jej lub, ewentualnie, jakos za nia przeprosic...
Nareszcie czuje wystarczajace psychiczne moce przerobowe, aby podjac wyzwanie codziennego negocjowania rzeczywistosci. Chce mowic, chce krzyczec, chce skonczyc z `i chcialabym i boje sıe` - musze ponosic odpowiedzialnosc za swoja moc, jestem dorosla kobieta. Nie bede sie obwiniac za ekspresyjnosc ciala, sıle glosu, ale nie chce zamykac oczu na ich wplyw: nie mowie tu nawet o potencjalnej krzywdzie wyrzadzonej innym. Krzywda potencjalnie wyrzadzona mnie samej takze znajduje sie w wachlarzu opcji, jesli nie chce przyjac do wiadomosci wlasnej widocznosci (bycia `w polu widzenia`). Koniec nastoletnich kompleksow; jesli pracuje z cialem i chce byc istota seksualna, moze to sprowokowac rozne reakcje..... a przynajmniej tak tlumaczyl mi M., ktory mocno sie obawial mojej umyslnej slepoty w tym zakresie. No dobra juz, dobra...
Istambul to miasto-panstwo, podobnie jak Londyn (15 mln!). Spora czesc mieszkancow stanowi ludnosc naplywowa, ale sa tu takze stare rodziny oraz ekspaci. Na jednym rogu muzyka tradycyjna, na drugim protest (widzialam ze trzy, najbardziej kontrowersyjny byl protest w przeddzıen swieta Bayram, bo dotyczyl praw zwierzat, zabijanych w rytualnej ofierze). Tygielek, w rownej mierze fascynujacy i obrzydliwy. Bylam stale chroniona sama obecnoscia nativa (mezczyzny!) u boku, ale gdybym byla sama, nie mam zludzen na temat zaczepek itp. Niebezpieczne miejsce dla niezaleznej, zachodnio wygladajacej kobiety.
Ok, nieuniknione, ale calkiem podoba mi sie jezyk turecki. Moze...? :)
Podroz tutaj przemienila mnie w jakiejs mierze. Dala mi tez energie, zeby przemieniac dalej sama siebie, a takze nowa odpowiedzialnosc. Jest prawdopodobne, ze M. podazy za mna, gdziekolwiek pojde. Wiec 1. trzeba sie ruszac 2. musze wiedziec, dokad ide.....
Etykiety:
aaa+wykrzyknik,
decyzje,
miłość,
podróż,
przyszłość,
z misją
środa, 31 sierpnia 2011
osiągnąwszy szczyt masochizmu
...obtarła pot z czoła jak zapalona traktorzystka.
Prawda, że ładny początek?
Tylko że nie pot, a snot (rymnęło się bilingualnie) i łzy, a i zapalenie nie z tych ciekawych i przyjemnych.
Nie piszę tego, żeby dostać dobre życzenia pisania mgr (od jutra, i to na poważnie, termin oddania 19. września, mam 23 strony). Piszę, bo faktycznie osiągnęłam szczyt masochizmu.
Wybrałam sobie faceta, o którym myślałam, że jest bardziej popieprzony niż ja. Ja byłam przy nim ta normalniejsza. Niestety. Trochę on sam, a trochę sytuacja (związek + rozłąka) otworzyły we mnie jakieś takie głębie, na które chętnie nigdy w życiu bym nie schodziła. Efekt bardzo dosłowny: cały mój świat potrzebuje psychologa, da capo al fine [ad infinitum].
Piękna wiosna miłości nie była wystarczającym wynagrodzeniem za te doświadczenia.
Nawet trudno opowiedzieć co i jak się stało. Część jest niewiarygodna, część się prawie wydarzyła, ale jednak nie, a największa część rozgrywa się w pejzażu emocjonalnym. Innymi słowy, film Bergmana.
(Właśnie próbuję zrobić z tego Woody'ego Allena. Udaje się?)
Status związku: istnieje, ale ogólnie - nieznany. Oboje mamy za dużo problemów, zarówno spoza związku, jak i nim spowodowanych. Na tym etapie szkodzimy sobie nawzajem. Nie pomagamy. Nie wiem, gdzie wzajemne wsparcie przerodziło się we wzajemny masochizm. I przyznaję, że to nie ja "powiedziałam sobie dość". Pewien splot okoliczności zrobił to za mnie. Ja nie byłabym do tego zdolna, przynajmniej nie na tyle, żeby napisać pracę w terminie.
Co boli. Instynkt samozachowawczy może się rąbać.
Emocjonalne uzależnianie się od ludzi. Wiedziałam to o sobie. Kiedyś już pisałam o "tangu z wieszakiem"; sama nazwa tego bloga, manifestowana niezależność, oznacza, że nadrabiam miną. Ta skłonność jest moją największą chyba słabością, nad którą od lat pracuję.
