ani na krzyż, ani w paski. Nie chce mi się. Fakt, mnie ten krzyż nie reprezentuje, i czuję ogólną niechęć, że tam w ogóle jest (inicjatywy facebookowe jak zwykle z dużą dawką absurdu, np. "Zabierzmy ten okropny pałac spod krzyża!" albo "Miska spaghetti pod pałacem" są na moim prywatnym podium). Jak pisze Agnieszka Graff na stronie Krytyki Politycznej, gdybyż tak i krzyż, i miś, i menora, ale niestety, krzyż na krzyżu i krzykiem pogania. Mam i własną refleksję: to, co się pod krzyżem dzieje, nie jest nawet reprezentacją katolickiej większości - co prawda, jest to większość podejrzanie ostatnio milcząca - tylko reprezentacją katoojczyźnianych bojówek terrorystycznych, które w poczuciu zaszczucia rzeczywistością wyrażają swoją gniewną, zapiekle nienawistną i paranoiczną wizję świata. To boli, bo wiem, że gdybym tam poszła, okazałabym się jakowąś zdrajczynią narodu, religii, Sprawy i krwi, a nawet osobiście odpowiedzialna za piąty Katyń i dziesiąty rozbiór Polski. To smutne. Ale bardziej martwią mnie te milczące masy, które pozwalają obu frakcjom - 'terrorystycznej' i 'mojej' obszczekiwać się nawzajem; niech małe pieski załatwią to między sobą, a jak nie, to chociaż pohałasują. Martwi mnie, co kryje się za tym hałasem, za demonstracyjnym zawłaszczeniem przestrzeni symbolicznej. Jakież to nudne ustawy się przemyca, podatki i wydatki w budżecie wpisuje. Nie śledzę, bo mi się nie chce podnosić ciśnienia, ale mam dziwną pewność, że z tego zainteresowania krzyżem ktoś korzysta. Właśnie udowodniłam swoją bezsprzeczną polskość: inteligencko-lewicowa teoria spiskowa. Prawda, że nie ma wyjścia?
Na osłodę - nowa Rita, Lady Yoga. Yoga keeps me from going gaga. Gaga as in detrimental aftereffects of not taking care of my body... . Joga. Jest w niej posmak niezależności i pokory. Ostateczne przejęcie kontroli nad ciałem, ostateczne przyznanie, jak nikła jest ta kontrola. Moje stawy! To cud, że w ogóle istnieją! Tańczę latami tylko na skrzydłach muzyki, technikę zyskuję i tracę. Podoba mi się taka praca - drobiazgowa, męcząca.... łapię pozę (asanę) i jak jest dobrze, to znaczy, że źle robię, a jak się w końcu udało, odkrywam, że zapomniałam oddychać z przejęcia. Mam dużo frajdy, a i przygotowanie kondycyjne przed biennale tańca w Poznaniu - niezgorsze. Dobrze jest. Karnet na 6 zajęć w tygodniu (jutro te 6te). Joga organizuje dzień.... 4 godziny przed zajęciami - nie jeść. Zajęcia (wziąć ciuchy, kartę, ogarnąć się). Po zajęciach (jeść! prysznic! endorfiny! życie jest piękne!). Życie zakręciło się wokół jogi. Bardzo, bardzo mi z tym przyjemnie. Nowe odkrycia codziennie.
W jodze najfajniejsze jest, że każdy jest w czymś dobry. Każdy ma jakąś anatomiczną przewagę. Ja mam długie, rozciągnięte ręce. To pomaga, gdy wewnętrzny krytyk ciągle coś szepce do ucha... . [Krytyk się zamyka po kwadransie psa z głową w dół. Nie ma mocy przerobowych na samokrytykę, jak pot się leje.]
I tęsknię za śpiewaniem. Ciało mi się otwiera. Kawałek przestrzeni, kawałek podłogi, och jak będę śpiewać, jak będę....
(Przyszedł biuletyn z Rotterdamu. Tam też jest joga. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krytyka Polityczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krytyka Polityczna. Pokaż wszystkie posty
piątek, 6 sierpnia 2010
środa, 20 maja 2009
Refleksje z kilku ostatnich imprez Krytyki Politycznej
Obiecałam Żiżka i DocReview, a życie toczy się dalej; ma taki zwyczaj. Nie nadążam z opisem, bo żyję - a przynajmniej staram się jak najlepiej na tej próbie generalnej. W tej dziedzinie zycia, jak we wszystkich innych, chcę nadrabiać zaległości.