Niezależność rodzi się w bólach. Wystarczy, żebym kogoś lubiła, żeby zacząć się poświęcać... aczkolwiek coraz mniej się to w przyjaźniach zdarza. Z ludźmi, których kocham, jest gorzej. Wysysają mnie latami, a ja oferuję więcej i więcej. Nie mam barier dla ludzi, których kocham.
Cały okres moich studiów to odplątywanie się z jednej chorej rodzinnej relacji, która wpłynęła na wszystkie inne. Teraz zaczynam zajmować się "wszystkimi innymi". Niestety, w międzyczasie, w tę samą chorą stronę zboczył mój pierwszy poważny związek. Dość romantycznie, miałam trochę nadziei, że będzie to związek ostatni. Wiem, to aż nieprzyzwoicie wyrażać takie przestarzałe idee. Niemniej jednak M. jest nie tylko "pierwszym poważnym chłopakiem". Ma emocjonalną i intelektualną zdolność do zmiany. Nie było to takie głupie - myśleć, że moglibyśmy zmieniać się razem.
Tymczasem jednak, muszę odłożyć i jego, i nas na półkę. Po wszystkim - jak się burza przetoczy - zobaczymy, czy jest jeszcze jakaś miłość.
Prawda, że ładny początek?
Tylko że nie pot, a snot (rymnęło się bilingualnie) i łzy, a i zapalenie nie z tych ciekawych i przyjemnych.
Nie piszę tego, żeby dostać dobre życzenia pisania mgr (od jutra, i to na poważnie, termin oddania 19. września, mam 23 strony). Piszę, bo faktycznie osiągnęłam szczyt masochizmu.
Wybrałam sobie faceta, o którym myślałam, że jest bardziej popieprzony niż ja. Ja byłam przy nim ta normalniejsza. Niestety. Trochę on sam, a trochę sytuacja (związek + rozłąka) otworzyły we mnie jakieś takie głębie, na które chętnie nigdy w życiu bym nie schodziła. Efekt bardzo dosłowny: cały mój świat potrzebuje psychologa, da capo al fine [ad infinitum].
Piękna wiosna miłości nie była wystarczającym wynagrodzeniem za te doświadczenia.
Nawet trudno opowiedzieć co i jak się stało. Część jest niewiarygodna, część się prawie wydarzyła, ale jednak nie, a największa część rozgrywa się w pejzażu emocjonalnym. Innymi słowy, film Bergmana.
(Właśnie próbuję zrobić z tego Woody'ego Allena. Udaje się?)
Status związku: istnieje, ale ogólnie - nieznany. Oboje mamy za dużo problemów, zarówno spoza związku, jak i nim spowodowanych. Na tym etapie szkodzimy sobie nawzajem. Nie pomagamy. Nie wiem, gdzie wzajemne wsparcie przerodziło się we wzajemny masochizm. I przyznaję, że to nie ja "powiedziałam sobie dość". Pewien splot okoliczności zrobił to za mnie. Ja nie byłabym do tego zdolna, przynajmniej nie na tyle, żeby napisać pracę w terminie.
Co boli. Instynkt samozachowawczy może się rąbać.
Emocjonalne uzależnianie się od ludzi. Wiedziałam to o sobie. Kiedyś już pisałam o "tangu z wieszakiem"; sama nazwa tego bloga, manifestowana niezależność, oznacza, że nadrabiam miną. Ta skłonność jest moją największą chyba słabością, nad którą od lat pracuję.
Niezależność rodzi się w bólach. Wystarczy, żebym kogoś lubiła, żeby zacząć się poświęcać... aczkolwiek coraz mniej się to w przyjaźniach zdarza. Z ludźmi, których kocham, jest gorzej. Wysysają mnie latami, a ja oferuję więcej i więcej. Nie mam barier dla ludzi, których kocham.
Cały okres moich studiów to odplątywanie się z jednej chorej rodzinnej relacji, która wpłynęła na wszystkie inne. Teraz zaczynam zajmować się "wszystkimi innymi". Niestety, w międzyczasie, w tę samą chorą stronę zboczył mój pierwszy poważny związek. Dość romantycznie, miałam trochę nadziei, że będzie to związek ostatni. Wiem, to aż nieprzyzwoicie wyrażać takie przestarzałe idee. Niemniej jednak M. jest nie tylko "pierwszym poważnym chłopakiem". Ma emocjonalną i intelektualną zdolność do zmiany. Nie było to takie głupie - myśleć, że moglibyśmy zmieniać się razem.
Tymczasem jednak, muszę odłożyć i jego, i nas na półkę. Po wszystkim - jak się burza przetoczy - zobaczymy, czy jest jeszcze jakaś miłość.
czwartek, 7 lipca 2011
czytanie, pisanie, i inne zwierzątka
Wiruję ostatnio w rozmyślaniach na temat pisania i czytania. Wtajemniczeni znają mój esej "O pożytkach z nie-czytania" (dostępny w necie, w archiwalnym już numerze Podtekstów 3 [21] 2010); wiedzą także/wiecie, że piszę (będę pisać/rozmyślam nad/rozważam itp.) pracę magisterską na temat literatury internetowej: fanfiction. Doszłam ostatnio do wniosku, że magisterkę i tak napiszę; tytuł, poza jakąś kompletną statystyczną niemożliwością, na pewno otrzymam - skupiam się więc na wierności sobie.
Dostrzegam, po raz może ostatni, że nie ma we mnie zgody na formy naukowe - choć, paradoksalnie i perwersyjnie, sprzeciw nieraz wyłuskuje ze mnie, co mam najlepszego (dowodem wzmiankowany esej). Forma naukowa mnie męczy; treść - teoria literatury, zawartość tekstów - jest wciąż, niezmiennie, nieziemsko interesująca. Tyle tylko, że przez lata oduczyłam się nieco czytania rzeczy interesujących. Brakło czasu, by przetrawić, a ponadto, brakło z a s t o s o w a n i a. Ujmę to tak: podobno posiadam tzw. pamięć kinetyczną. Owszem, uczę się wzrokowo i słuchowo, ale najbardziej, jak coś zrobię... czyli w dyskusji, mówieniu, podkreślaniu ołówkiem, odgrywaniu (zwłaszcza odgrywaniu), ogólnie: poprzez twórcze przetworzenie zawartości. I w dodatku, ja - od dziecka nienawidząca wuefu - przez pięć lat studiów niezmiennie chodzę na warsztaty i tęsknię niemożebnie za pracą z własnym ciałem. W eseju, i studiując polonistykę, narzekałam właśnie na brak praktyczności (oprócz dyskusji: dziękuję Wam, wykładowcy ćwiczeń z historii literatury, bez Was nie przetrwałabym tych studiów!), zbyt dużą ilość lektur w małym czasie (kiedy to przetrawić? jak przełożyć na zrozumienie?!). W pewnym sensie, to jak studiowanie jednej książki filozofa przez semestr, ta moja tęsknota - takiej pracy mi brakowało, ale z przekładem na ruch, głos, tekst.
Pamiętam jak dziś, gdy przygotowywałam swoją prezentację maturalną. Uczyłam się o roli komizmu w poezji współczesnej - kontaminacje, złożenia, słowotwórstwo - i bawiłam się świetnie, czytając na głos przytoczone przykłady wierszy. I mówiło coś we mnie, Gośka, bo wtedy jeszcze Gośka, co ty robisz, gdzie idziesz, w co się pakujesz? Zmuszasz się do nauki, a to przychodzi samo! Pamiętam też, że gdy wreszcie poczułam twórcze sprawstwo, pisząc prezentację maturalną, zrobiłam z niej coś na kształt spektaklu. Wymyśliłam własny przykład, ilustrujący każde zjawisko poetyckie, recytowałam wiersze, wrzuciłam muzykę Możdżera. Pamiętam, że publiczność była zachwycona, i czułam ich zachwyt, i dostałam szesnaście punktów na dwadzieścia, szkolna prymuska matury z polskiego. Czas odczarować tę małą dziewczynkę, rozczarowaną, że impuls twórczy nie jest bynajmniej receptą na sukces - w szkole, na maturze. Czas na magisterkę. Czas na powrót do twórczości.
Wiedziałam to o sobie od dawna, ale - "nie-na-pewno", może, nieufnie, z wahaniem, może inni mają rację... którzy, które mnie znacie, wiecie, od jak dawna się męczę. Mój chłopak mówi, że jestem uzależniona od adrenaliny. Być może. Przez ostatnich kilka lat unikałam nadmiaru wrażeń, dawkowałam je, bo miałam głowę do posprzątania - bałam się, że ktoś mnie zmiażdży, właśnie teraz, gdy byłam półnaga, otwarta na zmianę i wpływ. Co teraz? Ugrzęzłam trochę w tym wymuszonym bezpieczeństwie, ale doganiam samą siebie. Już prawie nie żyję przeszłością.
Wszystko to bardzo prywatne, ale coraz bardziej odczuwam kontrolę nad swoim życiem. Życie zmienia się, bo zaczynam je inaczej opowiadać: ludzie to w końcu istoty, które tworzą znaczenia, interpretują wydarzenia, nie tylko ich doświadczają. Moje opowieści się zmieniły: coraz mniej w nich determinizmu, coraz mniej bezsilności, coraz mniej goryczy i poczucia winy. Coraz więcej spokoju ze sobą i przeszłością, poczucia twórczego sprawstwa, zaufania do świata.