Na DocReview obejrzałam 1, (do)słownie jeden, film - "Wiek głupoty" Fanny Armstrong. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi się wydaje, że moja reakcja na ten film obrazuje coś, o czym Żiżek mówił w zeszły czwartek na Szamarzewie. Choć ekologia wcale nie była głównym tematem jego rozważań.
"Wiek głupoty" to film, który wpisuje się w długą serię katastroficznych obrazów science fiction. "Czas Apokalipsy/zagłady/Marsjanie atakują"... znamy ten trend. Niemniej jednak słowo "fiction" - fantastyka naukowa - zawsze pozwalało na sympatyczny dystans. To, i popcorn w kinie. Można było się nie zastanawiać zbyt intensywnie, co jeśli jednak meteor, nie jesteśmy sami w Kosmosie, efekt cieplarniany. Dało się wyjść z kina i żyć własnym życiem. Tego luksusu ten film nie daje. Bo tym, co go różni od większości dzieł reprezentujących nurt, w który się wpisuje, jest realność. Wykorzystano w nim autentyczne, współczesne wiadomości, nagrania, newsy. To może przerażać. Mnie przeraziło.
Akcja rozgrywa się w roku 2055 (jeśli dobrze pomnę; w każdym razie za prawdopodobnego życia mojego pokolenia). Na świecie żyje jeden człowiek, zarządzający archiwum, umieszczonym - gdzieżby indziej - na Antarktydzie. Owo archiwum to swoista anty-Arka (jak i potop, efekt efektu); w jakiejś formalinie pływa para z każdego gatunku zwierząt. Oczywiście jest także sztuka, komputery, przekaz artystyczno-intelektualny; ostatni ślad po rasie, która - jeśli wierzyć filmowi - w przeciągu trzech lat ma szanse popełnić zbiorowe samobójstwo. Newsy są przetykane monologiem narratora i nagraniami z życia kilkorga bohaterów: m.in. afrykańskiej dziewczyny, która chce być lekarką i pomóc swojej wiosce, gdzie rządzi koncern Shell (Shell w ogóle jest głównym złym w tym filmie, zachodzi uproszczenie typu ropa naftowa -> logo Shell; nie wiem, jak bardzo słuszne - czy aż tak bardzo dominuje w przetwórstwie ropy, czy działa najmniej zgodnie z prawem, czy najbardziej zarobił na Iraku etc.). Są też dwaj mężczyźni - jeden przeżył Katrinę, drugi walczy o alternatywne źródła energii (jak u nas z Monarem - wszyscy są za, byle nie przy moim ogródku). Oprócz tego wykorzystano animacje, dane, prognozy: różne sposoby podania ciężkiej informacji w umiarkowanie lekkostrawny sposób.
Po filmie odbyła się dyskusja z udziałem przedstawiciela Zielonych 2004, Greenpeace oraz przedstawicielki Instytutu Filozofii. Nie byłam do końca - wyszłam, bo się spieszyłam, i bo byłam zbyt wściekła, żeby ich słuchać. Ich słowa - zjeżdżali film (andro- i eurocentryczny, nieprofesjonalny itd. itd.) wydawały mi się pustym pieprzeniem, czymś zupełnie bezskutecznym. Kolejna gadka, podczas której zginął kolejny gatunek.W swojej złości wdałam się w osobną dyskusję z organizatorami w holu kina, mówiąc im między innymi, że efektywność organizowania takiego spotkania i takich rozmów przypomina mi mniej więcej rzeźbienie w gównie (sztuka dla sztuki...). Nie będę przepraszała za swoje poruszenie (spytali co mi się tak nie podobało, więc otrzymali szczerą odpowiedź), ale jestem na poły rozbawiona i przerażona swoim zachowaniem.
Mijały dni, a sprawa nadal mnie męczyła. Czy naprawdę do końca swego (być może krótkiego w związku z przetrwaniem gatunku) życia mam nie wsiąść do samolotu? Czy naprawdę zobaczę zagładę? Czy to, co zobaczyłam, były tylko fakty czy również interpretacje? (postmodernistyczny cynik we mnie: istnieją tylko interpretacje). Dobrą chwilę temu widziałam "Spotkania na krańcach świata" Herzoga i film ten także mnie poruszył, ale nie do takiego stopnia - o co chodziło?