Inaczej opowiadam swoje życie. Gdzie w tym magisterka? Czy chcę opowiadać ze śmiechem, że jakośtobędzie i jak zwykle na ostatnią chwilę, wiecie, ja tak zawsze, mrugając rozkosznie? Czy raczej - jak było trzeba, to się wzięłam, zrobiłam, zwyciężyłam, następny, proszę? No chyba to drugie. :)
Znam siebie i wiem, że partackiej roboty nie lubię. Nie oddam byle g...a podpisanego moim nazwiskiem, jestem do tego organicznie niezdolna. Ale też mam termin, nieprzekraczalny (po tym terminie, jako żem ostatni rocznik pięcioletni, byłabym wycofana na 2, słownie drugi, rok licencjatu z filmoznawstwa). Wezmę się z tym terminem za bary. Mam od czego się odbić i z czym walczyć, ale przede wszystkim, mam swój temat, i chcę być w nim wierna sobie.
Myślę, że wkrótce skończę żywot tego bloga. Nie, jeszcze nie teraz, jeszcze kilka notek. Ale myślę, że prawie osiągnęłam założony w nim na początku cel, czyli my way or the high way. Prawie się wyzwoliłam, jeśli to w ogóle możliwe - wkrótce zacznie się spełniać moja misja, moja wola, moja twórcza energia, moja niezależność. Ten eksperyment myślowy nabierze wkrótce nowego smaku. Zbliża się nowy etap, czyli: LONDYN. TEATR. SZKOŁA AKTORSKA, DAJ BOŻE.
A jak Bóg nie da, to i tak dam radę. Howgh. ;-)
PS Impulsem do tego tekstu był wywiad Wyborczej z Markiem Kondratem, w ramach akcji "Czytamy w Polsce". Kondrat, rozczarowany zawodem aktora, mówi:
"[...] wybrałem zawód, w którym czytanie stało się znojem i zmorą. Musiałem rozkminić postać, wykuć na pamięć tekst, a potem to odegrać. Czułem oddalenie od literatury.
Nie rozumiem.
- Na ważne książki trzeba mieć w sobie miejsce. Do tego potrzebny jest spokój. I przede wszystkim - bycie przy sobie. A tego w aktorstwie nie ma. Zawsze jest coś nadrzędnego - jakiś Hamlet czy inny Kordian - co oddala od siebie samego. Nikt nie oczekuje od aktora spokoju. Raczej niepokoju, wibrowania i szaleństwa w oczach. Przy porannej bułce zaczyna pan trawić monolog i wspinać się na Mont Blanc, a wieczorem jest pan wyżętą szmatą."
Rozumiem tę postawę, nawet jeśli znajduję się po przeciwnej stronie. Zawód aktora wymaga sprawności i odporności psychicznej, i to, co Kondrat opisuje, było powodem mojego lęku przed szkołą aktorską. Tymczasem przeżyłam pięć "spokojnych" lat, i nie mogę się doczekać, aby je zostawić za sobą. Będę musiała wynaleźć własną receptę, żeby nie dać się zdławić, ale wierzę, że bycie przy/w sobie, i bycie aktorką nie muszą być przeciwieństwami. Kondrat był aktorem znakomitym, ale jego decyzja o rezygnacji, o zmianie życia ze względu na psychiczne koszty zawodu jest w moich oczach godna najwyższego szacunku. Myślę, mam nadzieję, że będę mogła czerpać też z tego doświadczenia.
Link do artykułu: http://wyborcza.pl/1,115412,9783905,Kondrat__Milosc_musi_byc_pokrecona.html?as=1&startsz=x#ixzz1RQfkf6Ss
... jesli ktoś dobrnął aż tu, to całuję i pozdrawiam - Rita :-)
Dostrzegam, po raz może ostatni, że nie ma we mnie zgody na formy naukowe - choć, paradoksalnie i perwersyjnie, sprzeciw nieraz wyłuskuje ze mnie, co mam najlepszego (dowodem wzmiankowany esej). Forma naukowa mnie męczy; treść - teoria literatury, zawartość tekstów - jest wciąż, niezmiennie, nieziemsko interesująca. Tyle tylko, że przez lata oduczyłam się nieco czytania rzeczy interesujących. Brakło czasu, by przetrawić, a ponadto, brakło z a s t o s o w a n i a. Ujmę to tak: podobno posiadam tzw. pamięć kinetyczną. Owszem, uczę się wzrokowo i słuchowo, ale najbardziej, jak coś zrobię... czyli w dyskusji, mówieniu, podkreślaniu ołówkiem, odgrywaniu (zwłaszcza odgrywaniu), ogólnie: poprzez twórcze przetworzenie zawartości. I w dodatku, ja - od dziecka nienawidząca wuefu - przez pięć lat studiów niezmiennie chodzę na warsztaty i tęsknię niemożebnie za pracą z własnym ciałem. W eseju, i studiując polonistykę, narzekałam właśnie na brak praktyczności (oprócz dyskusji: dziękuję Wam, wykładowcy ćwiczeń z historii literatury, bez Was nie przetrwałabym tych studiów!), zbyt dużą ilość lektur w małym czasie (kiedy to przetrawić? jak przełożyć na zrozumienie?!). W pewnym sensie, to jak studiowanie jednej książki filozofa przez semestr, ta moja tęsknota - takiej pracy mi brakowało, ale z przekładem na ruch, głos, tekst.