Myślę, że wiem. "Wiek głupoty" miał ogromny ładunek emocjonalny. Powtarzał myśli wielu ludzi, zbierając je w jednym miejscu, gdzie układają się w przerażający obraz. Ponieważ antro- i eurocentryczność są jak powietrze, którym oddycham - dla mnie, Europejki, przezroczyste - moja perspektywa obcości dotyczy innych dziedzin - jako skróty myślowe tylko wzmacniały przekaz. W ogóle sporo było może nie stereotypów, ale skrótów myślowych, wszelkich "ogarniaczy", cliches. Silny apel do działania. Jak dalece cel uświęca środki...
Zazwyczaj interesuje mnie symboliczny plan świata - podświadomość, mity, archetypy, drugie i n-te dno. Ale podczas tamtej dyskusji rozmowa na ten temat wydała mi się bezsensu. Byłam przerażona, a lęk stał się (typowo) złością. Chciałam działać, krzyknąć "Powiedzcie mi tylko co, ale tak, żebym była pewna, a ja to zrobię!". A tu troje intelektualistów bredzi o braku perspektywy zwierząt. Nic dziwnego, że budzili moją agresję - wydawali się dalecy od wkrótce tragicznej rzeczywistości, dyskutując rzeczy nieważne, nieprzynoszące efektu w bezpośredniej walce. Albo tak się wydaje.
Ochłonęłam. Zamierzam dobrze wykorzystać czas do 2012... ujawniło się moje lewicowe dziedzictwo, pragnienie zmiany, jak również kompleks naukowca, który siedzi i opisuje świat, zamiast go kształtować. Właśnie tę myśl Marksa odwrócił Żiżek... powiedział, żebyśmy opisali świat, zamiast go zmieniać, bo nasze szanse na zmianę rzeczywistości (obrzydliwe "naturalne" jabłka, etyka kupiona jako dodatek do kawy) są minimalne. Mówił, że nikt u władzy nie chce, abyśmy myśleli; poruszył też problem wszechobecnego cynizmu. Słuchając, myślałam o tym, że czasem nie chcę wiedzieć i widzieć pewnych rzeczy. Są kobiety, które nie chcą widzieć dyskryminacji, ale sprawa sięga dalej. Wszyscy nie chcemy widzieć manipulacji w supermarketach. Wiem, że ktoś manipuluje moimi ulubionymi kolorami, smakami, zapachami, moją przyjemnością, seksualnością. Wiem, że ktoś mnie okłamuje. I nie mam mu tego za złe. A nawet się tym cieszę, pozwalam sobie się tym cieszyć i wolę nie wiedzieć. W końcu na jej/jego miejscu zrobiłabym tak samo, ktokolwiek to jest, wykonuje po prostu swoją pracę.
Kiedy zaczniesz o tym myśleć, świat się rozpada, rozłazi w szwach, ujawnia swą matrixowość, która jest dalece sprytniejsza niż ta filmowa, ponieważ ją wybieramy. Za każdym razem, gdy idę do supermarketu, potwierdzam swoją przynależność do systemu. Jaki mam wybór? zawsze się poddaję, z refleksją, że myślenie tylko pogorszy moje samopoczucie, a w konsekwencji spadnie moja skuteczność w realizowaniu zadań, planów, marzeń. Ale czy moje człowieczeństwo nawet dla mnie samej ogranicza się tylko i wyłącznie do skuteczności? I jaką mam alternatywę - studiować psychoanalizę i cytować Żiżka? Działać? Żyć sztuką dla sztuki? (Boże, jak zazdroszczę tym, którzy potrafią: ja jestem od urodzenia zaangażowana i nie umiem inaczej żyć). Skończyć studia między Judith Butler, Herzogiem, Sartrem, Naomi Klein....? Może ktoś jeszcze ma jakieś cudowne rozwiązania?
Starać się myśleć. W sumie intelektualnie to samo, co zalecają kultury Wschodu: praktykowanie świadomości. Duchowej, emocjonalnej, intelektualnej. Świadomość kluczem do niezależności... .
Na DocReview obejrzałam 1, (do)słownie jeden, film - "Wiek głupoty" Fanny Armstrong. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej mi się wydaje, że moja reakcja na ten film obrazuje coś, o czym Żiżek mówił w zeszły czwartek na Szamarzewie. Choć ekologia wcale nie była głównym tematem jego rozważań.
"Wiek głupoty" to film, który wpisuje się w długą serię katastroficznych obrazów science fiction. "Czas Apokalipsy/zagłady/Marsjanie atakują"... znamy ten trend. Niemniej jednak słowo "fiction" - fantastyka naukowa - zawsze pozwalało na sympatyczny dystans. To, i popcorn w kinie. Można było się nie zastanawiać zbyt intensywnie, co jeśli jednak meteor, nie jesteśmy sami w Kosmosie, efekt cieplarniany. Dało się wyjść z kina i żyć własnym życiem. Tego luksusu ten film nie daje. Bo tym, co go różni od większości dzieł reprezentujących nurt, w który się wpisuje, jest realność. Wykorzystano w nim autentyczne, współczesne wiadomości, nagrania, newsy. To może przerażać. Mnie przeraziło.
Akcja rozgrywa się w roku 2055 (jeśli dobrze pomnę; w każdym razie za prawdopodobnego życia mojego pokolenia). Na świecie żyje jeden człowiek, zarządzający archiwum, umieszczonym - gdzieżby indziej - na Antarktydzie. Owo archiwum to swoista anty-Arka (jak i potop, efekt efektu); w jakiejś formalinie pływa para z każdego gatunku zwierząt. Oczywiście jest także sztuka, komputery, przekaz artystyczno-intelektualny; ostatni ślad po rasie, która - jeśli wierzyć filmowi - w przeciągu trzech lat ma szanse popełnić zbiorowe samobójstwo. Newsy są przetykane monologiem narratora i nagraniami z życia kilkorga bohaterów: m.in. afrykańskiej dziewczyny, która chce być lekarką i pomóc swojej wiosce, gdzie rządzi koncern Shell (Shell w ogóle jest głównym złym w tym filmie, zachodzi uproszczenie typu ropa naftowa -> logo Shell; nie wiem, jak bardzo słuszne - czy aż tak bardzo dominuje w przetwórstwie ropy, czy działa najmniej zgodnie z prawem, czy najbardziej zarobił na Iraku etc.). Są też dwaj mężczyźni - jeden przeżył Katrinę, drugi walczy o alternatywne źródła energii (jak u nas z Monarem - wszyscy są za, byle nie przy moim ogródku). Oprócz tego wykorzystano animacje, dane, prognozy: różne sposoby podania ciężkiej informacji w umiarkowanie lekkostrawny sposób.
Po filmie odbyła się dyskusja z udziałem przedstawiciela Zielonych 2004, Greenpeace oraz przedstawicielki Instytutu Filozofii. Nie byłam do końca - wyszłam, bo się spieszyłam, i bo byłam zbyt wściekła, żeby ich słuchać. Ich słowa - zjeżdżali film (andro- i eurocentryczny, nieprofesjonalny itd. itd.) wydawały mi się pustym pieprzeniem, czymś zupełnie bezskutecznym. Kolejna gadka, podczas której zginął kolejny gatunek.W swojej złości wdałam się w osobną dyskusję z organizatorami w holu kina, mówiąc im między innymi, że efektywność organizowania takiego spotkania i takich rozmów przypomina mi mniej więcej rzeźbienie w gównie (sztuka dla sztuki...). Nie będę przepraszała za swoje poruszenie (spytali co mi się tak nie podobało, więc otrzymali szczerą odpowiedź), ale jestem na poły rozbawiona i przerażona swoim zachowaniem.
Mijały dni, a sprawa nadal mnie męczyła. Czy naprawdę do końca swego (być może krótkiego w związku z przetrwaniem gatunku) życia mam nie wsiąść do samolotu? Czy naprawdę zobaczę zagładę? Czy to, co zobaczyłam, były tylko fakty czy również interpretacje? (postmodernistyczny cynik we mnie: istnieją tylko interpretacje). Dobrą chwilę temu widziałam "Spotkania na krańcach świata" Herzoga i film ten także mnie poruszył, ale nie do takiego stopnia - o co chodziło?