Pamiętam jak dziś, gdy przygotowywałam swoją prezentację maturalną. Uczyłam się o roli komizmu w poezji współczesnej - kontaminacje, złożenia, słowotwórstwo - i bawiłam się świetnie, czytając na głos przytoczone przykłady wierszy. I mówiło coś we mnie, Gośka, bo wtedy jeszcze Gośka, co ty robisz, gdzie idziesz, w co się pakujesz? Zmuszasz się do nauki, a to przychodzi samo! Pamiętam też, że gdy wreszcie poczułam twórcze sprawstwo, pisząc prezentację maturalną, zrobiłam z niej coś na kształt spektaklu. Wymyśliłam własny przykład, ilustrujący każde zjawisko poetyckie, recytowałam wiersze, wrzuciłam muzykę Możdżera. Pamiętam, że publiczność była zachwycona, i czułam ich zachwyt, i dostałam szesnaście punktów na dwadzieścia, szkolna prymuska matury z polskiego. Czas odczarować tę małą dziewczynkę, rozczarowaną, że impuls twórczy nie jest bynajmniej receptą na sukces - w szkole, na maturze. Czas na magisterkę. Czas na powrót do twórczości.
Wiedziałam to o sobie od dawna, ale - "nie-na-pewno", może, nieufnie, z wahaniem, może inni mają rację... którzy, które mnie znacie, wiecie, od jak dawna się męczę. Mój chłopak mówi, że jestem uzależniona od adrenaliny. Być może. Przez ostatnich kilka lat unikałam nadmiaru wrażeń, dawkowałam je, bo miałam głowę do posprzątania - bałam się, że ktoś mnie zmiażdży, właśnie teraz, gdy byłam półnaga, otwarta na zmianę i wpływ. Co teraz? Ugrzęzłam trochę w tym wymuszonym bezpieczeństwie, ale doganiam samą siebie. Już prawie nie żyję przeszłością.
Wszystko to bardzo prywatne, ale coraz bardziej odczuwam kontrolę nad swoim życiem. Życie zmienia się, bo zaczynam je inaczej opowiadać: ludzie to w końcu istoty, które tworzą znaczenia, interpretują wydarzenia, nie tylko ich doświadczają. Moje opowieści się zmieniły: coraz mniej w nich determinizmu, coraz mniej bezsilności, coraz mniej goryczy i poczucia winy. Coraz więcej spokoju ze sobą i przeszłością, poczucia twórczego sprawstwa, zaufania do świata.
Inaczej opowiadam swoje życie. Gdzie w tym magisterka? Czy chcę opowiadać ze śmiechem, że jakośtobędzie i jak zwykle na ostatnią chwilę, wiecie, ja tak zawsze, mrugając rozkosznie? Czy raczej - jak było trzeba, to się wzięłam, zrobiłam, zwyciężyłam, następny, proszę? No chyba to drugie. :)
Znam siebie i wiem, że partackiej roboty nie lubię. Nie oddam byle g...a podpisanego moim nazwiskiem, jestem do tego organicznie niezdolna. Ale też mam termin, nieprzekraczalny (po tym terminie, jako żem ostatni rocznik pięcioletni, byłabym wycofana na 2, słownie drugi, rok licencjatu z filmoznawstwa). Wezmę się z tym terminem za bary. Mam od czego się odbić i z czym walczyć, ale przede wszystkim, mam swój temat, i chcę być w nim wierna sobie.
Myślę, że wkrótce skończę żywot tego bloga. Nie, jeszcze nie teraz, jeszcze kilka notek. Ale myślę, że prawie osiągnęłam założony w nim na początku cel, czyli my way or the high way. Prawie się wyzwoliłam, jeśli to w ogóle możliwe - wkrótce zacznie się spełniać moja misja, moja wola, moja twórcza energia, moja niezależność. Ten eksperyment myślowy nabierze wkrótce nowego smaku. Zbliża się nowy etap, czyli: LONDYN. TEATR. SZKOŁA AKTORSKA, DAJ BOŻE.
A jak Bóg nie da, to i tak dam radę. Howgh. ;-)
PS Impulsem do tego tekstu był wywiad Wyborczej z Markiem Kondratem, w ramach akcji "Czytamy w Polsce". Kondrat, rozczarowany zawodem aktora, mówi:
"[...] wybrałem zawód, w którym czytanie stało się znojem i zmorą. Musiałem rozkminić postać, wykuć na pamięć tekst, a potem to odegrać. Czułem oddalenie od literatury.
Nie rozumiem.