Myślę, że wiem. "Wiek głupoty" miał ogromny ładunek emocjonalny. Powtarzał myśli wielu ludzi, zbierając je w jednym miejscu, gdzie układają się w przerażający obraz. Ponieważ antro- i eurocentryczność są jak powietrze, którym oddycham - dla mnie, Europejki, przezroczyste - moja perspektywa obcości dotyczy innych dziedzin - jako skróty myślowe tylko wzmacniały przekaz. W ogóle sporo było może nie stereotypów, ale skrótów myślowych, wszelkich "ogarniaczy", cliches. Silny apel do działania. Jak dalece cel uświęca środki...
Zazwyczaj interesuje mnie symboliczny plan świata - podświadomość, mity, archetypy, drugie i n-te dno. Ale podczas tamtej dyskusji rozmowa na ten temat wydała mi się bezsensu. Byłam przerażona, a lęk stał się (typowo) złością. Chciałam działać, krzyknąć "Powiedzcie mi tylko co, ale tak, żebym była pewna, a ja to zrobię!". A tu troje intelektualistów bredzi o braku perspektywy zwierząt. Nic dziwnego, że budzili moją agresję - wydawali się dalecy od wkrótce tragicznej rzeczywistości, dyskutując rzeczy nieważne, nieprzynoszące efektu w bezpośredniej walce. Albo tak się wydaje.
Ochłonęłam. Zamierzam dobrze wykorzystać czas do 2012... ujawniło się moje lewicowe dziedzictwo, pragnienie zmiany, jak również kompleks naukowca, który siedzi i opisuje świat, zamiast go kształtować. Właśnie tę myśl Marksa odwrócił Żiżek... powiedział, żebyśmy opisali świat, zamiast go zmieniać, bo nasze szanse na zmianę rzeczywistości (obrzydliwe "naturalne" jabłka, etyka kupiona jako dodatek do kawy) są minimalne. Mówił, że nikt u władzy nie chce, abyśmy myśleli; poruszył też problem wszechobecnego cynizmu. Słuchając, myślałam o tym, że czasem nie chcę wiedzieć i widzieć pewnych rzeczy. Są kobiety, które nie chcą widzieć dyskryminacji, ale sprawa sięga dalej. Wszyscy nie chcemy widzieć manipulacji w supermarketach. Wiem, że ktoś manipuluje moimi ulubionymi kolorami, smakami, zapachami, moją przyjemnością, seksualnością. Wiem, że ktoś mnie okłamuje. I nie mam mu tego za złe. A nawet się tym cieszę, pozwalam sobie się tym cieszyć i wolę nie wiedzieć. W końcu na jej/jego miejscu zrobiłabym tak samo, ktokolwiek to jest, wykonuje po prostu swoją pracę.
Kiedy zaczniesz o tym myśleć, świat się rozpada, rozłazi w szwach, ujawnia swą matrixowość, która jest dalece sprytniejsza niż ta filmowa, ponieważ ją wybieramy. Za każdym razem, gdy idę do supermarketu, potwierdzam swoją przynależność do systemu. Jaki mam wybór? zawsze się poddaję, z refleksją, że myślenie tylko pogorszy moje samopoczucie, a w konsekwencji spadnie moja skuteczność w realizowaniu zadań, planów, marzeń. Ale czy moje człowieczeństwo nawet dla mnie samej ogranicza się tylko i wyłącznie do skuteczności? I jaką mam alternatywę - studiować psychoanalizę i cytować Żiżka? Działać? Żyć sztuką dla sztuki? (Boże, jak zazdroszczę tym, którzy potrafią: ja jestem od urodzenia zaangażowana i nie umiem inaczej żyć). Skończyć studia między Judith Butler, Herzogiem, Sartrem, Naomi Klein....? Może ktoś jeszcze ma jakieś cudowne rozwiązania?
Starać się myśleć. W sumie intelektualnie to samo, co zalecają kultury Wschodu: praktykowanie świadomości. Duchowej, emocjonalnej, intelektualnej. Świadomość kluczem do niezależności... .
Etykiety:
film,
Krytyka Polityczna,
manipulacja,
matrix,
z misją
Subskrybuj:
Posty (Atom)