- Na ważne książki trzeba mieć w sobie miejsce. Do tego potrzebny jest spokój. I przede wszystkim - bycie przy sobie. A tego w aktorstwie nie ma. Zawsze jest coś nadrzędnego - jakiś Hamlet czy inny Kordian - co oddala od siebie samego. Nikt nie oczekuje od aktora spokoju. Raczej niepokoju, wibrowania i szaleństwa w oczach. Przy porannej bułce zaczyna pan trawić monolog i wspinać się na Mont Blanc, a wieczorem jest pan wyżętą szmatą."
Rozumiem tę postawę, nawet jeśli znajduję się po przeciwnej stronie. Zawód aktora wymaga sprawności i odporności psychicznej, i to, co Kondrat opisuje, było powodem mojego lęku przed szkołą aktorską. Tymczasem przeżyłam pięć "spokojnych" lat, i nie mogę się doczekać, aby je zostawić za sobą. Będę musiała wynaleźć własną receptę, żeby nie dać się zdławić, ale wierzę, że bycie przy/w sobie, i bycie aktorką nie muszą być przeciwieństwami. Kondrat był aktorem znakomitym, ale jego decyzja o rezygnacji, o zmianie życia ze względu na psychiczne koszty zawodu jest w moich oczach godna najwyższego szacunku. Myślę, mam nadzieję, że będę mogła czerpać też z tego doświadczenia.
Link do artykułu: http://wyborcza.pl/1,115412,9783905,Kondrat__Milosc_musi_byc_pokrecona.html?as=1&startsz=x#ixzz1RQfkf6Ss
... jesli ktoś dobrnął aż tu, to całuję i pozdrawiam - Rita :-)
Etykiety:
decyzje,
filmoznawstwo,
moje pisanie,
przeszłość,
przyszłość,
studia,
teatr,
walka
wtorek, 31 maja 2011
dworki chaosu - macki przeprowadzki
Chyba już kompletnie mi odpaliło.
Szukałam bardziej literackiego określenia, ale dosłownie brak mi słów. Teraz, po tym wszystkim, wracać do Polski? po nic? z niczym?
Dramatyzuję. Po prostu nie tego chciałam chcieć. Zresztą może mi jeszcze przejdzie. Niestety bardzo kiepska ze mnie kosmopolitka, wiem o tym - zwracam uwagę na narodowość i znam związane z nią stereotypy, nawet, jeśli się nimi nie kieruję. Bycie Polką, bycie kobietą - wszystkie te tożsamościowe składniki biorę ze szczyptą wątpliwości, ale pozbyć się ich... nie umiem.
Tymczasem się dziś przeprowadzam. Nie cierpię przeprowadzek. Nawet tym razem nie mam daleko, ale na myśl o pakowaniu robi mi się słabo. Rozpakowywanie jak cię mogę. Wszystko rozbabrane, nie mam czym oddychać. Mutlu fruwa po ścianach ze szczęścia, że będziemy mieszkać razem; ja też jestem szczęśliwa, tylko nie cierpię przeprowadzek. No i te przyszłościowe rozważania strasznie mi depczą po odciskach.
Powtarzam sobie raz po raz, że muszę się skupić na tym, co jest. Że esej na piątek nietknięty, że dziś jest dobrze, że wieczorem zwiniemy się razem w kłębek w poczuciu spełnionego obowiązku, i będziemy świętować początek dwóch miesięcy naszości. Niestety w głowie, w trybie pracy w tle, niezmiennie burza, wicher, huragan. Tylko się zwinąć w kłębek i przeczekać, ale to się nie kończy, ale muszę żyć.
Cholera, kręgosłup mnie boli. A i silna wola niedomaga. Zmęczyło mnie. I tak dzień w dzień. Dzień jak co dzień.
Zwijam się gdzieś wokół tego mojego szczęścia i jest dobrze. Ale ten kokon pierwszego zakochania też się kiedyś skończy. Co jeśli wtedy też nie będę miała odpowiedzi?
No będę, będę miała, na pewno. Zaufaj sobie, posłuchaj pragnienia.
Pragnę, żeby ktoś się za mnie spakował.
I w dodatku nie mogę pojechać do braciaka na występ..... zazdrość by mnie zeżarła (do zielonego), ale na pewno będzie znakomity (i występ i braciak).
szlagby.
Szukałam bardziej literackiego określenia, ale dosłownie brak mi słów. Teraz, po tym wszystkim, wracać do Polski? po nic? z niczym?
Dramatyzuję. Po prostu nie tego chciałam chcieć. Zresztą może mi jeszcze przejdzie. Niestety bardzo kiepska ze mnie kosmopolitka, wiem o tym - zwracam uwagę na narodowość i znam związane z nią stereotypy, nawet, jeśli się nimi nie kieruję. Bycie Polką, bycie kobietą - wszystkie te tożsamościowe składniki biorę ze szczyptą wątpliwości, ale pozbyć się ich... nie umiem.
Tymczasem się dziś przeprowadzam. Nie cierpię przeprowadzek. Nawet tym razem nie mam daleko, ale na myśl o pakowaniu robi mi się słabo. Rozpakowywanie jak cię mogę. Wszystko rozbabrane, nie mam czym oddychać. Mutlu fruwa po ścianach ze szczęścia, że będziemy mieszkać razem; ja też jestem szczęśliwa, tylko nie cierpię przeprowadzek. No i te przyszłościowe rozważania strasznie mi depczą po odciskach.
Powtarzam sobie raz po raz, że muszę się skupić na tym, co jest. Że esej na piątek nietknięty, że dziś jest dobrze, że wieczorem zwiniemy się razem w kłębek w poczuciu spełnionego obowiązku, i będziemy świętować początek dwóch miesięcy naszości. Niestety w głowie, w trybie pracy w tle, niezmiennie burza, wicher, huragan. Tylko się zwinąć w kłębek i przeczekać, ale to się nie kończy, ale muszę żyć.
Cholera, kręgosłup mnie boli. A i silna wola niedomaga. Zmęczyło mnie. I tak dzień w dzień. Dzień jak co dzień.
Zwijam się gdzieś wokół tego mojego szczęścia i jest dobrze. Ale ten kokon pierwszego zakochania też się kiedyś skończy. Co jeśli wtedy też nie będę miała odpowiedzi?
No będę, będę miała, na pewno. Zaufaj sobie, posłuchaj pragnienia.
Pragnę, żeby ktoś się za mnie spakował.
I w dodatku nie mogę pojechać do braciaka na występ..... zazdrość by mnie zeżarła (do zielonego), ale na pewno będzie znakomity (i występ i braciak).
szlagby.
Etykiety:
ciężko,
decyzje,
e,
frustracja,
patriotyzm,
rodzina,
walka
piątek, 20 maja 2011
O samodyscyplinie słów kilka - miało być, ale nie wyszło
Kroi się długi post, tak dawno nic tu nie napisałam - a bardzo chcę przemyśleć kilka spraw, w ten konkretny sposób, który wiąże się właśnie z pisaniem... Będę skakać z tematu na temat, wybaczcie - w głowie splot, jak kłębek wełny (Babcia robiła trójkolorowe swetry, zwijając wpierw kłębek z trzech rodzajów włóczki. Ponieważ lubiła szarości, czernie i beże, swetry wychodziły sraczkowate; tym niemniej, dowodziły niezaprzeczalnej kreatywności w robieniu na drutach).
Nie wiem od czego zacząć. Nie od początku, bo w sumie nie ma początku, początek mógł być gdziekolwiek, kiedykolwiek; a zresztą, w przypadku kłębka wełny początku raczej nie widać. Linearne, chronologiczne myślenie nie ma tu zastosowania. Zacznę od zewnątrz. Zacznę od teraz.
Jest teraz. Teraz jest piątek, siedzę na łóżku. Wokół bałagan, w kuchni najgorzej (mój współlokator jest niewymagający pod tym względem, bo żyje na mrożonej pizzy, więc trudniej się zmotywować). Jest piątek, siedzę na łóżku, wstałam niewiele ponad cztery godziny temu (bo tak), zanurkowałam w komputer natychmiast po wstaniu, wzięłam tylko suplementy, zjadłam śniadanie (popcorn z szynką i niezliczone kubki zielone herbaty). Nie zrozumcie mnie źle, to (komputeroza) dawno już nie jest kwestią uzależnienia czy depresji. To raczej mechanizm obronny, odwrót od rzeczywistości, ucieczka od ciała. Bo tak się składa, że wczoraj, wczoraj rano byłam tak szczęśliwa, tak bardzo szczęśliwa, jak białe musujące wino, jak szampan, jak truskawki w słoneczny dzień.
Coraz mniej w tych ucieczkach jakiejś rozpaczy, jakichś ogromnych emocji. Wytarłam je do białej kości, tak sądzę, ale wciąż powtarzam jakieś rytualne ruchy, czy raczej - odruchy. Już dawno temu ktoś mi powiedział, że nie umiem być szczęśliwa. To nie całkiem tak. Z silną emocją radzę sobie przez wyparcie. Jeśli to coś smutnego, odgradzam się od smutku, a potem go przepracowuję - to jak wstrzymanie oddechu, żeby go bardzo powoli wypuścić. Z radością jest inaczej, trudniej. Trochę jak wtedy, kiedy jestem w górach - zawsze bałam się zbiegać ze wzgórz, albo schodzić z góry - powoli, ostrożnie, podpieram się rękoma, skupiona na wizji, w której zbiegając łamię nogi i rozbijam nos.
Jeśli nie każdy/a, to wielu, wiele z nas zna to uczucie - oczekiwanie, że coś (ktoś) wyrwie ci dywanik spod nóg, że pozostawi cię bez oparcia, że już sobie nie poradzisz. Tymczasem, po pierwsze - oczekiwanie na to wcale nie pomaga w niczym, przeszkadza tylko się cieszyć; po drugie, wyrwanie dywanika jest ostatecznie ogromnie twórcze (kreatywna destrukcja Schumpetera? ;), choć ogromnie bolesne. Konieczność kompletnej reorganizacji się w życiu zdarza, wiem o tym - na małej skali nawet sama zmuszam się do takich wyzwań: podróże, wyjazdy, przeprowadzki, zmiany. Trzeba zmieniać. Jeśli się nie zmieniasz, życie samo się zmieni, i zmieni ciebie też.
Miało być o samodyscyplinie, ale jeszcze nie mogę poskładać. Ciąg dalszy nastąpi. Tymczasem chyba pójdę kupić lody na kolację. Zaspokajanie swoich kulinarnych zachcianek pomaga mi w medytacji. Mam parę decyzji do podjęcia, i - udając sama przed sobą, że o nich nie myślę - raz na jakiś czas nadgryzam kłębek z emocjami. Gdy będę gotowa się z nimi zmierzyć, kłębek będzie niewielki. A lody będą dobre. Ben & Jerry's albo Carte D'or. Do następnego. :)
Nie wiem od czego zacząć. Nie od początku, bo w sumie nie ma początku, początek mógł być gdziekolwiek, kiedykolwiek; a zresztą, w przypadku kłębka wełny początku raczej nie widać. Linearne, chronologiczne myślenie nie ma tu zastosowania. Zacznę od zewnątrz. Zacznę od teraz.
Jest teraz. Teraz jest piątek, siedzę na łóżku. Wokół bałagan, w kuchni najgorzej (mój współlokator jest niewymagający pod tym względem, bo żyje na mrożonej pizzy, więc trudniej się zmotywować). Jest piątek, siedzę na łóżku, wstałam niewiele ponad cztery godziny temu (bo tak), zanurkowałam w komputer natychmiast po wstaniu, wzięłam tylko suplementy, zjadłam śniadanie (popcorn z szynką i niezliczone kubki zielone herbaty). Nie zrozumcie mnie źle, to (komputeroza) dawno już nie jest kwestią uzależnienia czy depresji. To raczej mechanizm obronny, odwrót od rzeczywistości, ucieczka od ciała. Bo tak się składa, że wczoraj, wczoraj rano byłam tak szczęśliwa, tak bardzo szczęśliwa, jak białe musujące wino, jak szampan, jak truskawki w słoneczny dzień.
Coraz mniej w tych ucieczkach jakiejś rozpaczy, jakichś ogromnych emocji. Wytarłam je do białej kości, tak sądzę, ale wciąż powtarzam jakieś rytualne ruchy, czy raczej - odruchy. Już dawno temu ktoś mi powiedział, że nie umiem być szczęśliwa. To nie całkiem tak. Z silną emocją radzę sobie przez wyparcie. Jeśli to coś smutnego, odgradzam się od smutku, a potem go przepracowuję - to jak wstrzymanie oddechu, żeby go bardzo powoli wypuścić. Z radością jest inaczej, trudniej. Trochę jak wtedy, kiedy jestem w górach - zawsze bałam się zbiegać ze wzgórz, albo schodzić z góry - powoli, ostrożnie, podpieram się rękoma, skupiona na wizji, w której zbiegając łamię nogi i rozbijam nos.
Jeśli nie każdy/a, to wielu, wiele z nas zna to uczucie - oczekiwanie, że coś (ktoś) wyrwie ci dywanik spod nóg, że pozostawi cię bez oparcia, że już sobie nie poradzisz. Tymczasem, po pierwsze - oczekiwanie na to wcale nie pomaga w niczym, przeszkadza tylko się cieszyć; po drugie, wyrwanie dywanika jest ostatecznie ogromnie twórcze (kreatywna destrukcja Schumpetera? ;), choć ogromnie bolesne. Konieczność kompletnej reorganizacji się w życiu zdarza, wiem o tym - na małej skali nawet sama zmuszam się do takich wyzwań: podróże, wyjazdy, przeprowadzki, zmiany. Trzeba zmieniać. Jeśli się nie zmieniasz, życie samo się zmieni, i zmieni ciebie też.
Miało być o samodyscyplinie, ale jeszcze nie mogę poskładać. Ciąg dalszy nastąpi. Tymczasem chyba pójdę kupić lody na kolację. Zaspokajanie swoich kulinarnych zachcianek pomaga mi w medytacji. Mam parę decyzji do podjęcia, i - udając sama przed sobą, że o nich nie myślę - raz na jakiś czas nadgryzam kłębek z emocjami. Gdy będę gotowa się z nimi zmierzyć, kłębek będzie niewielki. A lody będą dobre. Ben & Jerry's albo Carte D'or. Do następnego. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)